środa, 17 października 2012

Okoliczny Element - Kosze zerwane [2012]


Ninja to taki gość, który pojawia się znienacka i robi swoje. W przypadku nowego albumu i zarazem pierwszego legalnego Okolicznego Elementu jest identycznie - nic nie zapowiadało tak dobrej płyty.

Wypuszczone przedpremierowo single zwiastowały regres formy Nin-Jah (tego z Okolicznego, nie wojownika) i Mejdeja, szczególnie w warstwie lirycznej. Jeden z drugim internauta zwiastował zza ekranu upadek Okolicznego i zjadanie własnego ogona - to, co było głównym atutem zespołu stało się trochę karykaturalne i nie do przyjęcia. Formuła melanżowa wydawała się wyczerpana, w dodatku premiera zaplanowana na chłodny październik nie pasowała do luźnego klimatu Okolicznego Elementu. Co mądrzejsi jako powód takiego stanu rzeczy wskazywali wejście na legalną ścieżkę i dostosowanie się do wymagań wytwórni Step.

Jednak to, co miało być końcem Okolicznego, stało się tak naprawdę drugim oddechem zespołu i w żaden sposób nie została zachwiana tożsamość grupy. Na "Koszach zerwanych" dobrze zostały wyważone poważne tematy z radosnymi i luźnymi, ale wciąż wszystko jest nawinięte w specyficznym klimacie Okolicznego. Mimo że Nin-Jah i Mejdej to rapersko mocna klasa średnia na polskim rynku, nie można im odmówić talentu do pisania fajnych i ciekawych tekstów, autentyczności i ucha do przyjemnych refrenów z vibem. Na dłuższą metę irytować może jednak ilość porównań i nawiązań, w szczególności do wcześniejszego dorobku zespołu, dość łatwych do wychwycenia i nieco jednostajne flow obu reprezentantów Opola.

Tak samo jak w przypadku poprzednich dwóch albumów, tak samo "Kosze zerwane" mają świetną warstwę muzyczną. Zarówno Mejdej, jak i Urbek zrobili tu kawał dobrej roboty - pierwszy wygrał hip-hop podkładem do "Szczęścia", drugi do "Zasad i kwasów". Z gościnnych zwrotek godna uwagi jest szczególnie Emilia w "Tysiące snów" i ewentualnie stary dobry Renault w "W witrynach zakupy", gdzie refren akurat fajnie został nawiązany do klasyki Wu-Tang Clan. Średnio wypadli Ras z Te-Trisem, a zupełnym nieporozumieniem jest obecność DJ BRK - człowieka, który powinien poprzestać na robieniu beatów, ewentualnie zbijaniu kasy na gimbusach z Grubsonem. Szufla, którego obecność jak na każdym materiale OE trudno zdefiniować, bo ni to członek zespołu z jedną zwrotką, ni gość, trzyma swój poziom i chronicznie powoduje uśmiech na twarzy - jakby ktoś szukał 100% Okolicznego i klimatu z "Balsam party" to odsyłam do kawałka właśnie z Szuflą.

Podsumowując, pewnie będzie to jedno z większych zaskoczeń w tym roku. Wbrew pozorom to płyta spójna i choć momentami mocno kontrastująca, to wciąż pod jednym mianownikiem i podążająca w jednym kierunku. "Kosze zerwane", które miały być wielkim zawodem i zdawały się nadawać na maksymalnie jeden odsłuch z obowiązku, stał się solidnym kandydatem do listy najlepszych pozycji w roku 2012. Może nie będą atakować najwyższych pozycji, ale z pewnością umilą swym letnim klimatem niejeden zimny jesienny wieczór.    

Tu posłuchasz "Koszy zerwanych", a poczytać o zeszłorocznych "Schodach donikąd" możesz tu.



PS. Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #16: Opole

środa, 10 października 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #16: Opole


Opole stolicą polskiej muzyki jest i basta. Myśląc Opole widzimy amfiteatr, z charakterystyczną więżą w tle, a na scenie gwiazdy muzyki - te z panteonu, te drugoligowe, czy wreszcie te dopiero stojące u progu kariery. Równocześnie jednak gdy renoma odbywającego się tam praktycznie nieprzerwanie od 1963 roku Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej stopniowo podupadała, aż stał się on nie festiwalem najlepszej polskiej muzyki, a koncertem zblazowanych muzyków i ostatnią szansą dla stetryczałych peerelowskich gwiazdeczek, to opolski rap wyrabiał sobie markę. Dla młodych Opole to powoli nie była już Rodowicz i Steczkowska, a Dinal czy Okoliczny Element, których nie łączyło tylko miejsce zamieszkania, ale także wyluzowany, nie do podrobienia styl, idący dodatkowo w parze z techniką. I nie zmieni tego nawet fakt, że rapowe Opole zaliczyło ostatnio spory regres, w dodatku na opinie wpływa miejscowa wytwórnia Step Records, której target oscyluje w granicach wczesnego gimnazjum.

