Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 sierpnia 2011

Freestyle City Festival - skoki FMX i koncert The Pryzmats

Pisałem końcem czerwca co nieco o Cieszynie przy okazji wpisu o deskorolkowym filmie "Kilka cm nad" i wspomniałem też o odbywającej się w tym mieście imprezie Freestyle City Festival, w trakcie której polską stolicą kultury i ekstremalnej rozrywki zostaje właśnie to przygraniczne miasto. Tegoroczna edycja FCF już za nami.

Nie będę opisywał całości imprezy, trwającej trzy dni - skupię się jedynie na sobotnim wieczorze, czyli pokazie FMX i koncercie The Pryzmats. Żeby jednak nikt nie poczuł się dotknięty i zapomniany, program FCF zakładał ponadto zawody taneczne i zdalnie sterowanych modeli samochodów, rowerowy downhill (ulicami Cieszyna i z wjazdem w kamienicę!), ekstremalnie stromy zjazd na longboardach i streetludge oraz odbywający się dzień wcześniej w tym samym miejscu co FMX pokaz skoków na mountainboardach. Masę fajnych zdjęć z tych wydarzeń można znaleźć tu.

Motocrossowe skoki na rynku to najbardziej widowiskowa część imprezy. Dziwnym nie jest, że w trakcie skoków rynek zapełnił się całkowicie ludźmi - wielu na miejsce przybyło zupełnie przypadkiem, nieświadome tego co się właśnie dzieje i wiedzione przez muzykę, entuzjazm kibiców i oczywiście warkot motocyklowych silników. Pokaz nie trwał długo, dosłownie kilkanaście minut, w trakcie których kilku zawodników wykonywało nierzadko naprawdę świetne ewolucje. Te najbardziej efektowne, czyli superman czy whip (mogę się mylić w nazwach, to zdecydowanie nie mój konik), sypały się niemal cały czas. Naprawdę fajne przeżycie, szkoda że rynek w Cieszynie jest dość mały, chętnie obejrzałbym takie coś np. we Wrocławiu, wtedy skoki mogłyby być bardzo długie. Dodatkowo pogoda nie należała w tym czasie do przyjaznych fotografowaniu i filmowaniu.

 

Po motocrossach przyszedł czas na gwóźdź sobotniego programu, czyli koncert żywieckiego The Pryzmats. Ich EP-ka "Balon" to moim zdaniem jeden z lepszych materiałów tego roku - zabawne, pełne follow-upów i sprytnych rymów teksty to trochę nostalgiczna podróż do "W Strefie Jarania i W Strefie Rymowania" i "Kasety Demonstracynej" Dinala, a muzyka w postaci żywych instrumentów potęguje tylko dobre wrażenie i wyróżnia The Pryzmats na polskiej scenie. W opisie "Balona" nazwałem ten zespół "żywieckim Hocus Pocus" i naprawdę nie jest to wielkie nadużycie, bo zachowując odpowiednią skalę można śmiało Białasa i spółkę tak właśnie nazwać.

Występy kapel (oprócz The Pryzmats tego wieczoru grał także Hoodoo Band & Ala Janosz, wcześniej Big Fat Mama, Stylowa Spółka Społem) odbywały się na dachu autobusu Red Bulla, zaparkowanego na ładnym Wzgórzu Zamkowym, nieopodal Olzy i mostu kierującego do Czeskiego Cieszyna. Pierwotnie cała zabawa miała kosztować 10 zł, ale zapewne z powodu niezbyt sprzyjającej koncertom na świeżym powietrzu pogodzie zrezygnowano z jakichkolwiek opłat, zachęcając równocześnie do przeznaczania tej kasy na cele charytatywne. The Pryzmats pod scenę przyciągnął całkiem sporą liczbę ludzi, a oprócz kawałków z płytki zagrał kilka mniej znanych utworów, np. "Z buta". Zabawa była przednia, bo i raperzy stanęli na wysokości zadania, non stop nawiązując kontakt z publicznością. Białas freestylował, a Batman rozśmieszał ludzi. Wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie z ich strony, aż żal że ten zespół nie jest znany szerszemu gronu słuchaczy. A może to i dobrze...  

