Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2012

Naj roku 2011

Redakcja gotowa do wręczania nagród
Nie lubię nie wywiązywać się z obietnic, zwłaszcza w miejscu, który z założenia ma wyrobić we mnie skłonności do regularnej pracy. Obiecałem, w poprzednim wpisie, że pojawi się podsumowanie roku i tak być musi, bo wymówki o braku czasu (sesja zaliczona) i spóźnieniu (kilka serwisów i blogerów tez zanotowało duże obsuwy) rozpatrywać należałoby w kategorii żałosnych tłumaczeń. Zwłaszcza, że już przynajmniej trzy płyty domagają się zaistnienia w tym miejscu, a i o piłce coś by się znalazło. Tak więc jest - najlepsze płyty roku w Polsce i za granicą naszego kraju, największe rozczarowania, garść statystyk z last.fm i na koniec to co nas czeka lub już nas dopadło w roku 2012.

Płytę Sokoła i Marysi docenił także sam Barack Obama
Zacząć wypada od rodzimego podwórka. Jak co roku nieco po macoszemu potraktowałem wszystko to, co nie jest produkcją około-rapową i królował w moich głośnikach (słuchawkach) zdecydowanie hip-hop. Cóż począć, jak akurat w tym gatunku jest coraz lepiej od Buga po Odrę i brakuje już czasami czasu i ochoty na coś innego. Mimo to Niewidoczną Statuetkę Bloga za najlepszy album wręczyłbym dwóm (a właściwie trzem) osobom - Izie Lach za "Krzyk" oraz Sokołowi  i Marysi Starosty, z którą nagrał "Czystą Brudną Prawdę". Właściwie wszystko to, co mógłbym napisać o tych pozycjach napisałem jakiś czas temu w zestawieniu najciekawszych płyt zeszłego roku, bo nic się w tych kwestiach nie zmieniło. Nie potrafię się zdecydować, którą z tych płyt cenię bardziej, są one tak różne, że nijak nie da się ich obok siebie zestawić i porównać. Gdybym pod uwagę brał ilość czasu spędzonego przy każdej z nich, to na czoło wysuwa się "Krzyk". Z kolei gdybym wziął pod ocenę całość materiału, spójność, koncepcję, klimat, czy wreszcie klipy - plusik dla Sokoła i Marysi. W przypadku warszawskiego duetu zadziałał również efekt pozamuzyczny - w życiu nie pomyślałbym, że Naczelny Narrator Polskiego Rapu, którego twórczość zwykłem omijać łukiem szerokim jak uśmiech Stevena Tylera, wyda kiedykolwiek coś tak przypadającego do mojego spaczonego gustu. Ex aequo więc na najwyższym stopniu podium tłumnie - "Krzyk" Izy Lach i "Czysta Brudna Prawda" Sokoła i Marysi.

Wyróżnienie przyznaję z czystym sumieniem i pewnym ruchem ręki przypinając order do piersi sąsiadom z Żywca, czyli zespołowi The Pryzmats za ich szybujący coraz to wyżej "Balon". Jestem pewny, że ta grupa jeszcze spoko zamiesza na rynku, a wygranie konkursu Empiku "Make More Music" i podpisanie kontraktu z Sony Music to tylko rozgrzewka. Jak ich historia potoczy się dalej zobaczymy na wiosnę, na którą zapowiadane jest ich LP. In minus zaskoczył mnie "Hotel Trzygwiazdkowy" Rasmentalismu, cóż, chociaż to chyba zrzuciłbym na karb moich wielkich oczekiwań wobec nich. Nie udało się sympatycznemu duetowi ze wschodu przebić ani "Dobrej Muzyki Ładnego Życia", ani "Dużych Rzeczy" w kolaboracji z W.E.N.Ą (który swoją droga też wydał w omawianym roku solidną płytę). 