Ten przydługi post będzie swoistym hołdem i pożegnaniem się z tym miastem, w którym przyszło mi spędzić trzy lata - przykrym wnioskiem z wyprowadzki jest fakt, że zamieniwszy 120 tysięczne miasto na ponad sześć razy większe, równocześnie wyjechałem na istną rapową pustynię. #kraków

PS. Oczywiście braknie tu komuś Jareckiego, ale łagodnie rzecz ujmując - "nie przekonuje mnie". East West Rockers też celowo pominięte, nie pasuje do koncepcji.

1. Dinal - W strefie jarania i w strefie rymowania



Absolutny klasyk, najważniejsza dla mnie płyta obok "Na legalu?", taka, którą znam na pamięć i podśpiewuję za każdym razem jak leci, a gdybym był Mesem to bym sobie wydziabał okładkę zamiast "Dark Side Of The Moon". Dinal wygrał nią rap, jest tu wszystko czego można oczekiwać od płyty i jest to najlepsza definicja luźnego opolskiego stylu. Chociaż chłopaki podkreślają, że "ma być fajnie, bo trudno" i porównaniami, metaforami i nawiązaniami sypią non stop (dowód), to tematycznie nie jest nudno - storytelling, kawałki o miłości, o zdrowym odżywianiu, stylowe bragga. Bardzo szkoda, że wydane w 2006 "WSJIWSR" to ostatnia płyta Wankeja i spółki. Każdy z nich poszedł w inną stronę (Wankej - naukowiec w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Opolskiego, coś tam chce nagrać ale nie wychodzi; Mejdej - Okoliczny Element; Urb - didżejska banda Gram-O-Phonics; Karol - nie wiem, chyba skończył z muzyką na dobre), ale i tak do zobaczenia w lepszych czasach. "WSJIWSR" ma także wersję z remixami zatytułowaną "Zagubione indeksy (Indeksy i rarytasy)" - polecam szczególnie "Modę na sos".

2. Dinal - Kaseta demonstracyjna



Trzy lata przed wydaniem "WSJIWSR" na nielegalnym rynku pojawiła się "Kaseta demonstracyjna" - winyl wydany własnym sumptem, z zajawki. Minęło 9 lat od premiery, a ona wciąż się nie nudzi i zaskakuje świeżością. W związku z wydaniem "Kasety..." miał miejsce pewnie jedyny kontakt opolskiej grupy z telewizją, kiedy to do programu MTV zaprosił ich O.S.T.R i tym samym chłopaki poszli śladem Madame Tussauds. Wypadli uroczo, polecam część pierwszą, z boku będzie druga.

3. Chuck D Fresh - Chuck D. Fresh



2001, spada na miasto bomba - Chuck D Fresh nowa płyta. W rolę tytułowego Chucka aka Miałem Każdą wcielił się Karol z Dinala, który na płytę zaprosił całą śmietankę opolskiej sceny. Najciekawsze, że płyta robiona jest dla żartów, a słusznie ktoś zauważa, że i tak ma najlepsze melodie i buja sakramencko.

4. Da Mastaz - Beatz on da streetz



Najbardziej amerykańska z polskich płyt, równocześnie wyśmiewająca cały hip-hop. Prawdziwe opowieści z osiedlowych uliczek, z suki, o ciuchach, dragach, deskorolce, r*chaniu biczys, nawet Ś.P. drukowany Ślizg się pojawia. Jedna piosenka zjada "Beatz on da streetz" cały Swag Jak Skurwysyn (prócz Zioła).

5. Monitor FM - Monitor fucks monitor 



Słuchając tego chcesz być ich funflem, razem jechać nad wodę maluchem lub bryką Jacka starego, ścigać się escortem lub skodą i robić murki na rolkach-demolkach. Płyta ma także walor edukacyjny - nie musisz brać marychy, żeby być odlotowy, nie pal trawki, bo się udusić możesz, a w lesie gaś ognisko - hitem tego kawałka jest także śpiew Wankeja, nie polecam słuchać głośno.

6. Monitor FM - Monitor ist zuruck



Monitor jest z powrotem, ale w gorszej formie i tym razem prosto z Westfalii (falii). Nie zmienia to jednak faktu, że to i tak TOP 10 niemieckiego rapu, z własną półką w Empiku o furach i tuningu audików. Niemiecka mniejszość narodowa, której pełno w tych rejonach, powinna być dumna.