Następna możliwość posłuchania The Pryzmats będzie 2 września w katowickiej Katofonii. Z kolei 24 września na imprezie "Hip-Hop Na Żywca", gdzie obok nich zagra Pezet & Małolat, Chada, Pih i Mes, IT'S SO GIMNAZJUM. 

 

środa, 6 lipca 2011

Heineken Open'er, czyli depozyt-srepozyt i Chris Martin


Czwartek, ostatni dzień czerwca i pierwszy Heineken Open'er był chyba jedynym, w którym pogoda w pełni dopisała festiwalowiczom - było słonecznie, ciepło i bez deszczu. Traf chciał, że to właśnie w ten dzień zagrała dla wielu najjaśniejsza gwiazda HOF, czyli Coldplay. Magia zespołu (a może samego Chrisa Martina?) przyciągnęła pod scenę rekordową liczbę publiczności, która na pewno nie żałowała wydanych pieniędzy.

Liczbie widzów nie można się dziwić - zespół, która ma na koncie 50 milionów sprzedanych płyt pierwszy raz zawitał do Polski. Ilość ludzi świetnie odzwierciedlały przeładowane pociągi - wystarczy powiedzieć, że 6 wagonów mojego składu wyruszającego kilka minut po 5 rano w dzień koncertu już na samym początku we Wrocławiu było zapełnionych, a pociąg zatrzymywał się później jeszcze w takich miastach jak Poznań, czy Bydgoszcz. O spokojnym dojściu do toalety można było pomarzyć, bo korytarz przypominał legowisko i trzeba było się mocno natrudzić, żeby nikogo nie kopnąć w nogę, głowę i przy okazji nie zbudzić. A najlepsze, że od razu g*wniarze oburzonko, że Auschwitz i PKP niemiłość, pójdą na te ich prawa, medycyny i dziennikarstwa (szczał w stopę) to zobaczą podróże. Później podobnie wyglądały wagony Trójmiejskiej SKM, zwłaszcza gdy zbliżał się wieczór i co za tym idzie najciekawsze koncerty, a kolorowa młodzież tłumnie i gwarnie wracała z plaży.

O organizacji samego festiwalu napiszę później, więc będzie nie chronologicznie i przejdę do samego koncertu Coldplay. Nie będę ukrywał, że znalazłbym wiele ciekawszych sposobów na wydanie tej ilości pieniędzy, którą przeznaczyłem na dojazd, koncert, jedzenie i powrót. Nawet gdyby moje konto byłoby nieco grubsze, to nie wiem czy poświęciłbym się i wyruszyłbym prawie 500 km w jedną stronę wypełnionym po brzegi pociągiem, serwując sobie ciężkie 2 dni w trakcie których godziny snu można spokojnie policzyć na palcach dwóch dłoni. Nie mówiąc już o jakimś porządnym odświeżeniu się potem, żeby nie atakować ludzi potem. Jedni jednak wolą deklarować swą miłość na f*jsbuku, ja wolałem osobiście dopilnować, żeby moja groupie Chrisa Martina bezpiecznie dotarła na miejsce, bo istniało ogromne prawdopodobieństwo zgubienia się już na wrocławskim dworcu. Ja fanem tej grupy nie byłem nigdy i jedynym sposobem na zmianę mojego zdania był właśnie ten koncert, bo jak wie każdy kto chociaż raz był na jakimś większym wydarzeniu muzycznym, magia występu live potrafi zrobić cuda.

Cudu nie było, ale ulegałem momentami Anglikom, szepcząc pod nosem refreny (znane, bo ona w domu) i klaszcząc w dłonie ze trzy razy pewnie. Abstrahując od mojej opinii na temat muzyki Coldplay, trudno było nie docenić niezwykłej charyzmy Martina, nawet jeśli porwana grupa to głównie dziewczyny w wieku od gimnazjum do studiów, wpatrzone  weń jak w obraz. Wokalista momentami był wręcz zachwycony publicznością i podkreślał, że na pewno nie jest to ich ostatni koncert w Polsce. Zespół spokojne piosenki przeplatał mocnymi kawałkami, w trakcie których Chris Martin szalał na scenie. To samo działo się także pod nią, a spektakl dopełniały fajerwerki i kilkanaście sporych piłek i balonów puszczanych w stronę publiczności. Spodziewałem się raczej koncertu mniej energicznego, z przewagą ballad, a zespół ku mojemu zaskoczeniu naprawdę dał radę. Ślepy zauważyłby (a już z pewnością usłyszałby), jak spragnieni Coldplay byli Polacy, ogromny tłum bawił się doskonale i potrafił zaśpiewać każdą piosenkę. Kobiety piszczały i płakały, mężczyźni wyrzucali w górę kapelusze, a niebo było wyjątkowo łaskawe tego dnia.