Chaz jest tu pocieszny tak jak jego płyta
Podobnego kalibru zagwozdka jak w przypadku naszego rynku spotyka mnie, gdy mam wybrać najlepszy album z zagranicy. O ile w przypadku Polski problem dotyczył jedynie dwóch pozycji, to zagranicznych materiałów, które z takim samym spokojem ducha dałbym na pierwsze miejsce było nieporównywalnie więcej, żeby tylko wymienić te najważniejsze - Frank Ocean i jego mixtape "Nostalgia, Ultra", Jamie Woon za "Mirrorwriting", The Roots "Undun", Theophilus London i "Timez Are Weird These Days" oraz Toro Y Moi z "Underneath The Pine". Ostatecznie wybór padł na tę ostatnią pozycję - Chazwick Bundick to geniusz i co do tego wątpliwości mieć nie można. "Underneath The Pine" to niezwykle spójna i równocześnie jakby naturalna płyta - bez szarpania się na jakieś dźwięki, kompozycje, widać zabawę treścią i formą, dodatkowo masę przyjemności dostarcza samo słuchanie płyty. Co więcej, nowe Toro Y Moi przebiło spokojnie debiut, co nie zdarza się wcale tak często, a Chazowi starczyło jeszcze pomysłów, żeby pod koniec zeszłego roku wydać krótką EP-kę. Mocno po piętach Amerykaninowi depcze Jamie Woon ze swym r'n'b-solowym "Mirrorwriting", czy Theophilus London, który gdyby skrócić nieco "Timez Are Weird These Days" byłby pewnie na pierwszy miejscu. Wysoko cenię sobie również koncept album "Undun" The Roots (obecnych po raz kolejny w zestawieniu podsumowującym rok), który myślę że przebija lekko poprzednie "How I Got Over".

The Weeknd nie zawsze taki mroczny
Kończąc wątek zagraniczny wyróżniłbym dwóch artystów równocześnie - Cocaine 80s i The Weeknd. Za płodność (kolejno - 2 i 3 albumy w ciągu roku) idącą w parze z jakością, dodatkowo serwowane zupełnie za darmo. Warto dodać, że podobny sposób dotarcia do fanów wybrał także Frank Ocean, który udostępnił mixtape "Nostalgia, Ultra" całkiem za free.

Obiecałem także odrobinę statystyk z last.fm. Wyszło, że najczęściej odtwarzanym artystą roku 2011 był Mayer Hawthorne, na którego wynik złożyły się pozycje takie jak wydany w poprzednim roku album "How Do You Do" i EP-ka "Impressions" oraz trzyletni, ale wciąż tak samo bujający debiut "A Strange Arrangement". Drugie miejsce przypadło Rasmentalismowi (to też pokłosie ciągle katowanej "DMŁŻ"), a trzecie Theophilusowi Londonowi. Sensacją nie będzie, że najwięcej razy jeśli chodzi o utwory poleciała hitowa "Karczmareczka" Goorala.

Gooral pyto piyknie do zabawy przy Karczmareczce
Tym samym zamknąłem chyba rok 2011. Zdaję sobie sprawę z ułomności wszystkich rankingów, bo jak tu zmierzyć tyle tak różnych płyt i jeszcze wybrać najlepszą? Zwłaszcza, że ciągle pojawiają się jakieś pojedyncze zabłąkane albumy z tamtego okresu, np. Florrie czy Movits!. Był to bardzo dobry rok, dużo lepszy moim zdaniem od 2010 - praktycznie z każdego gatunku mógłbym wyciągnąć kilka pozycji, które się nie nudzą i wracam do nich często. Warto jeszcze w kontekście podsumowania roku wspomnieć o spełnieniu koncertowego marzenia, czyli występie Hocus Pocus w Warszawie. A jaki będzie ten rok trudno na razie wyrokować, ale zapowiada się pysznie - Afro Kolektyw, C2C, Lana Del Rey już wyszły, w kolejce czeka pewnie mnóstwo kolejnych albumów, nawet Wankej się pojawił w sympatycznym wywiadzie. Będzie dobrze, byle tylko świat się ostał (albo chociaż przetrwał do Euro), bo to się wydarzyło w przeciągu jednego miesiąca 2012 wystarczyłoby na obstawienie całego roku przykrymi i beznadziejnymi sytuacjami, skandal jak na Moleście.

niedziela, 15 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #14: Zagranica 2011 vol. 2

Dobra, to już ostatnia część serialu pod tytułem "Płyty 2011". Następny post będzie już wyborem tych najlepszych albumów, więc stay tuned.