7. Okoliczny Element - Pierwsza rozgrzewkowa



Debiutancki nielegal Okolicznego Elementu, czyli Nin-Jah i Mejdeja, to jedyna płyta nagrana na poważnie, która zbliżyła się chociaż trochę do poziomu Dinala. "Pierwsza rozgrzewkowa" to obowiązkowy materiał na każde lato, bo chociaż do raperów można mieć trochę zażaleń, to do klimatu nigdy. Płytę dopełnia klip nagrany na kultowych opolskich miejscówkach - pl. Teatralny, boisko na WSP, sklep Jeżyk, kamionka na 1 maja.

8. Okoliczny Element - Schody donikąd



Druga płyta Okolicznego to podtrzymanie klimatu i poziomu z debiutu - więcej w tym miejscu.

9. Wiadroskład - The Giecikowe



"The Giecikowe" to tak naprawdę mniej poważna zaprawa przed Okolicznym. Tematyka około-imprezowa, wiadrowo-balsamowa. Jest też ciekawy cover "Ty" z drugiego Dinala, pochwała sportu i śmiechy z polskiej sceny. Drugi, tegoroczny Wiadroskład, nie jest warty wielkiej uwagi więc omijam, jakby ktoś uwierzył to niech sprawdzi sobie tu.

10. SMA - 83



Ta płyta to dobry materiał jak na warunki nielegali, ale ledwie średnia na warunki opolskie. SMA nie jest jakimś super raperem, produkcje nie są wybitne, ale słucha się tego przyjemnie, a już zwłaszcza singla.

11. Mocne Wersy - Miejski syf



Szczub to oficjalnie jeden z najbardziej denerwujących polskich raperów - Reno-hustler-swagger wannabe w jednym. Kosa podrzucił fajne podkłady i powinien zdecydowanie pozostać przy tym i mikrofon oddać SMA. Ten z kolei na swoim stałym, solidnym, ale bez fajerwerków poziomie z "83". Mocnych wersów tam w każdym razie nie uświadczysz, ale da się przesłuchać, chociaż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to materiał dla gimbusów ze Stepu, którzy chcą nieco odetchnąć od ulicy.

12. Various Artists, czyli lepsze i gorsze, ale opolskie

Inne polecane kawałki made in Oppeln lub gościnne -

Dinal - Czuję się klawo feat. Lilu)
Dinal - Palić i grabić
Dinal - Program 2
Dinal - Top Secret
DizkretPraktik - Braggadacio feat. Majkel, Wankej, Pjus
Lech Roch Pawlak - Na rowerze samochodem
Lilu - Nie Ma Drugiej Takiej feat. Pan Wankz)
Łona, Duże Pe, Dizkret, 2cztery7, Blef, Wankej - Znasz mnie
Potentat - Miasto/Zadbaj o swą godność
Ruffsoundz & Pan Wankz - Mark4
The Pryzmats - Dobry kot feat. Stasiak, Pan Wankz, DJ Ike
The Winkelz - Mała nadzieja
Wiadromix
Zkibwoy & DJ Ader - Skandale feat. Pan Wanxxx)
Zyg-Zak - Walcz...feat. Pan Wankz

I na koniec, przecież nazwa nie wzięła się znikąd, opolski raper na brzeskich bitach.



sobota, 29 września 2012

Jesteś Bogiem

Dasz radę, Pietrek

Jako przykładny hip-hopowiec nie mogłem odpuścić sobie obejrzenia w kinie"Jesteś Bogiem". To na pewno dobry film, pytanie tylko, ile w tej ocenie zasługi uruchomionych w głowie zakurzonych wspomnień z czasów dzieciństwa i pierwszych kontaktów z rapem, nieodłącznie kojarzonych przez moje pokolenie z Paktofoniką.

Nie ma sensu długo rozwodzić się nad samym zespołem, jego muzyką czy poziomem raperów. Nie można zaprzeczyć, że Magik miał nie lada talent do pisania tekstów, Fokus zachował do teraz świetne flow i unikatowy głos, a Rahim wyraźnie odstawał od nich - przykładem jego zwrotka w "Jestem Bogiem", po której bolą nie tylko uszy, ale i cała głowa od nadmiaru banalnych i bezsensownych rymów. Większego celu nie będzie miała także próba przełożenia "Kinematografii" na obecne czasy, bo o ile treść jest w porządku, to forma jej przedstawienia pozostawia sporo do życzenia. To płyta to absolutny TOP tamtych czasów i niech tak pozostanie, gdyby wyszła ona dziś  przeszłaby pewnie bez większego echa. Tego się jednak nigdy nie dowiemy, tak samo jak nie jesteśmy w stanie sprawdzić, co byłoby z zespołem, gdyby jej lider nie wyskoczył z okna swego katowickiego mieszkania. Nie ma co zaprzeczać, że głównym powodem mitologizowania PFK i Magika jest właśnie jego tragiczna śmierć, tak samo jak dzieje się to w przypadku śmierci innych gwiazd, z którymi fani oddają się radosnej nekrofili artystycznej i uważają za bożków. Historia Piotra Łuszcza i jego zespołu była na tyle interesująca i chwytliwa, że chyba nikogo nie dziwi, że postanowiona ją zekranizować.

