Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 sierpnia 2012

Alfabet Euro 2012 cz. II

Druga część, pyk pyk.

L jak Lato Grzegorz - król polskiego futbolu zapowiedział przed Euro, że w przypadku gdy Polska z grupy nie wyjdzie, on zwolni fotel prezesa PZPN. O ile reprezentacja z pierwszej części zdania wywiązała się koncertowo, tak Lato już niekoniecznie. Żal patrzeć, jak kolejny wielki polski piłkarz z najlepszej w historii ery polskiego futbolu, stacza się po równi pochyłej. Za niedługo nikt już nie będzie pamiętał jego goli czy tytułu króla strzelców Mistrzostw Świata w 1974 roku, za to doskonale znane będą jego wpadki i klęski. Już naprawdę abstrahując od sposobu prowadzenia Związku, to sama jego postać dziś jest groteskowa - życzenia czytane z kartki, wygłupy przed kamerą sprawiają, że chyba każdy kibic mający w sercu dobro polskiej piłki tęskno wyczekuje następnych wyborów na szefa PZPN.

Styl amerykański
M jak Miss Euro - od zakończenia turnieju minął miesiąc, doniesienia na temat Euro powoli cichną, a ona wciąż wraca jak bumerang - okrzyknięta Miss Euro Natalia Siwiec. Modelka w Kołobrzegu na Sunrise Festival, modelka w Warszawie na koncercie Madonny, modelka gdzieś tam i jeszcze gdzieś. W międzyczasie sesje w Playboyu i pewnie setki ustawianych zdjęć, wywiadów i artykułów. Ktoś niezorientowany w temacie mógłby myśleć, że brunetka z Boguszowa-Gorców właśnie teraz się objawiła, gdy ktoś jej zrobił zdjęcie na Stadionie Narodowym. Nic bardziej mylnego, bo jest to jej drugie podejście i po raz kolejny wybrała sobie drogę do sławy wiodącą przez stadion. Kilka lat temu Natalia Siwiec pojawiła się u boku będącego wtedy u szczytu kariery piłkarza Wisły Kraków Damiana Gorawskiego, by później nawet wyjechać z nim do Moskwy, kiedy ten postanowił za grube miliony przywdziewać strój FK. Później ich drogi się rozeszły, tak samo jak rozjechała się kariera Gory - obecnie bezrobotnego. Wracając do sedna, pomysł Siwiec by pokazać się na trybunach w biało-czerwonych barwach najprawdopodobniej był jej najlepszym ruchem w życiu. Nic to, że prawie żywcem ściągniętym z Larissy Riquelme, ważne że nikt inny na ten, bardzo banalny zresztą, pomysł w trakcie imprezy nie wpadł. NIKT z ogromnej rzeszy aspirujących modelek, celebrytek, gwiazdeczek, chociaż drogowskazem kariera paragwajskiej modelki. Teraz kalendarz Siwiec pęka od umówionych spotkań, to ona dostaje setki tysięcy złotych za sesje. I wzorem swego byłego chłopaka Gorawskiego (swoja drogą inną dziewczynę odbił mu Radek Majdan), który wycisnął ile mógł z Górnika Zabrze (73 tys/mies za jakieś dwadzieścia występów w ciągu ponad dwóch lat), ta korzysta ile może ze swych pięciu minut sławy spod znaku pompowanych ust.


Goetze, wielka nadzieja piłki, za wiele sobie nie pograł na Euro
N jak Niemcy - to obok Holandii chyba największa niespodzianka Mistrzostw. Typowani jako główni faworyci obok Hiszpanii, swój udział zakończyli w półfinale. Niby to świetny wynik, ale nie dla Niemców, którzy na kolejnej z rzędu imprezie powtarzają scenariusz - najpierw świetna gra w grupie i w początkowej fazie rozgrywek pucharowych, później ni stąd ni zowąd porażka w półfinale lub w finale i na pocieszenie na szyjach wieszane są medale innego koloru niż złoty. Niemcy jak nikt inny zasługują na sukces. To oni przerobili drogą od samego dna na (prawie) szczyt. Mało kto pamięta beznadziejny występ na Euro 2000, kiedy zajęli ostatnie miejsce w grupie za m.in. Rumunią, a w ostatecznym rozrachunku lepsza od podopiecznych Ribbecka na tym turnieju była nawet Słowenia. Dwa lata później przyszedł niespodziewany sukces na Mistrzostwach Świata w Korei i Japonii, kiedy to już pod wodzą Rudiego Voellera przeciętna drużyna przegrała w finale w Brazylią, jednak Euro 2004 to kolejna porażka - jeden punkt zdobyty w pojedynku z Łotwą chluby naszym zachodnim sąsiadom nie przyniósł. W międzyczasie ktoś walną w stół i powiedział, że tak nie może być. Niemcy nie mogą zostać wymieniani jednym tchem z europejskimi średniakami, a Łotwa musi się ich bać, a nie walczyć jak równy z równy. Zainwestowano więc ogromne pieniądze w rozwój młodych piłkarzy i efekt tych działań widzimy dziś, gdy kadrę stanowią dwudziestokilkulatkowie, grający w najmocniejszych klubach Starego Kontynentu. Co najważniejsze, ciągle pojawiają się nowi piłkarze, którzy na razie są zmiennikami, a za kilka lat to oni będę stanowić o sile reprezentacji. Trudno więc odpowiedzieć na pytanie, czego zabrakło Niemcom - mocny skład, poukładany taktycznie i otrzaskany już z bojami na najwyższym szczeblu zawodzi po raz kolejny w decydującej fazie. Szansa na zmianę już za dwa lata w Brazylii, gdzie Niemcy przystąpią do rozgrywek w jeszcze mocniejszym składzie, wszak z obecnej kadry na dobrą sprawę może braknąć jedynie Miroslava Klose, który i tak obecnie wchodzi z ławki, a za drzwiami szatni już czekają tabuny młodych.


O jak organizacja - tak bardzo się o nią wszyscy bali, jednak na szczęście obyło się bez jakichś wielkich problemów. Te były raczej wcześniej, przed rozpoczęciem Euro, kiedy okazywało się, że schody w Narodowym są wadliwe albo gdy Chińczycy (wcześniej witani jako lek na kłopoty z drogami) postanowili nie dokańczać jednak autostrady A2. Trudno było oczekiwać, że wszystkie z planowanych inwestycji zostanie oddanych do użytku przed Euro, ale mimo wszystko gro z nich funkcjonuje i nam służy. Wracając jednak do organizacji - Polska na pewno zyskała w oczach Zachodu sprawnie przeprowadzoną wielką imprezą. Teraz już bez żadnego wstydu można ubiegać się o organizację w naszym kraju wydarzeń na skalę światową, bo egzamin z dojrzałości państwa zdaliśmy pozytywnie. Wydaje mi się, że w większym stopniu zawdzięczamy to jednak tysiącom ludzi, wolontariuszy, służb porządkowych, którzy wywiązali się ze swych ról znakomicie, aniżeli politykom, którzy teraz będą spijać śmietankę z tego sukcesu.

Na boisko remis, na ulicy Polska górą!
P jak przegrani - Polska, Niemcy, Holandia, Francja, Rosja i można by wymieniać jeszcze długo. Od każdej z tych reprezentacji wymagano więcej, pokładano w nich większe (Niemcy) lub nieco mniejsze (Polska) nadzieje, ale żadna z nich im nie sprostała. Jednym zabrakło umiejętności, innymi szczęścia, a jeszcze inni zlekceważyli przeciwników. Większość z tych reprezentacji szansę na rehabilitację będzie miało już za dwa lata na Mistrzostwach Świata w Brazylii, gdzie pewnie oczekiwania wobec nich będą podobne. Tylko jak tu wierzyć w zapewnienia o poprawie chronicznym recydywistom na polu rozczarowań?


R jak Rosja - na Euro Rosjanie potwierdzili swoją wybitną chimeryczność. Najpierw gładko, po naprawdę dobrej grze, roznieśli Czechów, by później zremisować z Polską i dać się zwyciężyć Grekom. Na przestrzeni ostatnich czterech lat było bardzo podobnie - na Euro 2008 Rosja doszła aż do półfinału, gdzie poległa z późniejszym triumfatorem Hiszpanią, a ledwie dwa lata później, dysponując bardzo podobnym składem, nie przeszła eliminacji do Mundialu w RPA. Rosjanie mają potencjał na bycie piłkarską potęgą i wciąż szczęście do piłkarskich talentów - wcześniej Pawluczenko i Arszawin, dziś Dzagoev stanowi o sile kadry - którzy jednak dużo lepiej prezentują się w kadrze lub w rosyjskiej lidze, aniżeli na zachodnich boiskach. W dodatku działacze nie skąpiący pieniędzy na zagranicznych trenerów z najwyższej półki, którzy układają zespół doskonale taktycznie i który gra także dość efektownie jak na dzisiejsze czasy. Z opisu wychodzi jakby kalka Niemców i niestety, zachowując pewna skalę, z wynikami jest podobnie. Jednak zarówno w przypadku jednej, jak i drugiej ekipy jestem pewien, że ich czas dopiero nadejdzie.      


