Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gooral. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gooral. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 grudnia 2011

Święta aka Wszystkiego Najlepszego życzy r*dakcja [2011]

Wskazówka, jak obchodzić święta bez zbędnej napinki -


+ klasyka, jak pieprzony karpi i kutia -



+ klasyczna kolęda (jak Zalewska) wersja 2.0!

poniedziałek, 7 listopada 2011

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #11: Pojedynek na klipy z goorami w tle


Tytuł prowokacyjny i przykuwający uwagę, wszak co lepiej sprzedaje się niż krew i ofiary, przegrani i wielcy zwycięzcy, czyli owoce wszelakich pojedynków? Mechanizm jest prosty, a zabieg odarty ze sprawiedliwości i nie fair. To wcale nie będzie pojedynek, żadna walka - złożyło się tak, że dwa teledyski z szeroko pojętej nowo-góralskiej elektroniki wyszły w tym samym momencie. Nawet dodający pikanterii całej zaaranżowanej przeze mnie sytuacji fakt, że oba zespoły są ściśle ze sobą powiązane osobą Stanisława Karpiela-Bułecki nie skłoni mnie do żadnych porównań. Ot, zwykłe zestawienie klipów z tego samego czasu i podobnego gatunku na kulturalnym blogu, nie żaden pudelek.pl!

1.



We wstępie przedstawiłem jedną z powszechnie znanych zasad w mediach, teraz czas na coś co zawsze przykuwa uwagę nie tylko w prasie czy telewizji - NAGOŚĆ. Skąpo ubrane kobiety reklamują w dzisiejszych czasach wszystko, od farb przez linie lotnicze, po osiedlowe obskurne warsztaty samochodowe i inne średnio kojarzące się z c*ckami rzeczy. I właśnie golizna najbardziej zwraca (NO HOMO) uwagę w najnowszym klipie "Ja siedze robie muze" Goorala. No bo czym się bardziej ekscytować? Nieco psychodeliczne kolory, zbliżenia, oddalenia, Gooral jako murzyn, jako owinięty kablem, jako oblewany i smarujący się farbą - dużo tego. Mało za to dynamiki jak na tak energetyczną piosenkę, tak samo jak... sensu. Przynajmniej ja się takowego za bardzo nie doszukałem i rozumiem to jako pokręconą wizję artysty. Szkoda, bo potencjał był w tej piosence i aż prosiło się o fajny teledysk. Zdecydowanie przegrywa z klimatyczną "Karczmareczką", ale Mateusz Górny swym aktem pewnie nie jednej białogłowej w głowie zakręcił.

2.



Zakopane jako wielka metropolia albo inaczej - Warszawa z kilkutysięcznymi szczytami w tle. Trudno to sobie wyobrazić, ale z pomocą przychodzi wtedy Future Folk i ich "Janko". W pakiecie dostajemy jeszcze kilku panów przemierzających miejską dżunglę w ekstremalny sposób - parkour to w dzisiejszych czasach coś jakby synonim wielkomiejskiej wolności. Pojawia się też cały zespół, czyli spacerujący Staszek, prowadzący fiata DJ Matt Kowalsky i przygrywający na skrzypcach Szymon Chyc-Magdzin. Niby wszystko na miejscu, ale jakby to nie to - zbyt grzecznie jak na taki vibe, bez przytupu, a ja liczyłem na narty i mimo wszystko góry, nie ulice stolicy. O samym singlu już pisałem i w tej kwestii bez zmian - jest to bardzo przyjemny utwór, ze sporymi szansami na sukces (w dodatku biorąc pod uwagę ostatni hype wokół Karpiela-Bułecki!), więc czekam na coś więcej.

środa, 10 sierpnia 2011

Future Folk aka powrót Staszka Karpiela-Bułecki


Pod koniec maja Gooral na swojej stronie internetowej poinformował o tym, że Staszek Karpiel nie jest już w stałej ekipie koncertowej zespołu. Nie oznaczało to wcale rezygnacji Staszka ze śpiewania - Zakopiańczyk wraca teraz na muzyczne salony z pierwszym singlem zespołu Future Folk pt. "Janko".