Udało się to Leszkowi Dawidowi bardzo sprawnie. Film jest naprawdę bardzo dobrze nakręcony, scena z rapowaniem Magika na klatce przejdzie pewnie do klasyki polskiej, nomen omen, kinematografii. Świetnie zagrali aktorzy i to zarówno ci najważniejsi, czyli członkowie Paktofoniki, ale i ci drugoplanowi - Gustaw czy Kozak. Filmowi raperzy doskonale poradzili sobie z nie takim przecież prostym rapowaniem, momentami widz mógł zatracić, kto tak naprawdę rymuje - aktor czy raper z PFK. Paradoksalnie największą wadą filmu jest fabuła, przeciąganie jednych wątków, a olanie drugich. Trudno powiedzieć o czym jest film, bo nie jest to dokument o Paktofonice, nie film biograficzny o Magiku, nie zaszufladkowałbym go także jako zwykły film fabularny - mimo wszystko jest tu bardzo dużo wątków prawdziwych, które są jednak pomieszane z totalną fikcją. Nie jest o zespole, o chorobie Magika, o problemach młodzieży, o rzeczywistości schyłku lat 90-tych. Było zbyt dużo wątków i dlatego żaden z nich nie został tak naprawdę opowiedziany od A do Z, mamy za to chaos i niezdecydowanie.

Ważniejsze dla mnie jednak było to, co widziałem w tle. I tak przecież wiedziałem mniej więcej co będzie się  w filmie działo, że Magik skoczy, a zespół się rozpadnie, za to z wielką przyjemnością oglądałem całą "scenografię". Doskonale pamiętam czasy przegrywania kaset (sam miałem "Kinematografię" przegraną), walkmanów, baggów, nieoryginalnych koszulek piłkarskich w których grało się na pseudoboiskach, dyskietek, wszechobecnych polonezów z koralikami na siedzeniach, słuchawek, które gdy się zepsuły to lutował ojciec, a nie kupowało się nowe RÓŻOWE. Aż wreszcie muzyki tamtych czasów, z których najbardziej pamiętam m.in. Paktofonikę. Patrzę na ten film trochę jak na powrót do dzieciństwa i początków fascynacji rapem, kiedy każdy znał to na pamięć i oglądał VIVĘ tak długo, żeby się doczekać w końcu na klip do "Chwil ulotnych" lub "Jestem Bogiem". Druga sprawa, że irytujące jest to, co dzieje się obecnie wokół Magika, ten świat stworzony przez jego nastoletnich psychofanów, dla których rap kończy się na PFK i K44, denerwujący jest ten cały hajp, książki, ciuchy, podwyżki ceny płyty zaraz przed premierą filmu - co i tak nie przeszkodziło wdrapać się jej na czołowe miejsca bestsellerów. Z tego powodu cała "sprawa" Magika zaczyna się robić groteskowa.

Ważne jednak, żeby, parafrazując klasyk, minusy nie przysłoniły nam plusów, bo tych jest jednak więcej. Nawet gdy dojdziemy do wniosku, że gdyby nie był to film o Magiku i Paktofonice, to w kinie byśmy się nie zjawili albo w najlepszym wypadku zasnęlibyśmy po setnym wykręcaniu telefonu bohatera do dziewczyny.

sobota, 11 sierpnia 2012

Wizja Lokalna: BIELSKO-BIAŁA

Jakiś czas temu Polskę zalała fala projektu Wizja Lokalna - kolejne miasta, począwszy od Warszawy, prezentowały swoją scenę w jednym klipie i często wyglądało to groteskowo. Od niedawna także moje Bielsko ma swój klip i najbardziej cieszy fakt, że miejsce na blogu poświęcam jej nie z powodu wrodzonego lokalnego skądinąd patriotyzmu, ale po prostu na to zasługuje swym poziomem.

Przyznaję się bez bicia, że bielskiej sceny nie śledzę i co najwyżej ograniczam się do sprawdzenia promomixa lub singli, które zwykle totalnie mi nie podchodzą i zastanawiam się czy to promo czy prowo. Zawsze zazdrościłem innym miastom raperskich perełek i nie mogłem zrozumieć dlaczego w prawie 200 tysięcznym mieście nie znajdzie się żaden dobry raper, a np. z takiego Opola jest ich na pęczki. Czarę goryczy przelał The Pryzmats, jedna z lepszych obecnie hip-hopowych grup, która ma jeden wielki minus - jest z Żywca. Nowych twarzy z Bielska nie znam, kojarzę poszczególne osoby siedzące w tym kilka lat, ale często niekoniecznie z rapowania, bo np. z korytarza liceum jak W.E.N.A i pewnie gdzieś w czeluściach starego komputera znalazłbym jakieś kompromitujące nagrania Uszera czy Ziemasa. Bielska Wizja pokazała jednak, że ci co mieli zaliczyć progres to weszli na wyższy poziom, a dodatkowo pojawiło się trochę dobrych kotów (jak w The Pryzmats, skojarz follow-up) i wszystko się kręci.