Jeśli chodzi o resztę koncertów to niestety nie dane było mi  zobaczyć za wiele – koncert Two Door Cinema Club nałożył się częściowo z Coldplay, w dodatku ich występ był na Tent Stage oddalonym od Main Stage i wejścia o jakieś 10 minut drogi. Przyjemnie jadło mi się kiełbasę przy Simian Mobile Disco, na plus zdecydowanie Paolo Nuttini. Nieco więcej oczekiwałem po Caribou, bo słyszałem wiele pochlebnych opinii o nich, więc trochę cios i nudy. Poprzedzający zespół Chrisa Martina The National całkiem nieźle przygotował publiczność, ale wyszła polaczkowość kiedy zaczęto skandować „Coldplay” jeszcze w trakcie ich występu (chyba, że się przesłyszałem).

Inne dni to znam jedynie z opowieści, filmików na youtubie i relacji live, więc napisze tylko w skrócie co pamiętam. Brodka aka k*rwa c*uj acapella bardzo fajnie rozgrzała publiczność przed Pulp, przy Gooralu zatrzymywała się spora ilość osób zmierzających na Prince i tym samym Mateusz skradł trochę audytorium Księciowi, więc szacun i klaśnij w dłonie dla Bielszczanina. Na komputerze oglądałem trochę Kate Nash i też całkiem pozytywnie, za to z Big Boiem były jakieś problemy i ludzie niezadowoleni. Ostatni dzień nieźle wyglądał na kartce, młodziaki z The Wombats pokazali polskim indie jak się bawić i rozkochiwać Polki, tak jak nieco starsi kumple po fachu z The Strokes. Później M.I.A. nie można było słuchać, bo problemy jakieś z nagłośnieniem i zamykający Główną Scenę ze sporym dupnięciem Deadmau5. W namiocie jeden z lepszych występów na HOF dali Chromeo, czyli żydowsko-murzyńska para muzyków, którą jak ktoś nie zna muzyki, to zna facjaty z "Barbry Streisand". W sumie tego było tak dużo, że ciężko opisać wszystko, czekam na jakąś fajną relację, bo to co było na obsługującym festiwal onecie to żenua. Szumnie zwane relacjami nic nie wnoszące max trzyminutowe filmiki, plus pamiętnik jakiegoś dziennikarza ich, który chyba odnosił jakąś s*ksualną satysfakcję z krytykowania przy każdej okazji Coldplay, wytykania im wszystkiego i porównywania do swoich bożków.