Utwór łudząco podobny jest do tego, co mogliśmy usłyszeć na "Ethno Elektro" Goorala - charakterystyczny głos wokalisty, ludowe (bądź na wzór ludowy) teksty i elektryczne podkłady wzbogacone o skrzypce. To wszystko doskonale sprzedało się przy przebojach z "Ethno Elektro", ale czy uda się powtórzyć Staszkowi bez pomocy Mateusza Górnego, mózgu Goorala?

Mimo, że wydaje się że Karpiel nie posiada takiej charyzmy jak jego były kolega z zespołu i nie pojawia się z takim muzycznym przytupem jakim była "Karczmareczka", to jego szanse na sukces wyglądają na całkiem spore. Wszystko przez karierę w mediach, jaką powoli zaczyna robić jeden z najlepszych polskich freeskierów. Zaczęło się startem w polskiej (beznadziejnej swoją drogą) edycji Wipeout, później były występy w takich programach jak m.in Dzień Dobry TVN. Plotkarska prasa kobieca umieściła Karpiela na pierwszym miejscu rankingu najseksowniejszych górali, a pudelek rozpisuje się o jego przyszłym (?) występie w Tańcu z Gwiazdami. Media uległy urokowi Zakopiańczyka i w tym upatrywałbym jego rychłą karierę, nie tylko muzyczną.

Wracając jeszcze do clou wpisu, czyli do samej piosenki "Janko", nagranej w współpracy z Szymonem Chyc-Magdzinem (skrzypce + wokal) i producentem Mattem Kowalsky - dobrze wydana muzycznie, z fajnym refrenem i dubstepowymi wstawkami ma sporą szansę na stanie się "Karczmareczką" numer 2 i zabawiać młodzież od Podhala po Hel. A już na pewno będzie hitem wszystkich beforów, afterów wszelkiej maści zawodów w nadchodzącej zimie. Ja również nie mam zamiaru rozstawiać się z nią przez najbliższy czas, bo propsuję wszystko co skoczne i elektryczno-góralskie. Czekamy na teledysk, który ukazać ma się być może jeszcze w sierpniu, wio! 

środa, 6 lipca 2011

Heineken Open'er, czyli depozyt-srepozyt i Chris Martin


Czwartek, ostatni dzień czerwca i pierwszy Heineken Open'er był chyba jedynym, w którym pogoda w pełni dopisała festiwalowiczom - było słonecznie, ciepło i bez deszczu. Traf chciał, że to właśnie w ten dzień zagrała dla wielu najjaśniejsza gwiazda HOF, czyli Coldplay. Magia zespołu (a może samego Chrisa Martina?) przyciągnęła pod scenę rekordową liczbę publiczności, która na pewno nie żałowała wydanych pieniędzy.

Liczbie widzów nie można się dziwić - zespół, która ma na koncie 50 milionów sprzedanych płyt pierwszy raz zawitał do Polski. Ilość ludzi świetnie odzwierciedlały przeładowane pociągi - wystarczy powiedzieć, że 6 wagonów mojego składu wyruszającego kilka minut po 5 rano w dzień koncertu już na samym początku we Wrocławiu było zapełnionych, a pociąg zatrzymywał się później jeszcze w takich miastach jak Poznań, czy Bydgoszcz. O spokojnym dojściu do toalety można było pomarzyć, bo korytarz przypominał legowisko i trzeba było się mocno natrudzić, żeby nikogo nie kopnąć w nogę, głowę i przy okazji nie zbudzić. A najlepsze, że od razu g*wniarze oburzonko, że Auschwitz i PKP niemiłość, pójdą na te ich prawa, medycyny i dziennikarstwa (szczał w stopę) to zobaczą podróże. Później podobnie wyglądały wagony Trójmiejskiej SKM, zwłaszcza gdy zbliżał się wieczór i co za tym idzie najciekawsze koncerty, a kolorowa młodzież tłumnie i gwarnie wracała z plaży.