Przede wszystkim jest bardzo świeżo - raczej każdy raper zgodnie z obowiązującymi trendami łamie sobie język na wielokrotnych i leci z przyzwoitym flow. Zdarzają się dobre punche i porównania, chociaż czasami mam wrażenie, że to przerost formy na treścią i dla się wyłapać zwykłe rymy dla rymów. Dodając do tego bardzo fajny podkład mamy jedną z moim zdaniem lepszych Wizji Lokalnych, mimo że występują w niej praktycznie no-name'y, w szoku (w szoku). Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że chłopaki lepiej wyglądają w kolektywie, aniżeli każdy z osobna. Brakuje może kilku osób z czasów, gdy żywo byłem bielskim podziemiem zainteresowany, ale teraz nie wiem nawet czy oni jeszcze nagrywają.

W każdym razie jest dobrze, a nawet lepiej, wróże sporo szumu wokół tej Wizji Lokalnej, bo widzę, że nie tylko mi podeszła i dużą przyjemność sprawi mi pokazanie tego światu. Występują - Uszer, LU, Putek, ADK (wszyscy Zdolne Przedmieście), Beeres (Swag jak skurwysyn), Młody, Wicher, Ziemas, Staf.



piątek, 3 sierpnia 2012

Alfabet Euro 2012 cz. II

Druga część, pyk pyk.

L jak Lato Grzegorz - król polskiego futbolu zapowiedział przed Euro, że w przypadku gdy Polska z grupy nie wyjdzie, on zwolni fotel prezesa PZPN. O ile reprezentacja z pierwszej części zdania wywiązała się koncertowo, tak Lato już niekoniecznie. Żal patrzeć, jak kolejny wielki polski piłkarz z najlepszej w historii ery polskiego futbolu, stacza się po równi pochyłej. Za niedługo nikt już nie będzie pamiętał jego goli czy tytułu króla strzelców Mistrzostw Świata w 1974 roku, za to doskonale znane będą jego wpadki i klęski. Już naprawdę abstrahując od sposobu prowadzenia Związku, to sama jego postać dziś jest groteskowa - życzenia czytane z kartki, wygłupy przed kamerą sprawiają, że chyba każdy kibic mający w sercu dobro polskiej piłki tęskno wyczekuje następnych wyborów na szefa PZPN.

Styl amerykański
M jak Miss Euro - od zakończenia turnieju minął miesiąc, doniesienia na temat Euro powoli cichną, a ona wciąż wraca jak bumerang - okrzyknięta Miss Euro Natalia Siwiec. Modelka w Kołobrzegu na Sunrise Festival, modelka w Warszawie na koncercie Madonny, modelka gdzieś tam i jeszcze gdzieś. W międzyczasie sesje w Playboyu i pewnie setki ustawianych zdjęć, wywiadów i artykułów. Ktoś niezorientowany w temacie mógłby myśleć, że brunetka z Boguszowa-Gorców właśnie teraz się objawiła, gdy ktoś jej zrobił zdjęcie na Stadionie Narodowym. Nic bardziej mylnego, bo jest to jej drugie podejście i po raz kolejny wybrała sobie drogę do sławy wiodącą przez stadion. Kilka lat temu Natalia Siwiec pojawiła się u boku będącego wtedy u szczytu kariery piłkarza Wisły Kraków Damiana Gorawskiego, by później nawet wyjechać z nim do Moskwy, kiedy ten postanowił za grube miliony przywdziewać strój FK. Później ich drogi się rozeszły, tak samo jak rozjechała się kariera Gory - obecnie bezrobotnego. Wracając do sedna, pomysł Siwiec by pokazać się na trybunach w biało-czerwonych barwach najprawdopodobniej był jej najlepszym ruchem w życiu. Nic to, że prawie żywcem ściągniętym z Larissy Riquelme, ważne że nikt inny na ten, bardzo banalny zresztą, pomysł w trakcie imprezy nie wpadł. NIKT z ogromnej rzeszy aspirujących modelek, celebrytek, gwiazdeczek, chociaż drogowskazem kariera paragwajskiej modelki. Teraz kalendarz Siwiec pęka od umówionych spotkań, to ona dostaje setki tysięcy złotych za sesje. I wzorem swego byłego chłopaka Gorawskiego (swoja drogą inną dziewczynę odbił mu Radek Majdan), który wycisnął ile mógł z Górnika Zabrze (73 tys/mies za jakieś dwadzieścia występów w ciągu ponad dwóch lat), ta korzysta ile może ze swych pięciu minut sławy spod znaku pompowanych ust.