Wspólna zabawa w Strefie Kibica
S jak Strefa Kibiców - wynalazek Euro, wydzielone miejsce do kibicowania przy wielkim ekranie. Idea szczytna bardzo, ale wykonanie już mniej, chociaż nie zawsze jest to wina organizatorów. Wszak nie mogli oni oszacować, że chętnych do wejścia do np. wrocławskiej Strefy na Rynku będzie z dwa razy więcej niż miejsc, a ludzie będą się i tak kłębić w jej okolicach. Nie mam im za złe wszechobecnego syfu wokół Strefy, bo przecież nie od tego są oni, by uczyć porządku podpitych polaczków. Oficjalne Strefy UEFA jeszcze się jakoś broniły, ale te miejskie lub jeszcze bardziej dzikie nie wyglądały dobrze, usłane zbitymi butelkami i z centymetrową warstwą śmieci na bruku. Opole wybrało doskonałe miejsce do organizacji masowego oglądania meczów - wyremontowany Amifteatr - ale na tym pozytywy się kończą. Nie ma nic bardziej irytującego niż oglądanie meczu przy akompaniamencie (tak wyśmiewanych jeszcze dwa lata temu i krytykowanych) wuwuzeli czy rozdawanych za darmo pompowanych pałek do walenia. Ktoś się nieco zagalopował i chciał zrobić z piłkarskiego święta siatkarski festyn. Gdyby jednak przymknąć na to oko, atmosfera był bardzo dobra, chociaż ludzie w większości nieco przypadkowi. Pomysł stref się przyjął, jednak to rozwiązanie doraźne - szczerze wątpię czy jeszcze kiedykolwiek będzie nam dane uczestniczyć w takim czymś. Euro przyciągnęło tylu przypadkowych kibiców, niedzielnych fanów naszego trio z Borussi czy po prostu januszy, że jasny był sens organizowania ich. Trudniej wyobrazić sobie strefę organizowaną na mecz np. eliminacji z Czarnogórą, ale cóż, tacy już są kibice.        


Tytoń na progu wielkiej kariery - Hetman Zamość
T jak Tytoń Przemysław - jeden z największych, jak nie największy, wygrany Euro polskiej reprezentacji i sprawca chyba największego bólu głowy Waldemara Fornalika. Z anonimowego, rezerwowego bramkarza, stał się nagle rozpoznawalnym przez każdego Polaka kandydatem na biało-czerwoną bluzę z numerem 1. Przez jedną jego interwencję zachwiała się pozycja Wojciecha Szczęsnego jako pierwszego golkipera, czemu jakby nie patrzeć Szczęsny sam jest winien, bo to jego interwencja spowodowała wejście Tytonia na boisko i obronienie karnego Karagounisa. Kariera golkipera z Zamościa to jedna z najciekawszych historii ostatnich lat w polskim futbolu. Z mało znanego bramkarza słabego Górnika Łęczna, gdzie nawet nie grał regularnie w podstawowym składzie, przeszedł do Rody Kerkrade, w której na początku był drugim bramkarzem. Przełomowy okazał się sezon 2010/11 - Tytoń na dobre wszedł do bramki Rody i z miejsca wyrósł na czołowego bramkarza holenderskiej ekstraklasy. Zaowocowało to kolejnym głośnym transferem, tym razem do naprawdę topowego zespołu PSV Eindhoven, w którym przyszło mu rywalizować z solidnym Andreasem Isakssonem. Później przyszła kontuzja porównywana z tą, którą odniósł kilka lat temu Petr Cech, ale i z tej sytuacji Tytoń wyszedł obronną ręką, bo do futbolu wrócił stosunkowo szybko. Warto odnotować jeszcze, że był on w składzie na Mistrzostwach Świata U-20 w 2007, gdzie nasza reprezentacja zaprezentowała się nad wyraz dobrze, ale nie było mu dane ani razu wybiec na boisko - Michał Globisz wolał Bartosza Białkowskiego, obecnie tułającego się po niższych angielskich ligach, gdzie w ciągu siedmiu lat zagrał w 24 spotkaniach ligowych. Jaki los potrafi być przewrotny.


U jak Ukraina - piłkarsko lepsi, organizacyjnie gorsi - tak w skrócie można określić współgospodarza Euro. Ukraina zagrała dużo lepiej i odważniej od naszej reprezentacji i gdyby nie mocna grupa pewnie zagraliby w ćwierćfinale. Z drugiej strony kibice dużo mniej chwalili sobie ten kraj, nawet reprezentacje w przeważającej ilości jako bazę wybierały Polskę. Z Ukrainą związany był też największy sędziowski skandal Euro, czyli nieuznana bramka w spotkaniu z Anglią. Dwie bramki, jedyne na tej imprezie dla Ukrainy, strzelił Andrij Szewczenko. Dziś już wiemy, że to były ostatnie bramki Szewy - były zawodnik Milanu zakończył karierę i zapowiedział rozpoczęcie nowej, tym razem polityka. Z jego odejściem kończy się pewna era ukraińskiego futbolu, czas w którym piłkarz ze wschodniej części kontynentu tyle znaczył w Europie, czego zawsze będziemy pewnie naszym sąsiadom zazdrościć. Życzę mu wszystkiego najlepszego, równocześnie jednak przykro się robi, gdy kolejny z idoli młodości kończy karierę, tak nieliczni już zostali.


W jak więcej biletów - sprawa o której lepiej byłoby, gdyby nikt się nie dowiedział. W skrócie - kapitan Błaszczykowski ma żal do prezesa Laty, że ten piłkarzom przydzielił zbyt małą ilość biletów i ci w związku z tym bardziej martwić się musieli o rodziny, a nie o DECYDUJĄCY O AWANSIE mecz z Czechami. Co najciekawsze, tę żenującą opowieść Kuba sam sprzedał mediom - nie wyszło to, jak to zwykle bywa w takich krepujących sprawach, ze źródła nieoficjalnego, ale od kapitana reprezentacji Polski. Zawsze podziwiałem Błaszczykowskiego jako piłkarza i człowieka, przez to co przeszedł, a gdzie jest teraz należy mu się ogromny szacunek. Tym bardziej smutno, że strzelił sobie wizerunkowego samobója i to akurat wtedy, kiedy wszystkie oczy były skierowane na niego. Naraził się na śmieszność i pewnie przez dłuższy czas będzie mu to pamiętane, a łatka łasego na darmowe wejściówki (których i tak miał przecież dużo do dyspozycji) nie przystoi kapitanowi.

Euro-gadżety
Z jak zwycięzcy - jeśli chodzi o piłkarskie kwestie, to chyba tylko Hiszpania, która po raz kolejny sięgnęła po mistrzostwo kontynentu, bo z grona reprezentacji mimo wszystko więcej było przegranych. Indywidualnie to kilka postaci się pokazało, jak Hummels, Dzagoev czy Jiracek, ale czy można ich nazwać zwycięzcami? Żaden z nich nie wybił się na tyle, żeby działacze potęg od razu wpadali w zachwyt, raczej błysnęli, pokazali się i mieli swoje pięć minut. Bardzo ładnie z piłką pożegnał się Szewczenko. Wielkim zwycięzcą trudno też nazwać Iniestę, mianowanego najlepszym piłkarzem, bo on swoje już zdobył i ten triumf na dobrą sprawę nic w jego życiu i karierze nie zmieni. To, czy rządzący zyskali poparcie na fali entuzjazmu po Euro dowiemy się później, z kolei dużo zyskali na pewno zwykli ludzie malujący policzki za 5 zł, małe firemki i wielkie przedsiębiorstwa produkujące gadżety - ilość pieniędzy, która zostawili w Polsce kibice trudno zliczyć, podobnie jak ilość firm, które dzięki boomowi w trakcie Euro kilkukrotnie zwiększyło swoje obroty. No i oczywiście literka M.

PS. Jak dla mnie to Euro mogłoby trwać jeszcze i jeszcze, ale trudno - pora Niemców zamienić na Bełchatów, Buffona na Szmatułę, Balotelliego na Demjana, a Del Boque na Lenczyka. Za niedługo start najciekawszej ligi, polskiej Ekstraklasy (nie mogę się doczekać, serio).

niedziela, 22 lipca 2012

Alfabet Euro 2012 cz. I


Gdy 18 kwietnia 2007 roku Michel Platini ogłosił decyzję, że Euro 2012 odbędzie się w Polsce i na Ukrainie nie wierzyłem, że ktoś może być tak naiwny i podarować organizację krajom, którym syf i burdel na drugie (Ukrainie to może i na pierwsze?). Później ciężko było sobie wyobrazić, że zdążymy ze zbudowaniem praktycznie od podstaw większości stadionów i połowy infrastruktury. Jak i to się udało i czas mistrzostw nastał, brałem w ciemno, że czymś się zbłaźnimy, bo straszyli nas i demonstracjami i ulicznymi walkami. Jak na złość wszystko przebiegło raczej zgodnie z planem i nawet, jak na złość, wygrała ta drużyna co wygrać miała (nudy). Trzy tygodnie po przyszedł czas na wspomnienia Euro 2012, "największej po Zjeździe Gnieźnieńskim imprezie organizowanej w Polsce", jak to powiedział jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy (nie, nie chodzi o Błaszczykowskiego).

Tak skończyło się najlepsze Euro 2000
Moimi ulubionymi zawodami piłkarskimi zawsze były mistrzostwa Europy - próżno szukać egzotycznych wynalazków typu Nowa Zelandia czy Trynidad i Tobago, a i nawet europejskie wynalazki typu Słowacja lub Słowenia jak już miały awansować na dużą imprezę, to zwykle był to Puchar Świata. Przypadkowych zespołów raczej na europejskim czempionacie nie uświadczysz, najczęściej jest to jak nie prawdziwa światowa czołówka, to chociaż jej bezpośrednie zaplecze. Traf chciał, że organizowanie Euro 2012 przypadło właśnie w udziale takich "kopciuszków" - ani Polskę (mimo usilnych starań wszystkich naokoło, ale o tym później), ani Ukrainę trudno zaliczyć do chociażby trzeciej ligi światowej. Grono słabiaków uzupełnić mogą jeszcze Irlandczycy, a tak to zostają same drużyny, które, w mniejszym jak Dania czy Szwecja, lub większym jak Hiszpania i Niemcy, stopniu mogły wygrać te zawody, dodatkowo jeszcze nie zbłaźnić się specjalnie, gdyby przyszło im grać zamiast między sobą, to z np. Brazylią. Ciągle w pamięci mam znakomite dla mnie Euro 2000, z ulubionym Patrickiem Kluivertem jako królem strzelców (wespół z Savo Miloseviciem, jeszcze z Jugosławii!) czy dramatycznym finałem, w którym główną rolę zagrał Francisco Toldo. Nie gorzej było cztery lata później i w 2008, kiedy po raz pierwszy do finałów Euro awansowała Polska. Mistrzostwa Europy zawsze było dla mnie synonimem pięknego futbolu, klasycznych meczów wielkich zespołów i genialnych finałów, czyli w praktyce czegoś nieosiągalnego na naszym podwórku. Ciężko więc było uwierzyć, że przez prawie cały czerwiec najlepsi piłkarze Starego Kontynentu będą biegali w Polsce - tej samej, która niedawno straszyła stadionami z epoki kamienia łupanego, w której autostrada oznacza jedną nitkę z ograniczeniem do 80 km/h i w której po angielsku prędzej dogadasz się ze sprzedawcą w galerii niż z policjantem lub niekiedy nawet z politykiem (z okazji Euro pojawiły się też takie kwiatki).