1. Kendrick Lamar - Section.80



Lamar dowodzi, że owiane złą sławą Compton to nie tylko kolebka gangsta rapu i muzyczne skoncentrowanie się na porachunkach gangów, przemocy, narkotykach, ciemnych interesach i złych kobietach. Mimo to na "Section.80" znajdziemy tematy bliskie ulicy, podane jednak w mniej banalny sposób - o zgubnym wpływie dragów przestrzega siostrę w "Keisha's Song", kobiety docenia za naturalne piękno bez makijażu w "No Make-Up", a o trudnym życiu w dzielnicach biedy wspomina w "Ronald Reagan Era" wyprodukowanym przez RZA. Tekstowo jest więc bardzo dobrze, kroku dotrzymują także bardzo dobre podkłady, ale niektórych może irytować głos K-Dot. "Section.80" to płyta kompletna, ciekawe tylko jaką drogą pójdzie teraz ta 24-letnia nadzieja Zachodniego Wybrzeża, bo jak na razie kusi go mainstream na czele z Aftermath.

2. Looptroop Rockers - Professional Dreamers



Po kilkuletniej przerwie do Looptroop wrócił Cosmic i zespołowi wyszło to zdecydowanie na lepsze. Po umiarkowanym entuzjazmie związanym z "Good Things" w końcu dostałem to, czego oczekuję od Szwedów i bardziej czuć tu klasyczne stare albumy, niż nowoczesny poprzedni krążek. Świetne kompozycje Embee, niezłe single i teksty, które pokazują, że Looptroop nie można rozpatrywać jedynie w kategorii zespołu muzycznego - przykładem mocno zaangażowane politycznie "On Repeat", czy piękny tytułowy kawałek. Z ust psychofana nie zabrzmi to być może zbyt wiarygodnie, ale Promoe i koledzy to najlepszy zespół rapowy ze Starego Kontynentu i jak ktoś ma wątpliwości to wystarczy przesłuchać "Professional Dreamers".

3. Miles Kane - Colour Of The Trap



Pewnie nigdy bym nie sięgnął po tę płytę, gdyby nie klip zapowiadający jesienną ramówkę TVN, lecący przy okazji każdego bloku reklamowego. Stacja ta ma w zwyczaju bardzo udanie dobierać muzykę do owych zapowiedzi czekającego widzów sezonu i akurat w przypadku jesieni wybór padł na "Come Closer". Po krótkim researchu okazało się, że autorem kawałka jest Miles Kane, czyli wokalista The Rascals i połówka The Last Shadow Puppets, w dodatku o wyglądzie młodego Paula Mc Cartneya. Bardzo fajna to piosenka, a podobnych znajdzie się na "Colour Of The Trap" jeszcze przynajmniej kilka. Wielbicieli jego muzyki spodoba się zapewne nieoficjalna wiadomość, że Kane razem z Alexem Turnerem z Arctic Monkeys działają coś w kierunku drugiego albumu The Last Shadow Puppets.

4. Onra - Chinoiseries Pt. 2



Jak sama nazwa płyty wskazuje jest to kontynuacja projektu Onry z 2007 pod wiele mówiącym tytułem "Chinoiseries". Pomysł Francuza polega na przybliżeniu słuchaczom azjatyckich dźwięków (skąd pochodzi rodzina Bernarda) za pomocą wyszukanych w tamtejszych antykwariatach i nie tylko starych płyt winylowych, pocięciu ich i dodaniu kilku efekcików. Wszystko niby się udało, ale mimo to lepiej słucha mi się pierwszej części. Ta wydaje się nieco ciężka, długa, bez jakichś szczególnie przyciągających uwagę momentów. Słowem - bardzo poprawna i tyle, ale warta chociażby jednego odsłuchania ze względu na tematykę.

5. SBTRKT - SBTRKT



Kolejny debiutancki krążek na tej liście. SBTRKT to taki post-dubstepowy producent z Anglii, umiejętnie kojarzący ze sobą wiele gatunków i windujący muzykę taneczną na wyższy poziom niż cała masa idiotycznych papek znanych z klubów, czy muzycznych stacji telewizyjnych. Już singiel "Pharaohs" zwiastuje, że mamy do czynienia z czymś ponadprzeciętnym i uniwersalnym. Nie wiadomo jak potoczy się dalej kariera Aarona Jerome, ale podąża on dobrą drogą, bo takiej muzyki właśnie chcę sobie słuchać w aucie lub do śniadania. Kawał dobrej roboty.