Goetze, wielka nadzieja piłki, za wiele sobie nie pograł na Euro
N jak Niemcy - to obok Holandii chyba największa niespodzianka Mistrzostw. Typowani jako główni faworyci obok Hiszpanii, swój udział zakończyli w półfinale. Niby to świetny wynik, ale nie dla Niemców, którzy na kolejnej z rzędu imprezie powtarzają scenariusz - najpierw świetna gra w grupie i w początkowej fazie rozgrywek pucharowych, później ni stąd ni zowąd porażka w półfinale lub w finale i na pocieszenie na szyjach wieszane są medale innego koloru niż złoty. Niemcy jak nikt inny zasługują na sukces. To oni przerobili drogą od samego dna na (prawie) szczyt. Mało kto pamięta beznadziejny występ na Euro 2000, kiedy zajęli ostatnie miejsce w grupie za m.in. Rumunią, a w ostatecznym rozrachunku lepsza od podopiecznych Ribbecka na tym turnieju była nawet Słowenia. Dwa lata później przyszedł niespodziewany sukces na Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii, kiedy to już pod wodzą Rudiego Voellera przeciętna drużyna przegrała w finale w Brazylią, jednak Euro 2004 to kolejna porażka - jeden punkt zdobyty w pojedynku z Łotwą chluby naszym zachodnim sąsiadom nie przyniósł. W międzyczasie ktoś walną w stół i powiedział, że tak nie może być. Niemcy nie mogą zostać wymieniani jednym tchem z europejskimi średniakami, a Łotwa musi się ich bać, a nie walczyć jak równy z równy. Zainwestowano więc ogromne pieniądze w rozwój młodych piłkarzy i efekt tych działań widzimy dziś, gdy kadrę stanowią dwudziestokilkulatkowie, grający w najmocniejszych klubach Starego Kontynentu. Co najważniejsze, ciągle pojawiają się nowi piłkarze, którzy na razie są zmiennikami, a za kilka lat to oni będę stanowić o sile reprezentacji. Trudno więc odpowiedzieć na pytanie, czego zabrakło Niemcom - mocny skład, poukładany taktycznie i otrzaskany już z bojami na najwyższym szczeblu zawodzi po raz kolejny w decydującej fazie. Szansa na zmianę już za dwa lata w Brazylii, gdzie Niemcy przystąpią do rozgrywek w jeszcze mocniejszym składzie, wszak z obecnej kadry na dobrą sprawę może braknąć jedynie Miroslava Klose, który i tak obecnie wchodzi z ławki, a za drzwiami szatni już czekają tabuny młodych.


O jak organizacja - tak bardzo się o nią wszyscy bali, jednak na szczęście obyło się bez jakichś wielkich problemów. Te były raczej wcześniej, przed rozpoczęciem Euro, kiedy okazywało się, że schody w Narodowym są wadliwe albo gdy Chińczycy (wcześniej witani jako lek na kłopoty z drogami) postanowili nie dokańczać jednak autostrady A2. Trudno było oczekiwać, że wszystkie z planowanych inwestycji zostanie oddanych do użytku przed Euro, ale mimo wszystko gro z nich funkcjonuje i nam służy. Wracając jednak do organizacji - Polska na pewno zyskała w oczach Zachodu sprawnie przeprowadzoną wielką imprezą. Teraz już bez żadnego wstydu można ubiegać się o organizację w naszym kraju wydarzeń na skalę światową, bo egzamin z dojrzałości państwa zdaliśmy pozytywnie. Wydaje mi się, że w większym stopniu zawdzięczamy to jednak tysiącom ludzi, wolontariuszy, służb porządkowych, którzy wywiązali się ze swych ról znakomicie, aniżeli politykom, którzy teraz będą spijać śmietankę z tego sukcesu.

Na boisko remis, na ulicy Polska górą!
P jak przegrani - Polska, Niemcy, Holandia, Francja, Rosja i można by wymieniać jeszcze długo. Od każdej z tych reprezentacji wymagano więcej, pokładano w nich większe (Niemcy) lub nieco mniejsze (Polska) nadzieje, ale żadna z nich im nie sprostała. Jednym zabrakło umiejętności, innymi szczęścia, a jeszcze inni zlekceważyli przeciwników. Większość z tych reprezentacji szansę na rehabilitację będzie miało już za dwa lata na Mistrzostwach Świata w Brazylii, gdzie pewnie oczekiwania wobec nich będą podobne. Tylko jak tu wierzyć w zapewnienia o poprawie chronicznym recydywistom na polu rozczarowań?