O organizacji samego festiwalu napiszę później, więc będzie nie chronologicznie i przejdę do samego koncertu Coldplay. Nie będę ukrywał, że znalazłbym wiele ciekawszych sposobów na wydanie tej ilości pieniędzy, którą przeznaczyłem na dojazd, koncert, jedzenie i powrót. Nawet gdyby moje konto byłoby nieco grubsze, to nie wiem czy poświęciłbym się i wyruszyłbym prawie 500 km w jedną stronę wypełnionym po brzegi pociągiem, serwując sobie ciężkie 2 dni w trakcie których godziny snu można spokojnie policzyć na palcach dwóch dłoni. Nie mówiąc już o jakimś porządnym odświeżeniu się potem, żeby nie atakować ludzi potem. Jedni jednak wolą deklarować swą miłość na f*jsbuku, ja wolałem osobiście dopilnować, żeby moja groupie Chrisa Martina bezpiecznie dotarła na miejsce, bo istniało ogromne prawdopodobieństwo zgubienia się już na wrocławskim dworcu. Ja fanem tej grupy nie byłem nigdy i jedynym sposobem na zmianę mojego zdania był właśnie ten koncert, bo jak wie każdy kto chociaż raz był na jakimś większym wydarzeniu muzycznym, magia występu live potrafi zrobić cuda.

Cudu nie było, ale ulegałem momentami Anglikom, szepcząc pod nosem refreny (znane, bo ona w domu) i klaszcząc w dłonie ze trzy razy pewnie. Abstrahując od mojej opinii na temat muzyki Coldplay, trudno było nie docenić niezwykłej charyzmy Martina, nawet jeśli porwana grupa to głównie dziewczyny w wieku od gimnazjum do studiów, wpatrzone  weń jak w obraz. Wokalista momentami był wręcz zachwycony publicznością i podkreślał, że na pewno nie jest to ich ostatni koncert w Polsce. Zespół spokojne piosenki przeplatał mocnymi kawałkami, w trakcie których Chris Martin szalał na scenie. To samo działo się także pod nią, a spektakl dopełniały fajerwerki i kilkanaście sporych piłek i balonów puszczanych w stronę publiczności. Spodziewałem się raczej koncertu mniej energicznego, z przewagą ballad, a zespół ku mojemu zaskoczeniu naprawdę dał radę. Ślepy zauważyłby (a już z pewnością usłyszałby), jak spragnieni Coldplay byli Polacy, ogromny tłum bawił się doskonale i potrafił zaśpiewać każdą piosenkę. Kobiety piszczały i płakały, mężczyźni wyrzucali w górę kapelusze, a niebo było wyjątkowo łaskawe tego dnia.

Jeśli chodzi o resztę koncertów to niestety nie dane było mi  zobaczyć za wiele – koncert Two Door Cinema Club nałożył się częściowo z Coldplay, w dodatku ich występ był na Tent Stage oddalonym od Main Stage i wejścia o jakieś 10 minut drogi. Przyjemnie jadło mi się kiełbasę przy Simian Mobile Disco, na plus zdecydowanie Paolo Nuttini. Nieco więcej oczekiwałem po Caribou, bo słyszałem wiele pochlebnych opinii o nich, więc trochę cios i nudy. Poprzedzający zespół Chrisa Martina The National całkiem nieźle przygotował publiczność, ale wyszła polaczkowość kiedy zaczęto skandować „Coldplay” jeszcze w trakcie ich występu (chyba, że się przesłyszałem).