Najważniejsze i najprzyjemniejsze masz już za sobą drogi czytelniku – teraz będzie o organizacji, absurdalnych zakazach i przepisach – więc spokojnie można akurat tego akapitu nie czytać i przejść od razu dalej, do podsumowania. Na początku małe wyjaśnienie – doceniam wielkość, renomę i sławę HOF wybiegającą daleko poza Odrę i Bug. Rozumiem, że na takim festiwalu, bez precedensu w Polsce, muszą obowiązywać bardzo sztywne i jasne zasady, chociażby dlatego żeby nie wyjść na jakichś dzikusów i ciemnogród przed całym muzycznym światem. Ale nawet patrząc przez pryzmat tych wszystkich regulaminów nie mogę zrozumieć, dlaczego w miejscu do tego przeznaczonym, czyli w depozycie, nie mogę zostawić takich produktów jak buty, czy książka. Paradoksem dla mnie było, że zamkniętych ciasteczek i wody mineralnej, bułek przygotowanych na podróż powrotną, nie mogę zostawić w depozycie, bo wiem że na teren festiwalu nawet nie mam co próbować wnosić. Dochodziło do takich sytuacji, że Pani odmawiała (NIE BO NIE) przyjęcia butów w okienku depozytu, w trakcie gdy ochroniarz bez problemu wpuścił z nimi na koncert. Wszystkie problemy związane z pozostawieniem rzeczy dało się jakoś rozwiązać i obyło się bez wyrzucania jedzenia do śmieci, ale zostało to niestety okupione stratą jakichś 40 minut i trochę nerwów. Może nie przeczytałem regulaminu dokładnie, ale i tak głupio, zwłaszcza że koszt takiej usługi to 10 zł. Dodałbym do tego jeszcze tylko jedno otwarte okienko wymiany biletów na opaski na dworcu w Gdyni (co skutkowało gigantyczną kolejką) i problemy się kończą. Świetnym rozwiązaniem są autobusy dowożące festiwalowiczów na Babie Doły, kursujące praktycznie non stop w liczbie chyba kilkudziesięciu. Co ciekawe, do pojazdów wpuszczana była mniej więcej taka ilość ludzi, żeby dla każdego znalazło się miejsce siedzące, ewentualnie stojące z dużą ilością przestrzeni wokół. Bałem się szczerze mówiąc sytuacji jak na Piastonaliach, gdy busy naładowane były do granic możliwości – tu jednak organizatorzy wykazali się większym pomyślunkiem. Obowiązującym środkiem płatności na terenie Open’era były specjalne kupony (1 – 3 zł), dzięki którym obsługa nie musiała za każdym razem wydawać reszty i wszystko szło sprawniej. Dodatkowo udało się mi kupić okazyjnie 3 kupony za 5 zł od zmęczonego Polaka - z kolei jakiś niezidentyfikowany narodowo obcokrajowiec nie był już taki miły i za swój kupon chciał regularną cenę, co za.

Chciałbym, żeby moja przygoda z HOF nie skończyła się na jednym dniu i to raczej w roli osoby towarzyszącej, bo warto tam pojechać chociażby dla klimatu wielkiego muzycznego święta. Tysiące ludzi, w większości nastawionych niezwykle przyjaźnie, z całego świata (flagi RPA, Brazylii etc.), żadnych spięć. Nawet można przeboleć tę podróż z wyznawczyniami kultu Chrisa Martina, te wszystkie zakazy, kolejki do wszystkiego i w końcu cenę karnetu w wysokości tygodniowych wakacji. I tak ta edycja nie była taka mocna, bo np. hip-hopowo wypadła bardzo miernie i tu gratulacje dla organizatorów Coke, którzy sprawdzili Kanye Westa i Kid Cudiego, a spokojnie zagwarantowała dużo wrażeń do końca życia. Wyrazem tego niech będzie najdłuższa notka w historii bloga, ale w tej sytuacji dziwnym nie jest, jak mawiają superłotry w Oplau.



poniedziałek, 23 maja 2011

Piastonalia 2011

To już jest koniec nie ma już nic, to już jest koniec możemy iść - śpiewały kiedyś Elektryczne Gitary (albo Liroy, bo hip-hop blog). Pewnie nie jedna osoba zaintonowała tę pieśń w nocy z soboty na niedzielę, bo właśnie wtedy dobiegły końca Piastonalia 2011.

Czy "nie ma już nic" można się kłócić - zostały na pewno (nie)przyjemne wspomnienia, pojemniki po alkoholu porozrzucane po wszystkich kampusach i w autobusie linii "P", a być może na bardziej radosne efekty Juwenaliów poczekamy 9 miesięcy. Zapomniałbym o najważniejszym - na wieczność pozostały w sieci wpisy b*łwanów o ilości wypitych płynów, EPICKICH bombach i genialnej zabawie przerywanej jedynie degustacją zupek chińskich, nienawidzę, jak ci poszło ostatnie kolokwium?

Line-up podobno był jednym z najlepszych w Polsce i trudno byłoby się z tym nie zgodzić. Z każdego interesującego studentów gatunku mieliśmy kogoś z pierwszej ligi, ale nie zapomnę organizatorom potraktowanie po macoszemu fanów hip-hopu i zaserwowanie im jedynie Lilu, która nijak ma się do obecnej sytuacji na scenie. Ale nic to, jestem w stanie zrozumieć czym kierowały się samorządy w tej kwestii (i nie jest to chyba kasa) i sam nawet przed ogłoszeniem składu na Juwenalia nie liczyłem na nic godnego uwagi.