Nie będzie to zwykły post o Mistrzostwach, bo takich pewnie każdy przeczytał pełno. To będzie mój własny Alfabet Euro, czyli to co najbardziej utkwiło mi w pamięci z tego turnieju i to, co później będzie można spokojnie opowiadać przyszłym pokoleniom. To na pewno nie jest wyczerpanie tematu, raczej pójście na łatwiznę - Euro w Polsce to jedno z takich kwestii, o których można pisać i pisać, a i tak wszystkiego się chyba nie przekaże.

A jak nasza grupa na Euro - nie ma co do tego wątpliwości, to była jedna z gorszych grup w historii Euro. Tak jak te najtrudniejsze nazywa się "śmierci", tak ta została ochrzczona jako "śmiechu". Poszczególne zespoły tworzące tę grupę opisuję niżej, ale wypada je wymienić - Polska, Rosja, Grecja, Czechy. Pierwsza myśl jaka mi się nasunęła po jej zobaczeniu to "jak nie teraz to nigdy". Teraz już wiem, że wniosek z tego taki - NIGDY. Według opinii publicznej scenariusz miał być taki, że wychodzimy z Ruskimi, obojętnie na jakim miejscu, po oczywistym zwyciężeniu z Grecją na sam początek drogi ku chwale. Jak było, każdy wie, taka okazja już się nie powtórzy, chociaż pocieszenie z tego takie, że chyba jednak Rosja bardziej się zbłaźniła.

Cieszy bardziej od goli w półfinale Euro
B jak Balotelli Mario - najbarwniejsza postać Euro i co do tego nikt wątpliwości chyba nie ma. Najbarwniejsza, ale nie najlepsza - Włoch nie rozegrał wcale takiego dobrego turnieju, a przynajmniej nie wprost proporcjonalnie dobrego do zamieszanie wokół niego, bo raptem w jednym meczu z Niemcami naprawdę wzbił się ponad poziom i strzelił dwie bramki, dające awans do finału. Do historii, zarówno piłki jak i Internetu, przejdzie jego "cieszynka" po drugiej bramce w półfinale - zdjęcie prężącego muskuły Mario nie tylko obiegło cały świat, ale także doczekało się jakiegoś tysiąca przeróbek. W ogóle historia z tą bramką to cały Balotelli - połączenie kunsztu piłkarskiego, wiary we własne nieprzeciętne umiejętności (jestem pewny, że 99% polskich napastników w najlepszym wypadku rąbnęłoby piłkę Panu Bogu w okno, zakładając, że w zdołaliby uciec Lahmowi), zabawy i na koniec jeszcze stworzenie najbardziej zapamiętywalnego obrazku z Euro. I jeszcze po finale zniknął na kilka godzin bez wieści - ot, cały Mario Balotelli, duże dziecko, którego bardziej od bramki cieszy zrobienie sobie sztucznego siusiaka za pomocą chorągiewki.

Jiracek nie tylko fryzurą nawiązywał do najlepszych
pomocników z Czech - Nedveda i Poborskiego
C jak Czechy - teoretycznie mecz z naszymi południowymi sąsiadami miał być spotkaniem przyjacielskim o pietruszkę. Oni, czerpiąc wzorce z naszych występów na poprzednich poważnych imprezach piłkarskich, mieli grać we Wrocławiu 16 czerwca o pietruszkę. Za to my mieliśmy postawić "kropkę nad i" jak Monika Olejnik i spokojnie przygotować się do ćwierćfinału. Scenariusz trochę się zmienił, obie reprezentacje walczyły o awans, chociaż Czesi z lepszej pozycji. Obie drużyny musiały wygrać, ale tylko jedna chciała - Polacy wyszli (na mecz o wszystko, przypominam!) w defensywnym ustawieniu i walili głową w mur, a Czesi spokojnie czekali na szansę zadania ciosu i jak tylko nadarzyła się okazja Petr Jiracek trafił do siatki. Niepoważne traktowanie drużyny Michala Bilka wzięło się stąd, że czeska piłka jest w lekkim kryzysie, gdzieś tak od 2004 roku stopniowo spadając w dół wszelkich rankingów. Próżno szukać, prócz Petra Cecha, czeskich piłkarzy w składach najlepszych klubów Europy, a jeszcze kilka lat wcześniej tacy zawodnicy jak Milan Baros, Marek Jankulovski i przede wszystkim Pavel Nedved byli filarami mocnych ekip liczących się nie tylko w swych krajach, ale także na europejskim podwórku. Sparta Praga, która kilka razy dobrze pokazała się w Lidze Mistrzów i rok w rok wysyłała w świat znakomitych piłkarzy, teraz ma problemu z wygraniem Gambrinus Ligi. Niby w poprzedniej edycji Champions League nieźle zaprezentowała się Viktoria Pilzno, ale jednak to nie jest to samo, co kilkukrotne wyjście z grupy Prażan. Reprezentacja cierpiąca na niedobór klasowych zawodników także zawodziła, w dodatku nie omijały ją skandale. Podejście Czechów przed Euro było adekwatne do sytuacji, a szanse oceniano realistycznie, bez szarpania się na wielkie słowa. Mimo że po porażce w pierwszym meczu z Rosją nadzieje jeszcze bardziej zwątpiły, Czesi się podnieśli i zawędrowali do ćwierćfinału. Po prostu - robić, a nie mówić.

Dwa największe błazny kadry, Franz i Kubuś (patrz litera W)
D jak drużyna Smudy - tak właśnie, lub jako drużyna PZPN, określana była złośliwie kadra Polski na Euro. Powód prozaiczny - niektóre powołania nijak miały się do zasady sięgania po NAJLEPSZYCH piłkarzy. Zamiast takiego Arkadiusza Piecha, najlepszego snajpera Ruchu Chorzów, pojechali Paweł Brożek i Artur Sobiech, obaj nie mieszczący się w składach, odpowiednio - Celticu i Hannoveru. Ponadto media musiały wymusić wręcz na Smudzie powołanie Kamila Grosickiego, a podejrzewam, że powołanie dla Rafała Wolskiego też było nieco pod publiczkę. Na szczęście niektóre cuda zostały odstrzelone jeszcze na zgrupowaniu w Austrii np. Michał Kucharczyk. Napastnik Legii, który sezon zakończył z trzema bramkami w lidze, rozgrywając łącznie 25 spotkań - w tym jedno pełne, a 12 razy wchodził z ławki. Jeszcze większe kontrowersje wywołały powołania dla tzw. farbowanych lisów. Niektórzy zawodnicy z polskimi paszportami, bo przecież nie Polacy, występami na Euro zdecydowanie się obronili - Eugen Polanski i Damien Perquis byli jednymi z mocniejszych punktów reprezentacji, nieco więcej oczekiwano od Ludovica Obraniaka, za to Sebastian Boenisch dawał się niemiłosiernie ogrywać każdemu bez wyjątku, czym zacięcie rywalizował o miano najgorszego piłkarza kadry z Rafałem Murawskim. Druga sprawa, że Boenisch na Euro nie powinien w ogóle pojechać, a już na pewno nie wybiegać w pierwszej jedenastce - mówimy o zawodniku, który przez ostatnie dwa sezony w Werderze Brema rozegrał ledwie pięć spotkań ligowych. Co ciekawe, prawie dwa razy więcej razy w omawianym czasie wybiegał w koszulce z Orzełkiem. Z farbowanych lisów (co za głupia nazwa) na Euro pojechał jeszcze Adam Matuszczyk, ale on akurat zagrał tylko kilka minut. W ogóle, przy okazji tematu "pożyczonych", pamiętam szał, jaki ogarnął media kilka lat temu, gdy doszło do nas, że kraje masowo podkradają nam zdolną młodzież - Podolski, Klose, Szetela to tylko te najważniejsze nazwiska. Wtedy było źle, bo grali gdzie indziej, teraz psy wieszane są na selekcjonerze, który powołał, dodać trzeba jednak, że masowo i z drugiego czy tam trzeciego sortu takie wynalazki. Jak zawsze brakuje zdrowego rozsądku.

E jak Euro 2016 - następne Mistrzostwa Europy odbędą się we Francji, kraju zdecydowanie bardziej przygotowanym do Euro niż my i Ukraina. Potomkowie Napoleona kilka razy organizowali już wielkie imprezy sportowe, żeby wspomnieć tylko Mistrzostwa Świata 1998, moje pierwsze świadome, mają więc doświadczenie w tej kwestii i klapy organizacyjnej raczej nie ma co oczekiwać. Niecierpliwie czekam jednak na to, jak sprawdzi się nowe rozwiązanie UEFA, czyli 24 drużyn w stawce, przy obecnych 16. Już teraz miejsca zabrakło np. dla solidnych Szwajcarii, Serbii, Turcji czy Czarnogóry, więc pomysł wydaje się trafiony, chociaż na poziom imprezy raczej nie wzrośnie. Pytanie tylko ile w tym genialnej idei, a ile zabiegu mającego na celu zarobienie trochę więcej pieniędzy.

