Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2012

Naj roku 2011

Redakcja gotowa do wręczania nagród
Nie lubię nie wywiązywać się z obietnic, zwłaszcza w miejscu, który z założenia ma wyrobić we mnie skłonności do regularnej pracy. Obiecałem, w poprzednim wpisie, że pojawi się podsumowanie roku i tak być musi, bo wymówki o braku czasu (sesja zaliczona) i spóźnieniu (kilka serwisów i blogerów tez zanotowało duże obsuwy) rozpatrywać należałoby w kategorii żałosnych tłumaczeń. Zwłaszcza, że już przynajmniej trzy płyty domagają się zaistnienia w tym miejscu, a i o piłce coś by się znalazło. Tak więc jest - najlepsze płyty roku w Polsce i za granicą naszego kraju, największe rozczarowania, garść statystyk z last.fm i na koniec to co nas czeka lub już nas dopadło w roku 2012.

Płytę Sokoła i Marysi docenił także sam Barack Obama
Zacząć wypada od rodzimego podwórka. Jak co roku nieco po macoszemu potraktowałem wszystko to, co nie jest produkcją około-rapową i królował w moich głośnikach (słuchawkach) zdecydowanie hip-hop. Cóż począć, jak akurat w tym gatunku jest coraz lepiej od Buga po Odrę i brakuje już czasami czasu i ochoty na coś innego. Mimo to Niewidoczną Statuetkę Bloga za najlepszy album wręczyłbym dwóm (a właściwie trzem) osobom - Izie Lach za "Krzyk" oraz Sokołowi  i Marysi Starosty, z którą nagrał "Czystą Brudną Prawdę". Właściwie wszystko to, co mógłbym napisać o tych pozycjach napisałem jakiś czas temu w zestawieniu najciekawszych płyt zeszłego roku, bo nic się w tych kwestiach nie zmieniło. Nie potrafię się zdecydować, którą z tych płyt cenię bardziej, są one tak różne, że nijak nie da się ich obok siebie zestawić i porównać. Gdybym pod uwagę brał ilość czasu spędzonego przy każdej z nich, to na czoło wysuwa się "Krzyk". Z kolei gdybym wziął pod ocenę całość materiału, spójność, koncepcję, klimat, czy wreszcie klipy - plusik dla Sokoła i Marysi. W przypadku warszawskiego duetu zadziałał również efekt pozamuzyczny - w życiu nie pomyślałbym, że Naczelny Narrator Polskiego Rapu, którego twórczość zwykłem omijać łukiem szerokim jak uśmiech Stevena Tylera, wyda kiedykolwiek coś tak przypadającego do mojego spaczonego gustu. Ex aequo więc na najwyższym stopniu podium tłumnie - "Krzyk" Izy Lach i "Czysta Brudna Prawda" Sokoła i Marysi.

Wyróżnienie przyznaję z czystym sumieniem i pewnym ruchem ręki przypinając order do piersi sąsiadom z Żywca, czyli zespołowi The Pryzmats za ich szybujący coraz to wyżej "Balon". Jestem pewny, że ta grupa jeszcze spoko zamiesza na rynku, a wygranie konkursu Empiku "Make More Music" i podpisanie kontraktu z Sony Music to tylko rozgrzewka. Jak ich historia potoczy się dalej zobaczymy na wiosnę, na którą zapowiadane jest ich LP. In minus zaskoczył mnie "Hotel Trzygwiazdkowy" Rasmentalismu, cóż, chociaż to chyba zrzuciłbym na karb moich wielkich oczekiwań wobec nich. Nie udało się sympatycznemu duetowi ze wschodu przebić ani "Dobrej Muzyki Ładnego Życia", ani "Dużych Rzeczy" w kolaboracji z W.E.N.Ą (który swoją droga też wydał w omawianym roku solidną płytę). 