Jeśli chodzi o koncerty to na pierwszym miejscu oczywiście Brodka, która o ile zjada "Grandą" całą polską scenę to wykonanie live sprawia, że góralka przeżuwa ją i wypluwa z niesmakiem na ziemię, przydeptując i opluwając na koniec. Niesamowita energia, zabawa Moniki, stare przeboje (te ckliwe ballady o miłości, ble, chociaż lubię!) w nowych wersjach, plus materiał z "Grandy" i całość doprawiona jeszcze dwoma coverami - "King of My Castle" i "Twist in My Sobriety". Jest to w mojej opinii jedyna artystka z mainstreamu, która miałaby szansę na zaistnienie za granicą i się tam nie s*urwić - ma charakter i urodę (w końcu z gór, najlepsze baby, ale TRUDNE), talent, charyzmę i gust muzyczny.

Poza Moniką w sumie mało co mnie interesowało, raczej w opcji zobaczyć i posłuchać na trawie, ale fajnie grała Marika, happysad, Strachy i Waglewscy młodzi robili r*zpierdol mocny (starego nie widziałem). In plus jeszcze "Dzień Klubowy", ale za dużo elementu aspołecznego było. Średnio wyszedł hymn, brzmiało to moim zdaniem groteskowo, że szlachta się bawi i fajnie, szkoda że robiąc syf i siejąc zgorszenie. Podobnie podział na dni ze względu na płeć, trochę sztuczny i lepszy byłby podział tematyczny.

Podsumowując trudno mieć pretensje do organizatorów, bo wyszło to ogólnie fajnie, dobre zespoły były, a to jest najważniejsze razem ze sprzyjającą pogodą. Nawet pomysł z darmowymi autobusami wypalił, abstrahując od napinającej się tam Polibudy z pijanymi troglodytami i babami jak uocirek. Największą wadą takich imprez paradoksalnie są właśnie studenci, ale co zrobisz?

PS. Na dole krótki film zmontowany z koncertu Brodki działu video bloga romantycznyrap. Odsyłam też do filmów dziennikarze.eu i klaszczę w dłonie, bo kawał dobrej roboty chłopaki odwalili z każdego dnia zabawy i w pojedynku na relacje pokonali zdecydowanie nijaką uniwersytecką telewizję, brawo!

poniedziałek, 16 maja 2011

Hocus Pocus live - koncert na Warsaw Challenge

Chociaż minął już tydzień od koncertu i temat nie jest już tak atrakcyjny jak wtedy, to takiego wydarzenia na blogasku ominąć nie sposób. Pierwszy koncert Hocus Pocus w Polsce, wielka sprawa i jak się później okazało niesamowite show Francuzów, dla wielu najlepszy koncert na jakim mieli przyjemność być.

Zacznę jednak swą opowieść od początku - od podróży pociągiem do Warszawy i samego miasta. Niedziela, 5.25, Dworzec Główny Opole i zaczynamy wycieczkę razem z kilkoma osobami, z których żadna nie jechała w takim samym celu jak my sądząc po wieku, ubiorze etc. Na miejsce dotarliśmy spóźnieni trochę ponad godzinę, ale przedział tylko dla siebie i słońce za oknem nieco to zrekompensowało. Stolica na osobie przyzwyczajonej do mieszkania w dużo mniejszych miastach robi wrażenie, przynajmniej na polu architektonicznym. Wielkie budynki, mnóstwo ludzi i powszechna anonimowość to rzeczy, które próżno szukać w innych miejscach. Niestety nie udało się zobaczyć wszystkiego co mieliśmy w planach, bo czasu nie starczyło na m.in. stadion Legii (sic!) i pozostał tylko widok na Stadion Narodowy z odległości Starego Miasta. Po obfitym "obiedzie" w Złotych K*tasach należało już powoli kierować się do Parku Słowińskiego, gdzie odbywał się Warsaw Challenge, czyli impreza łącząca niemal wszystkie elementy hip-hopu.