Fornalik jest dziś tym dla kibiców Ruchu,
kim był Smuda dla Widzewiaków w latach 90-tych 
F jak Fornalik Waldemar - nowy selekcjoner kadry. Przejęcie kadry po klęsce na własnym Euro wydaje się z jednej strony łatwe, z drugiej niewiarygodnie trudne dla byłego trenera Ruchu Chorzów. Gorzej z wynikami już być nie może, trzon kadry pozostaje ten sami i co najważniejsze jest to całkiem solidny trzon, ale jednak reprezentacja to reprezentacja - Fornalik przyzwyczajony do pracy z często nieco przypadkowymi zawodnikami, w słabych warunkach finansowych czy organizacyjnych, trafi nagle do zgoła innego świata. Stanie się naprawdę znaną osobistością, i to nie tylko dla kibiców futbolu, ale także dla zwykłych "niedzielnych" fanów piłki, będzie miał ogromna presję, dodatkowo otrzymuje od razu ważne i trudne zadanie, czyli awans do Mistrzostw Świata 2014. Ciężko też będzie po ewentualnej porażce odnaleźć się z powrotem w światku piłkarskim, bo historia Smudy pokazuje, że nie ma nic gorszego dla wizerunku, jak objęcie stanowiska selekcjonera kadry. Doskonale pamiętam, jak pod koniec lat 90-tych Smuda, wtedy niezwykle szanowany trener z sukcesami w lidze, miał przejąć reprezentację po Januszu Wójciku. Ku niezadowoleniu wszystkich pracę otrzymał jednak Jerzy Engel, z jakim skutkiem wiadomo. Dziś już chyba wszyscy zapomnieli, że to właśnie Smuda przebył drogę od "najlepszego kandydata" do "najgorszego trenera". Ale jak śpiewał kiedyś Kazik Staszewski - "panie Waldku, pan się nie boi" - będzie dobrze, a na pewno lepiej, bo żeby mieć taką słabą prasę jak Smuda to jednak trzeba się mocno postarać.

G jak Grecja - kibicom piłki Grecja zapewne najbardziej kojarzy się z rokroczną rywalizacją o krajowy prymat między Olympiakosem Pireus a Panathinaikosem Ateny oraz z triumfem w Mistrzostwach Europy  sprzed ośmiu lat. Tamten zespół, poukładany w defensywie i zabójczo skuteczny w ataku, był bliźniaczo podobny do teamu z Euro 2012. Wciąż bez gwiazd, z rosłymi obrońcami, z Giorgiosem Karagunisem w środku pola i wreszcie ze świetnie grającym w powietrzu Georgiosem Samarasem, który miał zastąpić Angelosa Charisteasa w roli egzekutora. Brakowało tylko genialnego Otto Rehhagela, pod batutą którego Hellada swoje największe zwycięstwo odniosła i na którego taktykę sposobu nie znalazła na mistrzowskim turnieju Portugalia (dwukrotnie), Hiszpania czy Francja. Bez Niemca na ławce nigdy nie byli już tacy mocni, a to dawało nadzieję, zwłaszcza, że mecz z Grekami miał otwierać turniej i przy okazji naszą drogę do, chociażby, ćwierćfinału. Na nic jednak bramka Roberta Lewandowskiego, na nic doping kibiców, na nic kunszt trenerski Smudy. Grecja zagrała tak, jak nauczył ją tego Otto - wystarczył jeden zryw, żeby doprowadzić do remisu i później tylko kontrolować sytuację. Nie wiem za bardzo dlaczego np. Polska nie może tak grać, skoro poziom piłkarzy jest zbliżony? Czy Samaras czy Salpingidis jest gorszy od Lewandowskiego? Albo czy Wasilewski z Perquisem nie mogą zbudować trwałego muru w obronie, przecież nie są słabsi od duetu stoperów z Grecji. Czapki z głów dla podopiecznych Fernando Santosa, których gra najczęściej przyprawia o ból zębów, a oni i tak, na przekór wszystkim, pokonują większych, a z największymi podejmują walkę.  


Gorsi od Polaków [*]
H jak Holandia - serce mi krwawiło, gdy moja ulubiona reprezentacja, w której pokładałem takie nadzieje, odpadła już po trzech spotkaniach. Dodajmy, że wszystkie spotkania przegrała (w tym z Danią), a mniej bramek od niej strzeliła jedynie Irlandia. O ile po Robbenie, który wszystko co tylko mógł w poprzednim sezonie spiepszyć to koncertowo spierdolił można było się tego spodziewać, to np. van Persie sezon w Premiership zakończył z koroną króla strzelców, a taki van der Vaart ciągnął za uszy Tottenham i wyciągnął na czwarte miejsce. Wierzyć się nie chce, że tak klasowy zespół, wicemistrz świata sprzed dwóch lat, mógł grać taką piłkę na najważniejszej imprezie roku. Czekam na rehabilitację.

I jak Iniesta Andres - wybrany najlepszym piłkarzem Euro 2012. Czy słusznie trudno powiedzieć, bo na podobnym poziomie grał też np. Andrea Pirlo, jednak z tym zastrzeżeniem, że Włoch genialnymi podaniami i bramką w meczu z Chorwacją utorował nie takiej przecież dobrej Italii drogę do bramki, a Iniesta tego samego dokonał mając u boku Xaviego czy Fabregasa. Nie zmienia to jednak faktu, że Hiszpan jest graczem znakomitym, kompletnym i z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że na dzień dzisiejszy jest to druga największa gwiazda Barcelony i na Mistrzostwach tylko to potwierdził.

J jak Juskowiak Andrzej - nieco na siłę wytypowałem do zestawienia tego byłego napastnika. Powodem była jego obecność przy mikrofonie w trakcie kilku spotkań, która to obecność nie tylko nie przeszkadzała, ale nawet cieszyła (tak naprawdę to nic na tę literę lepszego nie mogłem wymyślić). O nieudolności zawodowych komentatorów można pisać książki, za to o wpadkach, pomyłkach i głupotach wrzucających co rusz to nowe truizmy byłych piłkarzy nawet papieru byłoby szkoda. Juskowiak był jednak inny - inteligentny, interesujący i warty słuchania, nie taki jak Trzeciak czy Murawski (to akurat Canal +). Kto wie, może zyska on niebawem taki status jak Wojciech Kowalczyk w Polsacie (chociaż średnio go lubię) i jego obecność w przedmeczowym studio będzie tak samo oczywista jak kilkukrotne przekręcenie jednego nazwiska w trakcie meczu przez Dariusza Szpakowskiego? W kontekście fuch byłych piłkarzy warto jeszcze przeczytać co robił w trakcie Mistrzostw zapomniany Paweł Wojtala, jeśli w ogóle ktoś go pamięta.

Irlandczycy świetnie bawili się także
 z Chorwackimi kibicami
K jak kibice - temat rzeka, bo nie dość, że ciekawy, to jeszcze możliwy do ugryzienia z kilku stron. Pierwsza - kibice innych drużyn. Podobno najlepiej zaprezentowali się Irlandczycy (mieli też najlepszy hymn swoją drogą) i Chorwaci. Ci pierwsi mimo fatalnego występu swoich piłkarzy dopingowali najlepiej i byli bardzo aktywni w miastach w których przyszło im rozgrywać mecze. Pili hektolitry piwa, zalewali na zielono rynek w Poznaniu, szukali żony, łamali języki przy wypowiadaniu polskich zdań. Poziom "występu" więc odwrotnie proporcjonalny do formy Robbiego Keane i kolegów. Z kolei Chorwaci, jak to południowcy - a to w przypływie radości rzucili na boisko race, a to zrobili awanturę w pubie, a to spektakularną akcją odbili kolegę z rąk policjantów. Pozostałe kraje raczej niczym się nie wyróżniały, może poza Rosją, która z wiadomych względów przyjechała z ekipą mocno rozrywkową i ta zaakcentowała swoją obecność. Druga sprawa to słynna kampania rządu przeciwko polskim "kibolom", czego efektem były dotkliwe kary dla klubów i, w często niejasnych okolicznościach, zatrzymania i kary dla kibiców. Trochę na ten temat napisałem w tym miejscu. Krucjata skończyła się bojkotem Euro całej sceny kibicowskiej. Trudno ocenić jak to odbiło się na samej reprezentacji i jej wynikach, ale sama atmosfera w trakcie meczu wyraźnie straciła na jakości. Na stadionach zamiast fanatycznych kibiców dopingujących kadrę (na co wpływ miała oczywiście także forma dystrybucji biletów) zasiadła w większości masa przypadkowych ludzi nie interesujących się specjalnie piłką lub "niedzielnych" kibiców, dla których jedyny słuszny futbol to ten w wykonaniu Realu i Barcelony. Polacy w trakcie swych meczów, chociaż znajdowali się w ogromnej przewadze liczebnej gardeł, momentami byli przekrzykiwani przez fanów z Rosji czy nawet przez mało liczną grupę Greków. Przemilczę kwestię flagi Tomasza Zimocha, tej co to jest "dobrem narodowym" uszytej za horrendalnie wielką kwotę, czy zapraszania do prowadzenia dopingu na reprezentacji gniazdowych z polskich klubów. A trzecią, czyli kwestię zwykłych kibiców z Cebulandii, poruszę w drugiej części alfabetu Euro, przy okazji litery S.      

Część druga niebawem, na pocieszenie to, co poniżej - profil bloga zobowiązuje. Swoją drogą Irlandczyk pisze taki hymn, w trakcie gdy polscy "raperzy" co najwyżej nagrywają takie...



sobota, 14 kwietnia 2012

Górale gonili, aż dogonili

Fot. K. Dzierżawa/ts.podbeskidzie.pl
Można już ze sporym prawdopodobieństwem stwierdzić, że dziś Śląsk w Bielsku pogrzebał swoje szanse na mistrzostwo. W dodatku prowadzenie i w rezultacie dwa punkty stracił w 90. minucie, gdy gola zdobył Robert Demjan. Najbardziej z wyniku cieszy się Legia, która może w tej kolejce odjechać wrocławianom na pięć punktów.