R jak Rosja - na Euro Rosjanie potwierdzili swoją wybitną chimeryczność. Najpierw gładko, po naprawdę dobrej grze, roznieśli Czechów, by później zremisować z Polską i dać się zwyciężyć Grekom. Na przestrzeni ostatnich czterech lat było bardzo podobnie - na Euro 2008 Rosja doszła aż do półfinału, gdzie poległa z późniejszym triumfatorem Hiszpanią, a ledwie dwa lata później, dysponując bardzo podobnym składem, nie przeszła eliminacji do Mundialu w RPA. Rosjanie mają potencjał na bycie piłkarską potęgą i wciąż szczęście do piłkarskich talentów - wcześniej Pawluczenko i Arszawin, dziś Dzagoev stanowi o sile kadry - którzy jednak dużo lepiej prezentują się w kadrze lub w rosyjskiej lidze, aniżeli na zachodnich boiskach. W dodatku działacze nie skąpiący pieniędzy na zagranicznych trenerów z najwyższej półki, którzy układają zespół doskonale taktycznie i który gra także dość efektownie jak na dzisiejsze czasy. Z opisu wychodzi jakby kalka Niemców i niestety, zachowując pewna skalę, z wynikami jest podobnie. Jednak zarówno w przypadku jednej, jak i drugiej ekipy jestem pewien, że ich czas dopiero nadejdzie.      


Wspólna zabawa w Strefie Kibica
S jak Strefa Kibiców - wynalazek Euro, wydzielone miejsce do kibicowania przy wielkim ekranie. Idea szczytna bardzo, ale wykonanie już mniej, chociaż nie zawsze jest to wina organizatorów. Wszak nie mogli oni oszacować, że chętnych do wejścia do np. wrocławskiej Strefy na Rynku będzie z dwa razy więcej niż miejsc, a ludzie będą się i tak kłębić w jej okolicach. Nie mam im za złe wszechobecnego syfu wokół Strefy, bo przecież nie od tego są oni, by uczyć porządku podpitych polaczków. Oficjalne Strefy UEFA jeszcze się jakoś broniły, ale te miejskie lub jeszcze bardziej dzikie nie wyglądały dobrze, usłane zbitymi butelkami i z centymetrową warstwą śmieci na bruku. Opole wybrało doskonałe miejsce do organizacji masowego oglądania meczów - wyremontowany Amifteatr - ale na tym pozytywy się kończą. Nie ma nic bardziej irytującego niż oglądanie meczu przy akompaniamencie (tak wyśmiewanych jeszcze dwa lata temu i krytykowanych) wuwuzeli czy rozdawanych za darmo pompowanych pałek do walenia. Ktoś się nieco zagalopował i chciał zrobić z piłkarskiego święta siatkarski festyn. Gdyby jednak przymknąć na to oko, atmosfera był bardzo dobra, chociaż ludzie w większości nieco przypadkowi. Pomysł stref się przyjął, jednak to rozwiązanie doraźne - szczerze wątpię czy jeszcze kiedykolwiek będzie nam dane uczestniczyć w takim czymś. Euro przyciągnęło tylu przypadkowych kibiców, niedzielnych fanów naszego trio z Borussi czy po prostu januszy, że jasny był sens organizowania ich. Trudniej wyobrazić sobie strefę organizowaną na mecz np. eliminacji z Czarnogórą, ale cóż, tacy już są kibice.        


Tytoń na progu wielkiej kariery - Hetman Zamość
T jak Tytoń Przemysław - jeden z największych, jak nie największy, wygrany Euro polskiej reprezentacji i sprawca chyba największego bólu głowy Waldemara Fornalika. Z anonimowego, rezerwowego bramkarza, stał się nagle rozpoznawalnym przez każdego Polaka kandydatem na biało-czerwoną bluzę z numerem 1. Przez jedną jego interwencję zachwiała się pozycja Wojciecha Szczęsnego jako pierwszego golkipera, czemu jakby nie patrzeć Szczęsny sam jest winien, bo to jego interwencja spowodowała wejście Tytonia na boisko i obronienie karnego Karagounisa. Kariera golkipera z Zamościa to jedna z najciekawszych historii ostatnich lat w polskim futbolu. Z mało znanego bramkarza słabego Górnika Łęczna, gdzie nawet nie grał regularnie w podstawowym składzie, przeszedł do Rody Kerkrade, w której na początku był drugim bramkarzem. Przełomowy okazał się sezon 2010/11 - Tytoń na dobre wszedł do bramki Rody i z miejsca wyrósł na czołowego bramkarza holenderskiej ekstraklasy. Zaowocowało to kolejnym głośnym transferem, tym razem do naprawdę topowego zespołu PSV Eindhoven, w którym przyszło mu rywalizować z solidnym Andreasem Isakssonem. Później przyszła kontuzja porównywana z tą, którą odniósł kilka lat temu Petr Cech, ale i z tej sytuacji Tytoń wyszedł obronną ręką, bo do futbolu wrócił stosunkowo szybko. Warto odnotować jeszcze, że był on w składzie na Mistrzostwach Świata U-20 w 2007, gdzie nasza reprezentacja zaprezentowała się nad wyraz dobrze, ale nie było mu dane ani razu wybiec na boisko - Michał Globisz wolał Bartosza Białkowskiego, obecnie tułającego się po niższych angielskich ligach, gdzie w ciągu siedmiu lat zagrał w 24 spotkaniach ligowych. Jaki los potrafi być przewrotny.