Chaz jest tu pocieszny tak jak jego płyta
Podobnego kalibru zagwozdka jak w przypadku naszego rynku spotyka mnie, gdy mam wybrać najlepszy album z zagranicy. O ile w przypadku Polski problem dotyczył jedynie dwóch pozycji, to zagranicznych materiałów, które z takim samym spokojem ducha dałbym na pierwsze miejsce było nieporównywalnie więcej, żeby tylko wymienić te najważniejsze - Frank Ocean i jego mixtape "Nostalgia, Ultra", Jamie Woon za "Mirrorwriting", The Roots "Undun", Theophilus London i "Timez Are Weird These Days" oraz Toro Y Moi z "Underneath The Pine". Ostatecznie wybór padł na tę ostatnią pozycję - Chazwick Bundick to geniusz i co do tego wątpliwości mieć nie można. "Underneath The Pine" to niezwykle spójna i równocześnie jakby naturalna płyta - bez szarpania się na jakieś dźwięki, kompozycje, widać zabawę treścią i formą, dodatkowo masę przyjemności dostarcza samo słuchanie płyty. Co więcej, nowe Toro Y Moi przebiło spokojnie debiut, co nie zdarza się wcale tak często, a Chazowi starczyło jeszcze pomysłów, żeby pod koniec zeszłego roku wydać krótką EP-kę. Mocno po piętach Amerykaninowi depcze Jamie Woon ze swym r'n'b-solowym "Mirrorwriting", czy Theophilus London, który gdyby skrócić nieco "Timez Are Weird These Days" byłby pewnie na pierwszy miejscu. Wysoko cenię sobie również koncept album "Undun" The Roots (obecnych po raz kolejny w zestawieniu podsumowującym rok), który myślę że przebija lekko poprzednie "How I Got Over".

The Weeknd nie zawsze taki mroczny
Kończąc wątek zagraniczny wyróżniłbym dwóch artystów równocześnie - Cocaine 80s i The Weeknd. Za płodność (kolejno - 2 i 3 albumy w ciągu roku) idącą w parze z jakością, dodatkowo serwowane zupełnie za darmo. Warto dodać, że podobny sposób dotarcia do fanów wybrał także Frank Ocean, który udostępnił mixtape "Nostalgia, Ultra" całkiem za free.

Obiecałem także odrobinę statystyk z last.fm. Wyszło, że najczęściej odtwarzanym artystą roku 2011 był Mayer Hawthorne, na którego wynik złożyły się pozycje takie jak wydany w poprzednim roku album "How Do You Do" i EP-ka "Impressions" oraz trzyletni, ale wciąż tak samo bujający debiut "A Strange Arrangement". Drugie miejsce przypadło Rasmentalismowi (to też pokłosie ciągle katowanej "DMŁŻ"), a trzecie Theophilusowi Londonowi. Sensacją nie będzie, że najwięcej razy jeśli chodzi o utwory poleciała hitowa "Karczmareczka" Goorala.

Gooral pyto piyknie do zabawy przy Karczmareczce
Tym samym zamknąłem chyba rok 2011. Zdaję sobie sprawę z ułomności wszystkich rankingów, bo jak tu zmierzyć tyle tak różnych płyt i jeszcze wybrać najlepszą? Zwłaszcza, że ciągle pojawiają się jakieś pojedyncze zabłąkane albumy z tamtego okresu, np. Florrie czy Movits!. Był to bardzo dobry rok, dużo lepszy moim zdaniem od 2010 - praktycznie z każdego gatunku mógłbym wyciągnąć kilka pozycji, które się nie nudzą i wracam do nich często. Warto jeszcze w kontekście podsumowania roku wspomnieć o spełnieniu koncertowego marzenia, czyli występie Hocus Pocus w Warszawie. A jaki będzie ten rok trudno na razie wyrokować, ale zapowiada się pysznie - Afro Kolektyw, C2C, Lana Del Rey już wyszły, w kolejce czeka pewnie mnóstwo kolejnych albumów, nawet Wankej się pojawił w sympatycznym wywiadzie. Będzie dobrze, byle tylko świat się ostał (albo chociaż przetrwał do Euro), bo to się wydarzyło w przeciągu jednego miesiąca 2012 wystarczyłoby na obstawienie całego roku przykrymi i beznadziejnymi sytuacjami, skandal jak na Moleście.

wtorek, 1 lutego 2011

2010


Spóźnione jakiś miesiąc, pisane w okresie chronicznego braku chęci i czasu, okupione bólem i cierpieniem z powodu braku weny. Będzie to bardzo subiektywne muzyczne podsumowanie roku minionego, wybory najlepszych płyt z Polski i z zagranicy, wzbogacone o jeszcze jedną kategorię - największa wpadka roku. Leniwym polecam zjazd na dół materiału i przeczytania tylko pogrubionego.