Śląsk zrobił tak naprawdę wszystko, żeby tego meczu nie wygrać. Trudno inaczej określić sytuację, gdy drużyna z aspiracjami na mistrza Polski, która w przypadku zwycięstwa siedziałaby dosłownie na plecach liderującej Legii, stwarza w spotkaniu z grającym już o nic beniaminkiem dosłownie kilka sytuacji. Na domiar złego gdy już trafia do siatki, zamyka się na własnej połowie i pozwala rozwinąć skrzydła walecznym, ale znajdującym się w lekkim dołku po dwóch kolejnych porażkach z outsiderami, Góralom. Wisienką na torcie indolencji Śląska niech będzie sytuacja z 88. minuty, gdy nie mające nic do stracenia Podbeskidzie rzuca wszystkie siły (łącznie ze stoperem Bartłomiejem Koniecznym) do ataku, a Łukasz Madej mając mnóstwo czasu na dokładny strzał i mając przed sobą tylko Mateusza Bąka nie trafia nawet w bramkę. Dwie minuty później Robert Demjan wykorzystał dokładną wrzutkę niezwykle ruchliwego dziś Sylwestra Patejuka i doprowadza do wyrównania. 

Śląsk stracił dziś ważne punkty, ale kto wie jak potoczyłby się losy spotkania, gdyby w 29. minucie boiska nie musiał opuścić z powodu kontuzji Sebastian Mila. Do jego zejścia z boiska gra wrocławian nie wyglądała źle - goście raczej kontrolowali wydarzenia boiskowe i raz nawet sam Mila znakomicie obsłużył Łukasza Gikiewicza, ale jego strzał sparował Bąk. Sytuację miał także Cristian Omar Diaz, ale po sprytnym uwolnieniu się spod opieki obrońcy nie zdołał pokonać golkipera gospodarzy uderzeniem z ostrego kąta. Swoje okazje miało także Podbeskidzie, głównie za sprawą szalejącego Patejuka. W najlepszej akcji meczu, po minięciu na lewym skrzydle kilku zawodników Śląska, zejściu do środka i klepce z Demjanem pomylił się jednak o pół metra. Pierwsza połowa była mało emocjonująca, a z rzadka atakujący piłkarze obu drużyn skupili się głównie na walce w środku boiska.

Drugą połowę lepiej zaczęli Górale, ale po strzale Sebastiana Ziajki w 47. minucie na posterunku był Marian Kelemen. Kwadrans później było już jednak 1-0, bo Piotr Celeban, podobnie jak w meczu rundy jesiennej, trafił do bramki bielszczan. Myli się jednak ten, kto myśli że piłkarze z Dolnego Śląska poszli za ciosem. Nie mając kompletnie żadnego pomysłu na grę, w szczególności gdy na tragicznej dziś murawie przy Rychlińskiego ciężko było stworzyć składną akcję i gdy wyłączony był z gry szybki Waldemar Sobota, dali się zepchnąć do obrony. Pierwsze poważne ostrzeżenie dla wicemistrzów Polski dał Ziajka, ale jego wolej przeleciał z metr nad bramką. Chwilę później powinno być już jednak 1-1 - joker Górali Piotr Malinowski będąc kilka metrów przed bramką najpierw jednak nie trafił w piłkę lewą nogą, by poprawiając prawą pomylić się minimalnie. Jeszcze chwilę przed sytuacją Madeja groźnie uderzył nad bramką Przemysław Kaźmierczak, ale kilka minut później Demjan rozwiał wątpliwości - Śląsk nie jest na dzień dzisiejszy wiarygodnym kandydatem na mistrza i powinien się z tą myślą pogodzić. Bo właśnie w takich meczach jak ten dzisiejszy, ze słabszym zespołem i przy prowadzeniu, zdobywa się tytuły. Szansa tli się jeszcze w dogodnym dla wrocławian terminarzu, jednak te mecze trzeba jednak umieć wygrać, a dziś podopieczni Oresta Lenczyka pokazali, że mogą mieć z duże problemy. 

środa, 4 kwietnia 2012

Wynik jak nigdy, gra jak zawsze


Podbeskidzie przegrywa drugi mecz z rzędu z drużyną z dołu tabeli. Nie oznacza to jednak, że Cracovia była dziś lepsza - dwie bramki zdobyła w dość kontrowersyjnych okolicznościach i przy wydatnej pomocy przeciwnika. 

Spotkanie zaczęło się dla Cracovii fantastycznie, bo już w 8. minucie Marcin Budziński otworzył wynik meczu. Młodemu zawodnikowi Pasów niespecjalnie w tej sytuacji przeszkadzali obrońcy Podbeskidzia pozwalając z piłką przebiec kilkanaście metrów i na koniec oddać precyzyjny strzał. Wydawać by się mogło, że walcząca o utrzymanie w lidze Cracovia pójdzie za ciosem i zrobi wszystko, żeby wynik podwyższyć. Nic bardziej mylnego - goście kontrolowali w tym momencie grę, często sprawiając zagrożenie pod bramką Wojciecha Kaczmarka, a podopieczni Tomasz Kafarskiego w tym czasie irytowali niecelnością i ospałością. Pierwszą okazję do wyrównania miał chwilę po golu Budzińskiego Juraj Dancik, ale z bliska trafił z główki w bramkarza Pasów. Co nie udało się słowackiemu obrońcy, udało się Markowi Sokołowskiemu w 17. minucie. Kapitan bielszczan próbując dośrodkowywać z powietrza kapitalnie wrzucił piłkę za kołnierz Kaczmarka i goście zasłużenie wyrównali. Ciągłą przewagę Podbeskidzie mogło udokumentować w tej części gry jeszcze przynajmniej dwoma golami, ale za pierwszym razem mając przed sobą pustą bramkę fatalnie skiksował Liran Cohen, a później instynktownie strzał Sokołowskiego wybronił Kaczmarek. Kilka razy z dobrej strony pokazał się Sylwester Patejuk, z kolei w drużynie Cracovii ciężko było znaleźć jakieś pozytywy, poza grę Budzińskiego i kilkoma interwencjami Kaczmarka. Po 45. minutach wydawało się, że dalsze bramki dla Podbeskidzia są kwestią czasu.

Fot. cracovia.pl
Nieoczekiwanie jednak druga odsłona meczu rozpoczęła się bardzo podobnie do pierwszej. Na prowadzenie Cracovię wyprowadził Milos Kosanovic, po ładnym strzale z rzutu wolnego pośredniego podyktowanego za nakładkę Dariusz Łatki w polu karnym. Kontrowersję w tej sytuacji wywołało poprzedzające strzał muśnięcie piłki przez Vladimira Boljevicia, po którym piłka ledwo drgnęła. Po drugim golu Podbeskidzie zaczęło rzadziej atakować, ale mimo to kilkukrotnie zagroziło bramce gospodarzy. Cracovia dużo śmielej poczynała sobie w tym momencie na boisku i efekt przyszedł na piętnaście minut przed końcem spotkania, ale znowu w mocno kontrowersyjnych okolicznościach. Saidiego na ziemię powalił w mało groźnej sytuacji Ondrej Sourek, co zakończyło się dla niego szybszą wycieczką pod prysznic, a dla Pasów rzutem karnym. Powtórki jasno jednak wskazywały, że faul nastąpił zaraz przed polem karnym i po raz kolejny niedopatrzeniem wykazali się sędzia główny Szymon Marciniak wraz z asystentami. Jedenastkę na gola zamienił sam poszkodowany i praktycznie z niczego Cracovia wyszła na prowadzenie 3-1. Rozgrywający dobre zawody Saidi mógł w końcówce podwyższyć wynik, ale strzelił obok słupka.

Cracovia w końcu wygrała mecz, jednak nie w takim stylu na jaki wskazywałby wynik, bo równie dobrze odwrotny rezultat Podbeskidzie mogłoby osiągnąć w samej tylko pierwszej połowie. Nie zmienia to jednak faktu, że trzy punkty dużo dają w tej trudnej sytuacji Pasom, ale ciężko teraz wyrokować czy dadzą cokolwiek więcej niż nieco lepsze samopoczucie. Dystans do bezpiecznej lokaty wynosi obecnie cztery punkty przy rozegranym jednym spotkaniu więcej, a Cracovię czeka teraz mecze m.in. z Polonią Warszawa, Ruchem Chorzów czy Wisłą Kraków.

via Tylko Piłka

sobota, 31 marca 2012

Łódź lepsza na wodzie

Fot. K. Dzierżawa/ts.podbeskidzie.pl
ŁKS wygrywa w Bielsku z Podbeskidziem po ładnej bramce Wojciecha Łobodzińskiego i pierwszy raz od 28. października zgarnia pełną pulę. Nie był to jednak porywający pojedynek, bo piłkarze dostosowali dziś grę do tragicznej pogody i murawy na stadionie przy Rychlińskiego.

Opis całego meczu można tak naprawdę sprowadzić do kilku zdań. Winę za mało akcji ofensywnych, dużo błędów i niecelnych zadań zwalić można w pełni na znajdującą się w fatalnym stanie z powodu opadów deszczu murawę. 

Trochę lepiej w piłkę wodną grał dziś ŁKS - w pierwszej połowie dwukrotnie groźnie strzelał Grzegorz Bonin, ale najpierw strzał efektownie obronił Richard Zajac, a później piłka minęła bramkę. Ze strony gospodarzy warto jedynie odnotować strzał Sebastiana Patejuka w 41. minucie z rzutu wolnego, który minął o metr bramkę ŁKS. Trzy minuty później jedną z nielicznych składnych akcji w tej części przeprowadzili łodzianie - Marek Saganowski po długim zagraniu Adama Gieragi wypuścił na wolne pole Wojciecha Łobodzińskiego, a ten po kilku krokach strzelił nie do obrony w górny róg bramki Podbeskidzia.