Inne dni to znam jedynie z opowieści, filmików na youtubie i relacji live, więc napisze tylko w skrócie co pamiętam. Brodka aka k*rwa c*uj acapella bardzo fajnie rozgrzała publiczność przed Pulp, przy Gooralu zatrzymywała się spora ilość osób zmierzających na Prince i tym samym Mateusz skradł trochę audytorium Księciowi, więc szacun i klaśnij w dłonie dla Bielszczanina. Na komputerze oglądałem trochę Kate Nash i też całkiem pozytywnie, za to z Big Boiem były jakieś problemy i ludzie niezadowoleni. Ostatni dzień nieźle wyglądał na kartce, młodziaki z The Wombats pokazali polskim indie jak się bawić i rozkochiwać Polki, tak jak nieco starsi kumple po fachu z The Strokes. Później M.I.A. nie można było słuchać, bo problemy jakieś z nagłośnieniem i zamykający Główną Scenę ze sporym dupnięciem Deadmau5. W namiocie jeden z lepszych występów na HOF dali Chromeo, czyli żydowsko-murzyńska para muzyków, którą jak ktoś nie zna muzyki, to zna facjaty z "Barbry Streisand". W sumie tego było tak dużo, że ciężko opisać wszystko, czekam na jakąś fajną relację, bo to co było na obsługującym festiwal onecie to żenua. Szumnie zwane relacjami nic nie wnoszące max trzyminutowe filmiki, plus pamiętnik jakiegoś dziennikarza ich, który chyba odnosił jakąś s*ksualną satysfakcję z krytykowania przy każdej okazji Coldplay, wytykania im wszystkiego i porównywania do swoich bożków.

Najważniejsze i najprzyjemniejsze masz już za sobą drogi czytelniku – teraz będzie o organizacji, absurdalnych zakazach i przepisach – więc spokojnie można akurat tego akapitu nie czytać i przejść od razu dalej, do podsumowania. Na początku małe wyjaśnienie – doceniam wielkość, renomę i sławę HOF wybiegającą daleko poza Odrę i Bug. Rozumiem, że na takim festiwalu, bez precedensu w Polsce, muszą obowiązywać bardzo sztywne i jasne zasady, chociażby dlatego żeby nie wyjść na jakichś dzikusów i ciemnogród przed całym muzycznym światem. Ale nawet patrząc przez pryzmat tych wszystkich regulaminów nie mogę zrozumieć, dlaczego w miejscu do tego przeznaczonym, czyli w depozycie, nie mogę zostawić takich produktów jak buty, czy książka. Paradoksem dla mnie było, że zamkniętych ciasteczek i wody mineralnej, bułek przygotowanych na podróż powrotną, nie mogę zostawić w depozycie, bo wiem że na teren festiwalu nawet nie mam co próbować wnosić. Dochodziło do takich sytuacji, że Pani odmawiała (NIE BO NIE) przyjęcia butów w okienku depozytu, w trakcie gdy ochroniarz bez problemu wpuścił z nimi na koncert. Wszystkie problemy związane z pozostawieniem rzeczy dało się jakoś rozwiązać i obyło się bez wyrzucania jedzenia do śmieci, ale zostało to niestety okupione stratą jakichś 40 minut i trochę nerwów. Może nie przeczytałem regulaminu dokładnie, ale i tak głupio, zwłaszcza że koszt takiej usługi to 10 zł. Dodałbym do tego jeszcze tylko jedno otwarte okienko wymiany biletów na opaski na dworcu w Gdyni (co skutkowało gigantyczną kolejką) i problemy się kończą. Świetnym rozwiązaniem są autobusy dowożące festiwalowiczów na Babie Doły, kursujące praktycznie non stop w liczbie chyba kilkudziesięciu. Co ciekawe, do pojazdów wpuszczana była mniej więcej taka ilość ludzi, żeby dla każdego znalazło się miejsce siedzące, ewentualnie stojące z dużą ilością przestrzeni wokół. Bałem się szczerze mówiąc sytuacji jak na Piastonaliach, gdy busy naładowane były do granic możliwości – tu jednak organizatorzy wykazali się większym pomyślunkiem. Obowiązującym środkiem płatności na terenie Open’era były specjalne kupony (1 – 3 zł), dzięki którym obsługa nie musiała za każdym razem wydawać reszty i wszystko szło sprawniej. Dodatkowo udało się mi kupić okazyjnie 3 kupony za 5 zł od zmęczonego Polaka - z kolei jakiś niezidentyfikowany narodowo obcokrajowiec nie był już taki miły i za swój kupon chciał regularną cenę, co za.