Zacznijmy od krajowego rynku i krótkiego przypomnienia 2009. Niestety, rok 2010 nie był równie obfity w dobre produkcje, jak poprzedni. W 2009 światło dzienne ujrzały takie rapowe wydawnictwa, jak np. solo Małpy (z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że to już klasyk podziemia, ale klipów to on robić nie potrafi), płyta W.E.N.A. i Rasmentalism - "Duże Rzeczy" (trochę zawód zważywszy na poziom autorów, ale i tak bardzo dobra rzecz), producencki album Quiza, polsko-kanadyjska Ortega Cartel z "Lavoramą" czy przepalona "Pierwsza Rozgrzewkowa" opolskiego Okolicznego Elementu (Jeżyk, którego już nie ma + ucze w tle video, wow). Trochę biedniej było poza sceną hip-hopową, gdzie do głowy przychodzi mi tylko pokryta dwukrotną platyną płyta "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" Hey oaz Kult i ich "Hurra". Z kolei omawiany tu rok następny przyniósł nam takie hip-hopowe pozycje, jak kolejny album warszawskiego rapera Eldo - "Zapiski z 1001 Nocy", drugą płytę duetu O.S.T.R. i Emade, czyli POE 2, zblendowane przez 2stego "Kilka Numerów O Czymś" Małpy, połączone braterskie siły w "Dziś W Moim Mieście" Pezeta i Małolata czy na koniec roku "23.55" HiFi Bandy. Na najlepszą płytę w tym zestawieniu wytypowałem "Zapiski z 1001 Nocy" Eldo - jednego z niewielu raperów (i jedynego mainstreamowego), którego owoce pracy sprawdzam zawsze, bez obawy o jakość. Warszawiak nigdy nie zawodzi, i tak było także tym razem, więc z niecierpliwością oczekuję następnego materiału z jego udziałem. Prawdziwą płytą roku moim zdaniem jest jednak "Granda" Moniki Brodki - elektryczno-popowo-etniczny ewenement na skalę krajową. Brodka zaskoczyła wszystkich wydając po kilku latach praktycznego niebytu na scenie płytę bardzo różną od tych wydawanych wcześniej, pełnych ckliwych ballad o miłości. "Granda", określana jako indie-popowa, jest dojrzała, buntownicza i przede wszystkim nowa na tym polskim ogródku muzycznym, zapełnionym wątpliwej jakości muzyką pop. Ciekawych jak wypada "Granda" live wysyłam na majówkę do Wrocławia, gdzie za stosunkowo małe pieniądze zagra m.in. Brodka, Fisz i Emade, Hey, a nawet ulubieniec gimnazjów i największy przegrany roku, Kamil Bednarek (okrzyk). Ponadto w parze ze zmianą w twórczości u góralki poszła także zmiana wizerunku, co również się chwali. Pozostając w kręgu "wizerunkowym" wypada w tym miejscu wspomnieć o wpadce roku, autorstwa Małolata. Raper z przestępczą przeszłością zapragnął "pożyczyć" sobie kilka wersów z książki Waldemara Łysiaka na potrzeby całkiem fajnego "Nagapiłem się", nie informując nikogo o tym, ani w żadnym wywiadzie, ani we wkładce albumu. Sprawa po jakimś czasie wyszła na jaw dzięki uważnym słuchaczom, ale Małolat pokrętnie tłumacząc się jedynie inspirowaniem, pogrążał się tym samym jeszcze bardziej. Co gorsza, "inspirowane" linijki Małolata były tymi najbardziej z jego zwrotki wbijającymi się w pamięć, a część słuchaczy zapewne zdążyła już uwierzyć w niezwykłą przemianę ulicznego Małolata w poetę. 