Samo WC trwało cały weekend. Pomijając główną ideę Otwartych Mistrzostw Warszawy w Breakdance, bo tak brzmi pełna nazwa Warsaw Challenge, czyli pojedynki b-boyów, w sobotę na scenie wystąpili VNM, Tede, Parias, a główną gwiazdą był legendarny zespół De La Soul. Niedziela to m.in. HiFi Banda, Grubson i na sam koniec Hocus Pocus. Poza zagranicznymi gwiazdami line-up nie należał do specjalnie ciekawych z mojego punktu widzenia. Można też odnotować in minus, że było bardzo dużo przypadkowych ludzi (wstęp na koncerty był wolny) i wożących się g*wniarzy. Na szczęście gro z nich opuściło park, gdy grać skończył idol nastolatków ni(e)jaki Grubson. Moda po warszawsku i prawilnie - spora ilość fajnych butów (przeogromna ilość Infraredów i Laserów) z obowiązkowo kręconym do wszystkiego pinrollem (nawet do trampek z Primarka, wszokuwszoku) zestawiona z odzieżą PROSTO czy DIIL. Taka specyfika tego miasta, chyba bez precedensu w innym miejscu w kraju.

Główny koncert niedzielnego wieczoru zaczął się z lekką obsuwą. Jednak jak już zespół wyszedł na scenę to rozpoczął się wielki show Francuzów. Gra świateł, dobre nagłośnienie, zgranie zespołu i nawet własna choreografia muzyków sprawiała wrażenia niespotykanego profesjonalizmu Hocus Pocus. 20syl złapał niesamowity kontakt z publicznością, czego przykładem niech będzie znakomity motyw ze zmiksowanym na żywo "Zróbcie Hałas" (na dole video) albo wpakowanie się z kamerką w tłum. Jak przeczytałem na jednym z portali było to "wielkie muzyczne kino, w którym muzycy zagrali oskarowe role" i trudno się z tym nie zgodzić, bo nawet ludzie, którzy dużo widzieli komentowali występ jako jeden z lepszych ever. Trudno na dobrą sprawę porównywać jakikolwiek koncert polskiego zespołu do tego właśnie, ale szczerze wątpię żeby jakiś mógł przebić występ kapeli z Nantes, a i na Zachodzie może być z tym ciężko. Wszystko to, co z zapartym tchem i śmiejąc się pod wąsem oglądałem kiedyś i wkleiłem w grudniu zobaczyłem na własne oczy. Mała refleksja w tym momencie - być może niebawem skończy się era nudnych koncertów hip-hopowych opartych na schemacie MC-DJ-hypeman, bo powoli do tego będzie dochodzić cała ta otoczka multimedialna, żywe instrumenty i kontakt z publiką nie ograniczający się jedynie do zachęcania do machania rękami albo powtarzania jakiś słów, bez zbędnego p*erdolenia jak to ma w zwyczaju polska scena. Piękna sprawa, ale niestety dużo wody w Wiśle upłynie nim to się zmieni i koncerty staną się wielkim show. Powrót pełnym pociągiem, ponad 24h bez snu, ale wrażenia niesamowite.

Kończąc ten wpis wyrażam wielka nadzieję, że za rok do Warszawy zawitają równie znakomici goście, ten rok przebił każdą poprzednią edycję (wcześniej występowali m.in. Dilated Peoples, Ugly Duckling, Looptroop)  i następny oby był jeszcze lepszy. Chciałbym jeszcze raz zobaczyć Hocus Pocus, ale cieszę się chociażby z tego jednego razu, bo skreśliłem ze swojej listy "must have koncertowej" kolejny zespół po Looptroopie, którego jestem psychofanem. Mogę umrzeć.   

PS. Na razie dwa filmiki - jeden mój (przepraszam za jakość), drugi popkillera z zarejestrowanym "Zróbcie Hałas". Liczę, że niebawem pojawi się także na ich stronie pełna relacja video z koncertu.