Chciałbym, żeby moja przygoda z HOF nie skończyła się na jednym dniu i to raczej w roli osoby towarzyszącej, bo warto tam pojechać chociażby dla klimatu wielkiego muzycznego święta. Tysiące ludzi, w większości nastawionych niezwykle przyjaźnie, z całego świata (flagi RPA, Brazylii etc.), żadnych spięć. Nawet można przeboleć tę podróż z wyznawczyniami kultu Chrisa Martina, te wszystkie zakazy, kolejki do wszystkiego i w końcu cenę karnetu w wysokości tygodniowych wakacji. I tak ta edycja nie była taka mocna, bo np. hip-hopowo wypadła bardzo miernie i tu gratulacje dla organizatorów Coke, którzy sprawdzili Kanye Westa i Kid Cudiego, a spokojnie zagwarantowała dużo wrażeń do końca życia. Wyrazem tego niech będzie najdłuższa notka w historii bloga, ale w tej sytuacji dziwnym nie jest, jak mawiają superłotry w Oplau.



poniedziałek, 30 maja 2011

Gooral - Ethno Elektro [2011]

Nie często muzyczny folklor wypływa na zgubne wody mainstreamu, a jeśli już to robi to najczęściej z co najwyżej średnim rezultatem. Jeszcze rzadziej z ludowych dźwięków czerpią młodzi artyści. Gooral jest jakby zaprzeczeniem obu tez - zarówno młody, jak i "ludowy" w muzyce. Co daje to połączenie? Ethno Elektro.

Praca z etniczną muzyką nie jest prosta. Łatwo tu o śmieszność i tandetę, a i trafić do ludzi jakby trudniej, bo ciągle wielu kieruje się zdaniem "nie lubię chamstwa i góralskiej muzyki". Niby byli Golec Orkiestra, Zakopower, ale po kilku latach hypu jakby o nich ucichło i zagubili się gdzieś między występami w świątecznych odcinkach "Szansy na sukces", a dniami Nysy. Ich muzyka była banalna, prosta, na wskroś komercyjna. Mateusz Górny nie poszedł tą drogą - postanowił stworzyć coś, czego jeszcze w Polsce nie było, co sprawi że pieśni spod hal zagoszczą na zabawach w całym kraju. Połączył góralskie pieśni z elektroniką, drum'n'bassem, dubstepem, triphopem i to miał być przepis na sukces.

Udało się połowicznie, bo singiel "Karczmareczka" (klip na dole) faktycznie nie jedną imprezę rozkręcił i nie jednym parkietem jeszcze zdąży zatrząść. Tylko, że później jakby ognia zabrakło i płyty ciężko słucha się bez skippowania niektórych kawałków. Oprócz "Karczmareczki" (mocny kandydat na piosenkę roku), można wyróżnić jeszcze"Zboojnicki" w nowej wersji oraz dwa utwory, które zaśpiewał sam Gooral (chociaż mówi, że niezbyt lubi) - 8-bitowy "Plan" i "Ja siedzę robię muzę". Poza tym całkiem przyjemnie słucha się "Who is your God?" z wokalistką Wiosną oraz "Dopad". Kawałek "Pyirso godzina" z chęcią usłyszałbym w wersji instrumentalnej, bo wokalista Staszek Karpiel-Bułecka momentami mocno zawodzi. Poprawnie wyszedł "W moim ogródecku" zarówno od strony muzycznej (przyjemny melanż dubstepowo-d'n'bassowy), jak i wokalnej. Miło zaczyna się płyta  kawałkiem"Nadzieje sieje", który w nieco innej wersji także zamyka cały krążek, ale Gooral mógłby pozostać przy spokojnej konwencji początku. Fajne, mocne i energiczne kawałki poprzeplatane są nostalgicznymi i przyjemnymi dla ucha. Zdecydowanie nie jest to nudna i jednostajna płyta. Zaryzykuję tez stwierdzenie, że dość uniwersalna, bo sprawdzi się tak samo na imprezie, jak jadąc samochodem, czy siedząc spokojnie na trawie w parku. Warunek jest jeden - musimy przedrzeć się przez stereotypowy wizerunek góralskiej muzyki i pokochać skrzypce.