O ile rok 2010 w polskiej muzyce trudno określić jako bardzo dobry, tak za granicą wyszło kilka doskonałych pozycji, nie tylko spod znaku hip-hopu. W tym zestawieniu pod uwagę brałem dużo więcej płyt niż to miało miejsce w Polsce. Jako wierny psychofan nie mogę nie wspomnieć o Zion I i ich "Atomic Clock" - kalifornijski zespół jest znakomitym przykładem, jak udanie można się odnaleźć w nowych realiach muzycznego świata i przejść sprawnie drogę od trueschoolu do nowoczesnej elektroniki. Drugi przykład świetnej płyty, także opartej na syntetycznych beatach (chociaż tu kłaniają się raczej lata 80-te), to "Long Distance" francuskiego muzyka Onry. Pozostając we Francji muszę (kolejny raz włącza się opcja psychofan) wymienić Hocus Pocus. Kapela z Nantes z każdym swoim nowym projektem jeszcze bardziej zaskakuje i tak samo było w przypadku "16 Pieces" - albumu pełnowartościowego, spójnego, choć rozbitego na tytułowe 16 części. Przenieśmy się ponownie za ocean, do Stanów Zjednoczonych i automatycznie do dużo cięższej i mniej radosnej płyty - obok "Death in Silence" rapera i producenta Kno nie da się przejść obojętnie, tak samo jak nie sposób nie docenić jego niezwykłego talentu do beatowych majstersztyków vide chociażby singiel "Rhythm of the Rain". W czerwcu premierę nowej płyty miała legendarna grupa The Roots - znakomite "How I Got Over" jest przez wielu określane jako najlepsze w ich dyskografii. U mnie ciągle zwycięża naiwna, młodzieńcza miłość do "Phrenology", chociaż muszę przyznać, że najnowsze dziecko Questlova i przyjaciół solidnie depcze jej po piętach (zwłaszcza tytułowy kawałek, włączając w to klip). Na koniec trochę mniej hip-hopowe collabo holendersko-amerykańskie o nazwie The Foreign Exchange i ich klimatyczne, jesienne "Authenticity". Poza ramami hip-hopowymi i szeroko pojętej muzyki "czarnych", w roku 2010 także wyszło kilka solidnych pozycji, m.in. płyta artystki pop Robyn zatytułowana "Body Talk". Szwedka tym samym potwierdza tylko tezę, że skandynawska muzyka ma się nad wyraz dobrze (może nawet najlepiej w Europie), a ona sama staje się powoli gwiazdą niemal na miarę ABBY. Kolejna godna uwagi płyta datowana na 2010 to "Black Sands" brytyjskiego producenta Bonobo - samo wydawanie w stajni Ninja Tune wskazuje, że mamy do czynienia z kimś nietuzinkowym. W 2010 premierę w Polsce miał album australijskiej piosenkarki Sary Blasko. Znając polskie radia i ich częstotliwość puszczania tego samego, każdy chociaż raz miał do czynienia z singlem z "As Day Follows Night". Jest tam jeszcze kilka innych bardzo dobrych kawałków na czele z "Over & Over". Trudno ze wszystkich wyżej wymienionych wybrać najlepszy album, ale zarówno serce jak rozum podpowiada, że tytuł ten należy się Francuzom z Hocus Pocus, za stworzony znakomity pomost między jazzem, a hip-hopem, za używanie żywych instrumentów i wspaniałe produkcje 20Syla. Wyróżnienie dla The Roots, z sentymentu i podziwu dla utrzymywania przez tyle lat tak wysokiej klasy, równocześnie ciągle zaskakując czymś nowym. 

Jak podsumowanie roku, to muszę w tym miejscu wspomnieć także o śmierci jednego z najsłynniejszych i najlepszych raperów ever, członka legendarnej grupy Gang Starr, autora sagi Jazzmatazz i wreszcie założyciela Gang Starr Fundation, która pomogła wypłynąć na szerokie wody Jeru The Damaja, czy Group Home - Guru po długiej walce przegrał z rakiem w kwietniu ubiegłego roku. Po śmierci wielu muzyków z uwagi na jego niebagatelny wkład w kulturę oddało mu hołd, m.in. nagrywając dedykowane mu utwory (podobnie zrobił Guru w "Full Clip" dla Big L). 

Zdaję sobie sprawę, że mnóstwo płyt z roku poprzedniego nie słuchałem, ominąłem celowo (Eminem, Kanye) lub nie, z braku czasu czy wiedzy o nich, niektóre dopiero teraz przesłucham, cokolwiek, ale myślę, że i tak wybrane przeze mnie pozycje trudno byłoby pokonać. Pozostaje teraz tylko czekać, na to co ukaże się w ciągu następnych 12 miesięcy (już 11, wszokuwszoku) - o tym przy jakimś następnym wpisie, bo jak na razie zapowiada się bardzo ciekawie, a rok zaczął VNM wydając ""De nekst best"".

Polska płyta roku 2010 - BRODKA - GRANDA
Wyróżnienie - ELDO - ZAPISKI Z 1001 NOCY
Wpadka - MAŁOLAT

Zagraniczna płyta roku 2010 - HOCUS POCUS - 16 PIECES
Wyróżnienie - THE ROOTS - HOW I GOT OVER