środa, 20 kwietnia 2011

Ortega Cartel - Lavoholics [video]


Czekam na wydawnicze nowości od Ortegi, bo zbliża się lato więc wymarzony czas do odpalenia sobie czegoś w rodzaju "Lavoramy". Klimatem, spokojem i pozytywnym nastrojem ta płyta niszczy prawie wszystko co zostało wyprodukowane w Polsce, wyłączając Dinali, a "Dobre Czasy" to już klasyka.

Na razie jednak wyszło takie coś, luźny track, coś w rodzaju akcji promocyjnej koncertu dla psychofanów z okazji imprezy "Lavoholics". 22.04 w Łodzi na jednej scenie staną ci, którzy dograli swe zwrotki na ostatni album Ortegi Cartel, czyli m.in. Reno, Proceente, Mielzky, a za deckami Daniel Drumz. Trochę cios, że nie będzie samych patr00 i Pitera, ale przynajmniej jest video "Lavoholics" - zdecydowanie lepsze od samego kawałka.

Na dole jeszcze cieplutki klip do "Lavoholics" i dla przypomnienia promomix 'Lavoramy".

EDIT: Dodaję video z imprezy.



   

poniedziałek, 21 marca 2011

Hocus Pocus i De La Soul w Warszawie + Equilibre [video]


Ostatni tydzień przyniósł dwie wspaniałe nowiny dla fanów francuskiej formacji Hocus Pocus - jedną koncertową, drugą o premierze klipu do piosenki "Equilibre" z najnowszej płyty "16 Pieces".

Zacznę od koncertu - 20 Syl i spółka zawitają 7 lub 8 maja do Warszawy na Warsaw Challenge. Razem z nimi potwierdzony jest jak na razie udział legendarnego De La Soul, ale spodziewać się można zapewne jeszcze kilku innych zespołów, np. srogich supportów z Polski. A najlepsze, że to wszystko za darmo i pod gołym niebem w Parku Sowińskiego, w samym centrum stolicy. Tym samym spełni się najprawdopodobniej moje życzenie, o którym pisałem końcem grudnia. Poniżej video z koncertu Hocus Pocus, nie rozumiem, ale kocham.




Natomiast w ostatni piątek odbyła się internetowa premiera teledysku do "Equilibre", z udziałem Oxmo Puccino. Wyborem piosenki trochę się zawiodłem, bo są lepsze na "16 Pieces" np. "WO:OO", ale nie zmienia to faktu, że przyjemnie się to słucha i ogląda. Całość nakręcono w Nowym Jorku, a piosenka brzmi nieco inaczej niż na płycie.



Hocus Pocus Feat. Oxmo Puccino - Clip "Equilibre" from On and On on Vimeo.

Dla przypomnienia pierwsze video promujące krążek.

wtorek, 21 grudnia 2010

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #5: Hocus Pocus live

Jubileuszowy odcinek JJSSTT będzie niestandardowy, bo tylko z jedną pozycją. Wpis nie traci tym jednak niczego ze swojej niezwykłości, wszak jakość się liczy, nie ilość, a ta jest najwyższych lotów.

Opisywana przeze mnie na samym początku blogowej "działalności" płyta francuskiej grupy Hocus Pocus zdecydowanie przetrwała próbę czasu. Po pół roku nadal chętnie do niej wracam. Więcej, niektóre piosenki mają nawet serduszko u mnie na last.fm, co jest najlepszym dowodem miłości do kawałka, jak wypełnienia pola "status związku" na f*cebooku dla par, internetowe życie 2.0. Uczucie do krążka "16 Pieces" spotęgowało jeszcze poniższe video, czyli zapis koncertu, jaki zespół wraz z przyjaciółmi dał (dawno temu swoją drogą, ale nie było okazji wcześniej) we francuskiej rozgłośni radiowej (chyba, bo mój francuski opiera się na google translate). Ich muzyka brzmi jeszcze lepiej zaserwowana w takiej postaci, z żywymi instrumentami - magicznie można powiedzieć, w końcu to Hocus Pocus, POETA, czy nie?

PS. Pięknie byłoby usłyszeć to na żywo na żywo, "must have" koncertowe!


Hocus Pocus feat. Oxmo Puccino, Akhenaton, Ben L'oncle Soul
Załadowane przez: hocuspocus. - Obejrzyj ostatnio promowane klipy wideo.