Niestety, brakuje tu zdecydowanie kontynuacji stylówki "Karczmareczki", czyli większej ilości mocnych, imprezowych bangierów. Myślę, że dużą szansę na sukces miałaby wersja instrumentalna, bądź też z lepszym od Staszka wokalistą, bo na dłuższą metę nieco trudniej się go słucha. Płytę oceniłbym jednak na szkolną 4, za świeżość, pomysł, sympatyczność całej grupy, te kilka przyjemnych kawałków, poza tym wiem, że to nie wszystko na co stać Mateusza i resztę. Miałem duże wymagania, które średnio wyszły po zderzeniu z rzeczywistością. Warto na koniec wspomnieć, że "Ethno Elektro" zdecydowanie lepiej wypada w wersji live (niestety już bez Staszka), więc zachęcam każdego kto ma okazję, np. na Openerze lub 1 lipca w Warszawie, żeby wybrał się na Goorala. Jeśli spodobał ci się krążek, to musisz wiedzieć, że jeszcze bardziej spodoba ci się koncert!

PS. Polecam jeszcze wywiad z Gooralem tu.



sobota, 5 marca 2011

Ethno electro, czyli Karczmareczka po Gooralsku


Jeszcze do niedawna góralska muzyka kojarzona była z obciachem i tandetą. Tę tendencję próbowały zmienić przeróżne zespoły, łącząc ją z bardziej przyswajalnymi przez ludzi gatunkami - Golcowie z muzyką popową, a Zakopower z rockiem. Teraz do głosu doszła młodzież w osobie bielskiego muzyka Goorala, który ludowe pieśni ożenił z elektronicznymi podkładami, nazywając ten twór tytułowym ethno electro.

Wbrew pozorom Gooral nie jest postacią zupełnie anonimową na polskiej scenie muzycznej. Wraz z przyjaciółmi założył kilka lat temu folkowo-elektroniczną grupę Psio Crew (zespół zakończył działalność pod koniec stycznia 2011), z którą wydał niezwykle ciepło przyjętą płytę pt. „Szumi Jawor Soundsystem”. Z Psio Crew występował na licznych imprezach i koncertach, zgarniając przy okazji kilka znaczących nagród m.in. muzycznego miesięcznika Machina za Debiut roku 2007 oraz dwie nominacje do Fryderyków. Po odejściu z zespołu w 2008 roku rozpoczął solową karierę, czego owocem było kilka luźnych utworów, m.in. wszystkim znany „Zboojnicki” w nowej aranżacji.

Do współpracy przy projekcie "Ethno Electro" zaprosił zakopiańczyka Staszka Karpiela-Bułeckę (wokal), oraz skrzypka Tomasza Łapkę. Grupa pod koniec poprzedniego roku wyruszyła w mini trasę koncertową "Snowing Tune", w trakcie której grali w kilku miejscowościach na południu Polski, przy okazji nagrywając klip do singla „Karczmareczka”. Płyta ma być odbiciem specyficznego klimatu gór i jeśli będzie chociaż w połowie tak energiczna, jak koncerty zespołu, to zapowiada się spora dawka zabawy i muzyki na wysokim poziomie. Pełne efekty ich pracy usłyszymy w połowie kwietnia, kiedy światło dzienne ujrzy album Goorala wydany nakładem S.P. Records. W tour promujący muzycy wyruszą na początku kwietnia, odwiedzając takie miasta jak Kraków, Białystok, Warszawa, Bielsko-Biała i Rzeszów. Najświeższe newsy na niezastąpionym lubiępejdżu!

Pytom piyknie, nojpiyknijszo muzyka łod serca, jarają się nawet w*rszawiaczki i ślizg!



***

W życiu mało życia, dużo pisania, nawet to, a po prawej umieściłem śmietnik myśli, wciągnięty przez internetowe życie i cyfrowe obnażanie się!

sobota, 28 sierpnia 2010

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #1: Proud of being Beskidian

Tym postem zaczynam serię roboczo nazwaną "Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego". Wymyśliłem to tak: w jednym poście będę umieszczał 2-5 utworów, które w jakiś sposób są ze sobą związane - nie wykluczam jednak związków z d*py.