Jeszcze gorzej było w drugiej odsłonie. Mocniej zaczął ŁKS, ale strzał Łobodzińskiego z ostrego kąta na raty wybronił Zajac. Chwilę później dobrą okazję, i chyba najlepszą w całym spotkaniu, stworzyli sobie gospodarze. Sebastian Ziajka przegrał jednak pojedynek 1 na 1 z Pavle Velimiroviciem, co gorsza lądując po tym jeszcze w ogromnej kałuży. Do końca meczu oglądaliśmy już tylko serię głównie niegroźnych dośrodkowań i pojedynków w środku pola, poprzeplatanych małą ilością ładnych akcji. Piłka co chwilę albo zatrzymywała się w kałużach albo nabierała niespodziewanego poślizgu w najmniej oczekiwanym momencie. Trudno więc winić w tej sytuacji piłkarzy, ale warto zauważyć że to łodzianie lepiej dostosowali się do warunków na boisku - dużo częściej niż Podbeskidzie używali oni strefy boiska od strony trybuny odkrytej gdzie wody było mniej i to właśnie po akcji z tamtej strony padła jedyna bramka dzisiejszego pojedynku.

ŁKS zdobył dziś bardzo ważne trzy punkty. Nie tylko w kontekście walki o utrzymanie, ale także z powodu morale, które z pewnością wzrosną w zespole. Doświadczenia i dobrych piłkarzy duet Pyrdoł-Świerczewski ma pod dostatkiem, ale czasami brakowało zawodnikom z Łodzi po prostu szczęścia vide mecz z Zagłębiem. W przypadku tego meczu wydaje się, że największym szczęściem było mokre boisko, na którym kompletnie nie radziło sobie Podbeskidzie i wystarczyła jedna akcji, aby przywieźć z Bielska komplet punktów.   

via Tylko Piłka

sobota, 24 marca 2012

Lechia lepsza, ale wciąż bez wygranej na wiosnę

Fot. lechia.pl
Beniaminek niczym rasowy bokser wypunktował doświadczoną Lechię wykorzystując wszystkie błędy gospodarzy i wygrywając w stosunku 3-2. Emocjonujące spotkanie gdańszczanie mogliby wygrać, gdyby wykazali się większą konsekwencją i skutecznością pod bramką Bąka, bo okazji ku temu nie brakowało.

Lechia na zdobycie pełnej puli punktów czeka od czterej miesięcy i trudno dziwić się, że do tego spotkania piłkarze znad morza przystąpili z wielką koncentracją i wolą zwycięstwa. Porażka Cracovii i ŁKS dodatkowo pozwalała na zwiększenie przewagi nad strefą spadkową. 

Kosecki wyprowadza Lechię na prowadzenie
Gospodarze starali się więc od pierwszych minut narzucić swój styl gry Góralom i pierwsi zaatakowali, ale niespodziewanie to podopieczni Roberta Kasperczyka otworzyli wynik - w 8. minucie dośrodkowanie Lirana Cohena z rzutu rożnego celną główką zakończył Robert Demjan. Chwilę później wynik podwyższyć mógł po indywidualnej akcji Sylwester Patejuk, ale jego strzał zatrzymał Wojciech Pawłowski. Mimo tych dwóch akcji to Lechia dłużej utrzymywała się przy piłce i na efekt nie trzeba było długo czekać. Niezdecydowanie obrońców Podbeskidzia wykorzystał Jakub Kosecki i ładnym strzałem z dystansu pokonał wychowanka Zielono-Białych Mateusza Bąka. Lechia nie zwolniła tempa i kilka minut później w słupek trafił Abdou Traore, a w 38. minucie drugą bramkę po kuriozalnych błędach defensywy gości strzelił Kosecki. Odpowiedź Podbeskidzia była błyskawiczna - minutę później po akcji Demjana ręką w polu karnym zagrał Krzysztof Bąk i sędzia Huberta Siejewicz bez wątpliwości wskazał na wapno. Pewnym egzekutorem został Patejuk, a wynik 2-2 do przerwy już się nie zmienił.

Bąk i Rogalski -  byli gracze Lechii, dziś w Bielsku
Początkowe kilkanaście minut drugiej odsłony ani trochę nie przypominało emocjonującej pierwszej części. Zawodnicy obu drużyn grali statycznie i rzadko atakowali, a najgroźniejszą okazję miał Łukasz Surma i Ivans Lukjanovs, kiedy mocno uderzył metr obok słupka Bąka. Po tej akcji Łotysza goście wyprowadzili decydujący, jak się później okazało, cios - Patejuk po indywidualnej akcji na prawym skrzydle wyłożył piłkę niepilnowanemu Demjanowi, a ten ze spokojem pokonał Pawłowskiego. Po raz drugi Podbeskidzie wyszło w Gdańsku na prowadzenie i po raz kolejny dość nieoczekiwanie, w momencie gdy przewagę miała Lechia. Gospodarze mieli jeszcze kilka sytuacji, żeby chociaż wyrównać stan meczu, ale dwukrotnie dogodnej okazji nie wykorzystał najlepszy na boisku Kosecki, a po razie pomylił się Traore i Deleu.

Lechia jak najbardziej mogła to spotkanie wygrać i powinna to zrobić. Zabrakło szczęścia, koncentracji i  w decydującym momencie doświadczenia Jakuba Koseckiego. Druga sprawa, że większość groźnych sytuacji gdańszczanie stwarzali po stałych fragmentach lub po fatalnych błędach obrony gości, którzy sprezentowali oba gole i słupek Traore. Podbeskidzie potwierdziło tezę o swej skuteczności po stałych fragmentach oraz kontrach i trzema punktami zdobytymi w Trójmieście chyba zapewniło sobie ekstraklasowy byt w następnym sezonie. Walczyć o niego będzie natomiast Lechia, ale patrząc na dzisiejszym mecz, gdy była po prostu lepsza, trudno uwierzyć, żeby ich zła passa nie odmieniła się w kolejnych spotkaniach - następna okazja za tydzień w Bełchatowie.


via Tylko Piłka

niedziela, 18 marca 2012

Górale pokazali charakter

Cztery stałe fragmenty i cztery bramki - tak w skrócie można opisać mecz w Chorzowie, w którym Ruch zremisował z Podbeskidziem 2-2. Gospodarze na własne życzenie zmarnowali świetną okazję, żeby do liderującej Legii zbliżyć się na trzy punkty, z kolei Podbeskidzie przełamało się po dwóch porażkach z rzędu.

Po pierwszej połowie wydawało się, że nic nie przeszkodzi Niebieskim w odniesieniu zwycięstwa. Podopieczni Waldemara Fornalika w pełni kontrolowali grę, często atakując bramkę Richarda Zajaca i oddając groźne strzały. To jednak goście, którzy w porównaniu z zeszłotygodniowym meczem z Legią mieli całkowicie przemeblowany skład (brak w pierwszym składzie m.in. Sylwestra Patejuka, Łukasza Mierzejewskiego czy Roberta Demjana), pierwsi groźnie zaatakowali. Do centry z rzutu wolnego Lirana Cohena doszedł niepilnowany Ondrej Sourek, ale w doskonałej sytuacji nie trafił czysto w piłkę. Trzy minuty później Ruch strzelił pierwszą bramkę - o ile pierwsze dośrodkowanie Markowi Zieńczukowi nie wyszło, to poprawka trafiła wprost pod nogi nabiegającego Arkadiusza Piecha, który trafia do siatki. W 25. minucie było już 2-0, a pierwszą bramkę w sezonie strzelił Łukasz Janoszka, który po rzucie rożnym Zieńczuka i dzięki przytomnemu zachowaniu się Piotra Stawarczyka strzałem z powietrza nie dał szans Zajacowi. Po drugiej bramce Ruch nabrał wiatru w żagle kilkukrotnie groźnie atakując i przeprowadzając składne oraz efektowne akcje. Swoje szanse miał jeszcze Piech, Zieńczuk, a także Maciej Jankowski, którego strzał (znowu po stałym fragmencie Zieńczuka!) sprzed linii bramkowej wybił Bartłomiej Konieczny. Szybko na niekorzystną sytuację na boisku zareagował trener Podbeskidzia Robert Kasperczyk zdejmując z boiska destrukcyjnie nastawionego Mateja Nathera i zastępując go ofensywnym Patejukiem, jeszcze w trakcie pierwszej odsłony meczu. Miało to rozruszać anemicznie grających Górali, którzy byli tłem dla bardzo dobrze prezentujących się Niebieskich - nikt spośród osób zasiadających przed telewizorem i na stadionie nie pomyślałby wtedy, że Podbeskidzie podniesie się z kolan. Bardziej prawdopodobna była wizja blamażu bielszczan podobnego do tego z 2. kolejki, kiedy GKS Bełchatów wpakował im piłkę do siatki sześć razy.

Jednak w drugiej połowie ataki Ruchu zdecydowanie straciły nieco animuszu. Ponownie na listę strzelców próbował wpisać się Janoszka, a Zieńczuk ciągle straszył po stałych fragmentach - tym razem po bezpośrednim uderzenie z rzutu wolnego, kiedy zmierzającą w światło bramki piłkę odbił Ivan Curic. I właśnie zmiana bezproduktywnego Chorwata okazała się kluczowa dla tego spotkania, bo gdy na jego miejsce wszedł Demjan gra bielszczan w ataku zaczynała wyglądać trochę lepiej. To po dwóch faulach na tym zawodniku padły oba gole dla beniaminka. Najpierw w 69. minucie naciskany przez jednego z zawodników gości Rafał Grodzicki trafił do własnej siatki, a dwanaście minut później w polu karnym ponownie sam został Sourek, który tym razem skierował piłkę do bramki. W obu przypadkach asystą popisał się rozgrywający dobre zawody Cohen. Ostatnie minuty to już zmasowany napór Ruchu, który mógł dać efekt w ostatniej sytuacji spotkania, ale Stawarczyk mając przed sobą jedynie Zajaca posłał piłkę obok bramki gości.