U jak Ukraina - piłkarsko lepsi, organizacyjnie gorsi - tak w skrócie można określić współgospodarza Euro. Ukraina zagrała dużo lepiej i odważniej od naszej reprezentacji i gdyby nie mocna grupa pewnie zagraliby w ćwierćfinale. Z drugiej strony kibice dużo mniej chwalili sobie ten kraj, nawet reprezentacje w przeważającej ilości jako bazę wybierały Polskę. Z Ukrainą związany był też największy sędziowski skandal Euro, czyli nieuznana bramka w spotkaniu z Anglią. Dwie bramki, jedyne na tej imprezie dla Ukrainy, strzelił Andrij Szewczenko. Dziś już wiemy, że to były ostatnie bramki Szewy - były zawodnik Milanu zakończył karierę i zapowiedział rozpoczęcie nowej, tym razem polityka. Z jego odejściem kończy się pewna era ukraińskiego futbolu, czas w którym piłkarz ze wschodniej części kontynentu tyle znaczył w Europie, czego zawsze będziemy pewnie naszym sąsiadom zazdrościć. Życzę mu wszystkiego najlepszego, równocześnie jednak przykro się robi, gdy kolejny z idoli młodości kończy karierę, tak nieliczni już zostali.


W jak więcej biletów - sprawa o której lepiej byłoby, gdyby nikt się nie dowiedział. W skrócie - kapitan Błaszczykowski ma żal do prezesa Laty, że ten piłkarzom przydzielił zbyt małą ilość biletów i ci w związku z tym bardziej martwić się musieli o rodziny, a nie o DECYDUJĄCY O AWANSIE mecz z Czechami. Co najciekawsze, tę żenującą opowieść Kuba sam sprzedał mediom - nie wyszło to, jak to zwykle bywa w takich krepujących sprawach, ze źródła nieoficjalnego, ale od kapitana reprezentacji Polski. Zawsze podziwiałem Błaszczykowskiego jako piłkarza i człowieka, przez to co przeszedł, a gdzie jest teraz należy mu się ogromny szacunek. Tym bardziej smutno, że strzelił sobie wizerunkowego samobója i to akurat wtedy, kiedy wszystkie oczy były skierowane na niego. Naraził się na śmieszność i pewnie przez dłuższy czas będzie mu to pamiętane, a łatka łasego na darmowe wejściówki (których i tak miał przecież dużo do dyspozycji) nie przystoi kapitanowi.

Euro-gadżety
Z jak zwycięzcy - jeśli chodzi o piłkarskie kwestie, to chyba tylko Hiszpania, która po raz kolejny sięgnęła po mistrzostwo kontynentu, bo z grona reprezentacji mimo wszystko więcej było przegranych. Indywidualnie to kilka postaci się pokazało, jak Hummels, Dzagoev czy Jiracek, ale czy można ich nazwać zwycięzcami? Żaden z nich nie wybił się na tyle, żeby działacze potęg od razu wpadali w zachwyt, raczej błysnęli, pokazali się i mieli swoje pięć minut. Bardzo ładnie z piłką pożegnał się Szewczenko. Wielkim zwycięzcą trudno też nazwać Iniestę, mianowanego najlepszym piłkarzem, bo on swoje już zdobył i ten triumf na dobrą sprawę nic w jego życiu i karierze nie zmieni. To, czy rządzący zyskali poparcie na fali entuzjazmu po Euro dowiemy się później, z kolei dużo zyskali na pewno zwykli ludzie malujący policzki za 5 zł, małe firemki i wielkie przedsiębiorstwa produkujące gadżety - ilość pieniędzy, która zostawili w Polsce kibice trudno zliczyć, podobnie jak ilość firm, które dzięki boomowi w trakcie Euro kilkukrotnie zwiększyło swoje obroty. No i oczywiście literka M.

PS. Jak dla mnie to Euro mogłoby trwać jeszcze i jeszcze, ale trudno - pora Niemców zamienić na Bełchatów, Buffona na Szmatułę, Balotelliego na Demjana, a Del Boque na Lenczyka. Za niedługo start najciekawszej ligi, polskiej Ekstraklasy (nie mogę się doczekać, serio).