I tak dziś tematem przewodnim JJSSTT będą Beskidy a raczej muzyka i muzycy pochodzący z tej pięknej krainy, oh ah, i ich nowe projekty. Zapraszam więc.


1.




Ssij Sisse za darmo!

Co łączy tak odległe kraje jak Polska, Gruzja i Senegal? Jeden powie, że Henryk Kasperczak, drugi, że jest to na pewno stan dróg, trzeci zaś krzyknie j*bać Legię i wszyscy będą mieli rację. Muzycy z Psio Crew postarali się stworzyć jeszcze jeden "most" i zaprosili do współpracy muzyków z wymienionych wyżej państw - gruziński zespół Chveneburebi oraz Senegalczyka Mamadou Dioufa, znanego ze współpracy z m.in. Voo Voo i Anną Marią Jopek. Owocem ich pracy jest utwór "Sissa". Na początku łagodny, z gitarowym wejściem i śpiewem Dioufa i Gruzinów, przemienia się po kilkudziesięciu sekundach w coś, do czego przyzwyczaił nas Psio Crew - skrzypce, perkusja i góralskie pieśni z drum'n'bassowym zacięciem. Utwór podobno zrobił furorę na festiwalu "Globaltica" w Gdyni, gdzie miał premierę, idealnie wpasowując się w imprezę wielu kultur. Warto wspomnieć, że zespół z Bielska kolejne już serca fanów podbił na Openerze w Gdyni, dając świetny koncert.

PS. Myślę, że ta kapela zagości jeszcze na łamach romantycznegorapu w większym materiale więc się nie rozpisuję o nich ale gratis dodaję dla zajawki "Hajduka"! Hej siup hopa góralszczyzna daje kopa!


2.




Jakby z rozpędu po Psio Crew, wspomnieć chciałbym o byłym jej członku, liderze i przede wszystkim założycielu kapeli, Gooralu. W 2008 roku, rok po wydaniu jedynej jak na razie płyty Psio Crew "Szumi Jawor Soundsystem", Gooral odszedł z zespołu i zajął się solową karierą. Od tego czasu zagrał mnóstwo koncertów, także poza granicami Polski, uczestniczył w wielu festiwalach i jest organizatorem imprez pod tytułem "Wake Up BB" - odbywających się co jakiś czas w jednym z klubów w Bielsku-Białej. Trudno jednoznacznie zaszufladkować tego artystę - on sam jednak swój styl określa jako 'ethno electro". Ma stylówkę, podobnie jak Psio Crew, nie do podrobienia a to się ceni.

PS. Gwoli ścisłości - piosenka nie jest wcale nowa ale warta pokazania i w temacie "beskidzkim". Utwór chyba każdemu znany, słynne góralskie "Zbójnickie" teraz jako przearanżowane gooralskie "Zboojnickie", z nowymi zwrotkami.


3.




Po 4 latach przerwy i małej aktywności na rynku muzycznym wraca Monika Brodka. Sympatyczna góralka z Twardorzeczki jak na razie publiczności zaprezentowała tylko utwór "W pięciu smakach", zwiastujący mający się ukazać 20 września album "Granda". Pop nie leży raczej w granicach moich zainteresowań muzycznych więc po kilku przesłuchaniach singla odważę się jedynie na skromne "jest dobrze". Tekst o d*pie marynie ale ciekawy podkład i jakby orientalny śpiew sprawiają bardzo dobre wrażenie a to generuje nadzieję, że na zbliżonym poziomie będzie reszta krążka i Monika wprowadzi nowa jakość do polskiego światka muzyki komercyjnej, pełnego wynalazków pokroju Iwony Węgrowskiej. Bo ten nasz mały, lokalny jest (chociaż niektórzy dają nadzieję, że się coś zmieni) jak Pani Iwona - odpycha samym wyglądem.