Wynik 2-2 nie oznacza wcale zdobycie punktu przez Niebieskich, ale stratę dwóch. Swoiste zwycięstwo odnieśli zawodnicy Podbeskidzia, którzy dzięki swojemu charakterowi zdołali w końcówce zdobyć dwa trafienia oddając w dodatku tylko jeden celny strzał na bramkę Peskovicia. Za tydzień do Chorzowa przyjeżdża mistrz kraju Wisła Kraków, a Górali czeka długi wyjazd do Gdańska na mecz z tamtejszą Lechią.

via Tylko Piłka

sobota, 10 marca 2012

Udany rewanż Legii

Fot. K. Dzierżawa/ts.podbeskidzie.pl
Po niezbyt emocjonującym widowisku Wojskowi wywożą z Bielska-Białej trzy punkty, a jedyną bramkę zdobył świetny Rafał Wolski. Zwycięstwo mogło być bardziej okazałe, ale pod koniec spotkania Danijel Ljuboja nie wykorzystał rzutu karnego.

Drużyna Macieja Skorży do Bielska przyjechała jako świeżo upieczony lider Ekstraklasy i zespół, który w dwóch ostatnich spotkaniach najpierw zdemolował Śląsk we Wrocławiu, a tydzień temu nie dał szans ŁKS-owi Łódź. W dodatku ciągle w pamięci mieli nieoczekiwane zwycięstwo Podbeskidzia przy Łazienkowskiej jesienią i pałali żądzą rewanżu. Z kolei Górale po świetnym początku rundy rewanżowej fatalnie zaprezentowali się w Kielcach i w meczu z Legią chcieli pokazać, że był to tylko wypadek przy pracy najbardziej walecznej drużyny w Ekstraklasie.

To właśnie podopieczni Roberta Kasperczyka pierwsi oddali groźny strzał na bramkę rywala. Dariusz Łatka krótko rozegrał rzut rożny z Maciejem Rogalskim i uderzył z 25 metrów, ale Dusan Kuciak wyciągnął się jak struna i koniuszkami palców wybił piłkę poza boisko. Na tym praktycznie zakończyła się aktywność ofensywna Podbeskidzia, które miało problem z wymieniem kilku celnych podań i oddało pole gry Legionistom. Chwilę po akcji Łatki nastąpiła odpowiedź Legii, ale strzał Wawrzyniaka po wymianie podań z Wolskim zablokował Bartłomiej Konieczny. Swoje okazje w pierwszej części miał także Ljuboja, ale piłka kropnięta z wolnego minęła o metr słupek Richarda Zajaca, a kilka minut później jego uderzenie z linii pola karnego złapał golkiper z Bielska. Bramki kibice doczekali się w 45. minucie, a całą sytuację zapoczątkowali złym rozegraniem rzutu wolnego zawodnicy Podbeskidzia. Długim podaniem z własnej połowy uruchomiony został Wolski, który najpierw wygrał pojedynek z Łukaszem Mierzejewskim, później nie zląkł się wybiegającego daleko Zajaca, by na końcu przepchnąć Juraja Dancika i efektownym lobem trafić do pustej bramki. Prowadzenie Legia objęła w idealnym momencie, dając równocześnie nadzieję na ciekawsze niż miało to miejsce w pierwszej połowie widowisko.

fot. Woytek/legionisci.com
Niestety, ani bramka ani ofensywne roszady Roberta Kasperczyka (wprowadzenie Piotra Malinowskiego, a później Ivana Curicia i Adriana Sikory) nie zmieniły obrazu gry. Nadal piłkarzom obu drużyn rzadko udawało się stworzyć klarowną sytuację, niezbyt często mieliśmy także możliwość oglądania strzałów na bramkę rywala. Najlepszą okazję miał w 76. minucie wprowadzony po przerwie Miroslav Radovic, ale jego uderzenie obronił Zajac. Po stronie gospodarzy warto odnotować jedynie strzał z dystansu Malinowskiego, który nie sprawił jednak żadnych problemów Kuciakowi. Na siedem minut przed końcem regulaminowego czasu gry wprowadzony chwilę wcześniej Michał Żyro zdecydował się na dynamiczne wejście w pole karne, ale powalony został przez Marka Sokołowskiego i poprawnie prowadzący zawody sędzia Paweł Pskit bez cienia wątpliwości wskazał na wapno. Do piłki podszedł Ljuboja, ale nie zdołał jedenastki zamienić na dziesiątą bramkę w sezonie - jego strzał na dwa tempa wyłapał bez problemu Zajac. Po niewykorzystaniu takiej okazji przez Wojskowych trudno było wierzyć, że cokolwiek się jeszcze przy Rychlińskiego wydarzy i ani anemicznie grająca ale w pełni kontrolująca sytuację na boisko Legia, ani tym bardziej nie mające pomysłu na grę Podbeskidzie nie zmieniło wyniku. Nudne spotkanie zakończyły jeszcze przepychanki zawodników obu drużyn, po których żółte kartki zobaczyli Żewłakow, Astiz i Curic.

Status quo został zachowany i Legia utrzymuje się na szczycie Ekstraklasy, wespół ze Śląskiem. Wrocławianie podejmują jednak w niedzielę waleczną Koronę i jakakolwiek ich strata punktowa pozwoli coraz wygodniej rozsiąść się podopiecznym Macieja Skorży na fotelu lidera. Za to Podbeskidzie po świetnym początku rundy rewanżowej po raz drugi z rzędu schodzi z boiska na tarczy i bardzo ciężko będzie przerwać tę serię za tydzień, kiedy pojedzie do Chorzowa na mecz ze znajdującym się w bardzo dobrej formie Ruchem.

via Tylko Piłka

PS.

piątek, 2 marca 2012

Górale kolejną ofiarą Scyzoryków

Fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta
Rewelacyjnemu wiosną Podbeskidziu nie udało się odnieść piątego z rzędu zwycięstwa, bo lepsza, i to o wiele, okazała się kielecka Korona. Mecz rozstrzygnął się praktycznie w pierwszych dwudziestu minutach, po których gospodarze prowadzili już 2-0. 

Od początku meczu największe zagrożenie ze strony Korony płynęło po dośrodkowaniach. O ile w dziesiątej minucie Macieja Korzyma ubiegł jeszcze w polu karnym powracający po kartkowej absencji Marek Sokołowski, to cztery minuty później po rzucie rożnym cała defensywa Podbeskidzia była już bezradna. Centrę Pawła Sobolewskiego na krótki słupek wykończył ładnym strzałem Korzym, tym samym kończąc imponującą serię Richarda Zajaca - bramkarz gości nie wyciągał piłki z siatki od 380 minut. Niezbyt długo trzeba było czekać na kolejnego gola, którego na swoje konto zapisał Jacek Kiełb. Były pomocnik Lecha Poznań sprytnym strzałem piętą wykorzystał dośrodkowanie Pawła Golańskiego. Będący w szoku Górale mieli ogromne problemy ze zbudowaniem jakiejkolwiek groźnej akcji, notowali dużo strat i niecelnych podań - dość powiedzieć, że najgroźniejszy strzał oddał w czterdziestej minucie Sylwester Patejuk, ale uderzenie z rzutu wolnego w sam środek bramki nie mogło zaskoczyć doświadczonego Zbigniewa Małkowskiego. Korona grała spokojnie i dłużej utrzymywała się przy piłce, ale poważną okazję do podwyższenia wyniku miał jeszcze po kolejnym dośrodkowaniu Kiełb, którego zatrzymał jednak Zajac.

Drugą połowę obie drużyny rozpoczęły w niemal nie zmienionych składach, a jedynym nowym piłkarzem był Grzegorz Lech, który zmienił lekko kontuzjowanego Tomasz Lisowskiego. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut drugiej odsłony próżno było szukać jakichś groźniejszych sytuacji. Po jednej stronie okazję miał po ładnym rozegraniu z Korzymem Vlasimir Jovanović, ale piłkę z linii wybił Juraj Dancik, po drugiej bardzo niecelnie po rzucie wolnym huknął Liad Elmaleach. Na piętnaście minut przed końcem regulaminowego czasu gry do siatki trafił ponownie Korzym, ale sędzia Paweł Raczkowski dopatrzył się wcześniej przewinienia Lecha na Danciku. Później groźnie atakował Piotr Malinowski i dobrze dysponowany ostatnio Sebastian Ziajka, ale żaden z tych strzałów Górali nie znalazł drogi do siatki Małkowskiego. Pod sam koniec meczu dobrą okazję po centrze Ivana Curicia miał wprowadzony na boisko Marcin Rogalski, ale jego ni to strzał ni dośrodkowanie złapał golkiper Żółto-czerwonych. Korona spokojnie kontrolowała przebieg gry, rzadko atakując i skutecznie rozbijając ofensywne natarcia gości i dowiozła w ten sposób zwycięstwo do końca. Była drużyną dojrzalszą oraz lepszą i dała jasny sygnał, że zeszłotygodniowa wygrana w Krakowie z Wisłą nie było dziełem przypadku, a raczej wypadkową wysokiej formy, dobrego ustawienia i dużej woli zwycięstwa. Potwierdzić to może w następnym meczem z liderem z Wrocławia, z kolei Podbeskidzie czeka niezwykle ciężki pojedynek w Bielsku z będącą w gazie Legią.

via Tylko Piłka

sobota, 18 lutego 2012

3 razy 3, czyli Podbeskidzie w gazie

Fot. widzew.pl
Dość nieoczekiwanie Podbeskidzie wraca z Łodzi z kompletem punktów po skromnej wygranej 1-0. Górale przeskoczyli tym samym Widzew w tabeli, notując jednocześnie trzecie zwycięstwo z rzędu w rundzie rewanżowej.

Pierwszą okazję do wyjścia na prowadzenie beniaminek miał już w 4. minucie spotkania, kiedy Hachem Abbes zagrał ręką w polu karnym i sędzia Szymon Marciniak bez wątpliwości wskazał na wapno. Etatowy egzekutor jedenastek w zespole gości Sylwester Patejuk strzelił jednak równie mocno, co niecelnie i piłka po jego strzale poszybowała wysoko ponad bramką Macieja Mielcarza. Dziesięć minut później piłkarze Podbeskidzia ponownie stanęli przed ogromną okazją na pierwszą bramkę. Przypadkowo kilka metrów przed polem karnym piłkę przejął Robert Demjan i błyskawicznie uruchomił wychodzącego na czystą pozycję Marcina Rogalskiego. Doświadczony pomocnik przegrał jednak pojedynek z golkiperem gospodarzy. Odpowiedź Widzewa przyszła nad wyraz szybko - Okachi w trudnej sytuacji zdołał kopnąć futbolówkę po dośrodkowaniu z prawej strony, ale strzał okazał się minimalnie niecelny. Mimo że Widzew miał optyczną przewagę, to kolejną okazję stworzyli sobie zawodnicy Roberta Kasperczyka. Ponownie przed szansą stanął Rogalski, ale ani pierwszy strzał, który obronił Mielcarz, ani drugi po którym piłkę sprzed linii wybił Bruno Pinheiro nie znalazł drogi do siatki. 32-letni pomocnik zapewne długo jeszcze będzie wspominał te trzy niewykorzystane okazje z jednej tylko połowy spotkania z łódzką drużyną, zwłaszcza że dał się już poznać jako całkiem dobry snajper, gdy w sezonie 2007/08 w barwach Lechii Gdańsk udało mu się zdobyć aż jedenaście bramek. Nieco później jedyny strzał w tym spotkaniu oddał ustawiony na szpicy w drużynie gości Dejman, który urwał się obrońcom i oddał mocne uderzenie pod poprzeczkę, ale po raz kolejny Mielcarz nie dał się zaskoczyć. Widzew odpowiedział akcją Okachiego, który przewrócił się w dogodnej sytuacji w polu karnym, ale arbiter nie dopatrzył przewinienia Juraja Dancika oraz główką Mindaugasa Panki. Niesamowitym refleksem w tej sytuacji popisał się jednak Zajac i obie drużyny schodziły do szatni z zerowym dorobkiem strzeleckim - Widzew dłużej utrzymywał się przy piłce, ale to goście częściej i groźniej atakowali.

Fot. widzew.pl
Na drugą część meczu obie drużyny wybiegły w takich samych składach, ponownie też pierwsi zaatakowali gracze z Bielska-Białej i znowu główną rolę odegrali Rogalski z Mielcarzem. Ten pierwszy groźnie uderzył z ostrego kąta, Mielcarz piłkę wybił, a ta trafiła do Patejuka, który podobnie jak w przypadku feralnego rzutu karnego z początku spotkania posłał bombę daleko w trybuny. Lepiej nastawiony celownik urodzony w Warszawie zawodnik miał kilka minut później. Faulowany na 25 metrze był Dariusz Łatka, a bezpośrednio z rzutu wolnego kropnął Patejuk i piłka szczęśliwie dla niego poleciała akurat w to miejsce, w którym rozstąpił się mur Widzewa. Tym samym Mielcarz po raz pierwszy musiał wyjmować piłkę z siatki, ale próżno tu szukać jego winy. Po wyjściu na prowadzenie podopieczni Roberta Kasperczyka z mniejszym animuszem szturmowali bramkę gospodarzy, z kolei Widzew nie potrafił znaleźć sposobu na zbliżenie się do bramki Richarda Zajaca i oddanie groźnego strzału. Warta odnotowania jest jedynie akcja z 89. minuty, kiedy to po wrzutce Marcina Kaczmarka sytuacji nie zamknął Mariusz Stępiński i kilka minut później sędzia Marciniak zagwizdał po raz ostatni.

Mocno osłabiony Widzew (nieobecni to przede wszystkim para stoperów - Ukah i Bieniuk) nie potrafił rozgryźć dobrze  i ambitnie grającego Podbeskidzia. Goście atakowali częściej i groźniej i gdyby nie postawa Macieja Mielcarza wynik byłby na pewno wyższy. Łodzianie ograniczyli się do kilku ataków i nie powinni mieć do nikogo pretensji, że beniaminek ograbił ich dzisiejszego popołudnia z trzech punktów. Niestety, za tydzień nie będzie wcale łatwiej podopiecznym Radosława Mroczkowskiego, bowiem wybiegną na murawę przy ulicy Konwiktorskiej by zmierzyć się z walczącą o mistrza Polonią Warszawa. Rozpędzone Podbeskidzie podejmie ostatnie w tabeli lubińskie Zagłębie i nie jest wykluczone, że wspaniała wiosenna seria zwycięstw zostanie przedłużona.

via Tylko Piłka

sobota, 10 grudnia 2011

Przezimują w znakomitych humorach

Fot. Krzysztof Dzierżawa/www/ts.podbeskidzie.pl
Mało emocjonujące spotkanie zafundowali fanom piłkarze Podbeskidzia i GKS Bełchatów. Jedyną bramkę zdobył Sebastian Ziajka i dzięki temu Górale drugi raz z rzędu schodzili z boiska w glorii zwycięzców. Kto wie jednak, jak potoczyłby się ten mecz, gdyby nie kilka kontrowersyjnych decyzji sędziego.

Trudno w przypadku tego pojedynku nie odnosić się do spotkania z 2. kolejki rozgrywek T-Mobile Ekstraklasy. W sierpniu zawodnicy Bełchatowa rozbili gości aż 6-0, a znakomity występ zanotowali Jacek Popek, który ustrzelił hat-tricka, oraz Kamil Kosowski - poczwórny asystent. Mały rewanż piłkarze Podbeskidzie urządzili sobie w 1/16 Pucharu Polski, gdy bez problemu wygrali z GKS w stosunku 3-0, ale tamten mecz nijak miał się do dzisiejszego pojedynku. W piątkowy wieczór starli się bezpośredni rywale w walce o utrzymanie się w najwyższej lidze rozgrywkowej, więc każdy chciał zakończyć mecz z kompletem punktów.

Fot. Adam Michel/www.gksbelchatow.com
Lepiej w tym spotkaniu wystartowali podopieczni Roberta Kasperczyka, ale uderzenia Ziajki i Lirana Cohena minęły bramkę strzeżoną przez Łukasza Sapelę. Niedługo później Tomasz Wróbel przytomnie odegrał piłkę do Marcina Żewłakowa, który bez zastanowienia uderzył w stronę bramki. Futbolówka zatrzymała się na ręce Bartłomieja Koniecznego, ale mimo protestów gości sędzia Stefański nie zdecydował się przerwać gry. Po mocnym początku przez następne kilkadziesiąt minut z boiska wiało nudą. Przewagę miał Bełchatów, ale poza dłuższym utrzymywaniu się przy piłce nie wynikało z tego nic, aż do 25. minuty. Nie najlepiej w polu karnym zachował się Konieczny, ale z prezentu nie skorzystał Szymon Sawala trafiając z ostrego kąta w słupek. Po tej okazji gości próżno było szukać emocji aż do samego końca pierwszej połowy, a kibice ożywili się tylko w momencie gdy po nieco przypadkowej akcji Podbeskidzia w polu karnym powalony został Ziajka, ale i w tej sytuacji gwizdek sędziego się nie odezwał.

Na drugą część gry obie jedenastki wyszły w niemal nie zmienionych składach (kontuzjowanego Juraja Dancika zastąpił Ondrej Sourek), ale z zupełnie innym, bardziej ofensywnym, nastawieniem. W 54. minucie popis dał dotychczas praktycznie bezrobotny Łukasz Sapela, który najpierw obronił mocne kopnięcie Ziajki, później dobitkę Sylwestra Patejuka z najbliższej odległości, a na sam koniec zgarnął jeszcze piłkę sprzed nosa Robertowi Demjanowi. Tyle szczęścia nie miał jednak w następnej akcji ofensywnej gospodarzy, kiedy na powtórkę z poprzedniej kolejki z Białegostoku pokusił się dobrze dysponowany Ziajka i mierzonym strzałem trafił do siatki GKS-u. W międzyczasie podobnym uderzeniem popisał się Kamil Kosowski, jednak futbolówkę w tej sytuacji sparował na rzut różny Richard Zajac. Szybko na wydarzenia na boisku zareagował trener Kamil Kiereś wpuszczając na plac gry Dawida Nowaka oraz Pawła Buzałę. Siła rażenia Bełchatowian został wzmocniona jednak tylko teoretycznie, bo jedyne realne zagrożenie ze strony tej pary to główka Nowaka wprost w ręce Zajaca. Podbeskidzie ograniczało się w tym momencie do sporadycznych ataków i próbowało dużo spokojniej niż w pierwszej połowie rozgrywać piłkę. Dobrą sytuację na podwyższenie wyniku stworzył sobie Mariusz Sacha, ale sfinalizował ją koszmarnym strzałem w aut.

Fot. Adam Michel/www.gksbelchatow.com
W sen zimowy w dużo lepszych nastrojach zapadnie ekipa spod Szyndzielni. W dwóch pierwszych kolejkach rozgrywanych awansem z rundy wiosennej Podbeskidzie zdobyło komplet punktów i znacznie przybliżyło się do pozostania w gronie najlepszych zespołów z Polski. Z kolei GKS jeszcze nie wygrał w tym sezonie na wyjeździe i to wydaje się być największym problemem podopiecznych Kamila Kieresia. Strefa spadkowa niebezpiecznie blisko i w Bełchatowie powoli już zaczynają zapominać czasy, gdy klub walczył o najwyższe cele. Teraz zadaniem jest utrzymanie się i zatrzymanie w składzie Kamila Kosowskiego, który jest na dzień dzisiejszy największym zagrożeniem drużyny z województwa łódzkiego. Bez jego dokładnych dośrodkowań, mądrości i spokoju w grze, GKS miałby zdecydowanie mniej punktów niż ma teraz.

via Tylko Piłka