6. Selah Sue - Selah Sue



Selah Sue to casus podobny do opisywanego nieco wyżej Milesa Kanea - piosenka z reklamy, w dodatku bardzo często granej, wkręca się niemiłosiernie i sięgasz po całość, a ta okazuje się być tak samo dobra. Album jest zróżnicowany i przyjemnie się go słucha, a poza znanym każdemu singlem poleciłbym czym prędzej zapoznanie się z np. "Raggamuffin" i "Black Part Love". Selah Sue wygląda i śpiewa trochę jak Amy Winehouse, ale liczę, że nie pójdzie jej drogą i zaskarbi sobie publiczność czymś więcej niż kilkoma piosenkami i jednym pogrzebem.

7. Stalley - Lincoln Way Nights



Stalley to młody stażem kot z Ohio, były koszykarz i posiadacz imponującej brody. "Lincoln Way Nights" to jedna z tych płyt, które przyjemnie się słucha i ma w sobie kilka perełek, za to jakoś specjalnie za nią nie tęsknisz jak się skończy. Kolejna solidna pozycja na tej liście, ale bez wielkich fajerwerków. Dodatkowo można ją legalnie ściągnąć z neta, bo to mixtape jest, ale doczekał się też fizycznego wydania w Maybach Music Group Rick Rossa.

8. The Roots - Undun



"Undun" to tak naprawdę historia młodego przestępcy Redforda Stevensena. Opowiedziana od tyłu, wieloma głosami, przy akompaniamencie najlepszej w poprzednim roku muzyki w kategorii hip-hop. Cała ta masa ludzi zaangażowana w produkcję tej płyty odwaliła cholernie dobrą robotę, serwując fanom istne mistrzostwo na każdej płaszczyźnie. Mało jest nawet grup, które trwają razem nieprzerwanie przez tyle lat, a wskaż mi takie, co nie osiadły na laurach i z każdym nowym albumem rozwalają świat. Pozycja obowiązkowa, jestem pewny że będzie to klasyk gatunku.

9. The Weeknd - House of Balloons/Thursday/Echoes of Silence



Gdzieś przeczytałem, że The Weeknd razem z Frankiem Oceanem zbawią muzykę R&B. Nie miałbym nic przeciwko, żeby ten gatunek szedł w tym kierunku, byłbym też wdzięczny gdyby takie darmowe mixtapy częściej wychodziły na światło dzienne. Zwrócić uwagę należy również na płodność Abela Tesfaye, bo wszystkie trzy EP wydał w tym samym roku, która idzie w parze z jakością. Ciężko tu wyróżnić jedną najlepszą płytkę, lepiej rozpatrywać The Weeknd jako nadzieję na lepsze jutro.

10. Those Dancing Days - Daydreams And Nightmare



Przyjemna płyta grupy gówniar ze Szwecji, indie pop z rockowym zacięciem i idealny materiał na soundtrack do H&M i innych świątyń dla nastolatków. Nie przeszkadza mi to jednak w małym zachwycie nad tym krążkiem - po debiucie polubiłem Those Dancing Days i nie widzę powodu dla którego miałbym przestać po "Daydreams And Nightmare". Może to trochę infantylna i wybitnie damska płyta, ale coż z tego skoro cieszy ucho na podobnym poziomie jak "In Our Space Hero Suits" z 2008. Aż dziwne, że ich popularność w Polsce jest odwrotnie proporcjonalna do ilości fanów sztucznych tworów typu Honorata Skarbek. Łakomy kąsek dla wannabe-hipsterów w wieku nastu lat.

11. Toro Y Moi - Underneath The Pine



Miałem problem z wyborem klipu, bo kilka ich Toro nagrał na potrzeby promocji tej płyty. Wybór ostatecznie padł na "Still Sound", bo na nim Chaz wygląda tak, jaka jest ta płyta - sympatycznie, przyjemnie, radośnie. Słucha jej się z wielką przyjemnością i to nie tylko zasługa wokalisty - muzyka stoi w rozkroku między bujającym funkiem, a elektronicznym popem. We wrześniu Toro Y Moi wydał jeszcze krótką EP "Freaking Out", gdzie na warsztat bierze m.in. "Saturday Love" Cherrelle, ale także kilka innych klasycznych utworów z lat minionych. Chazwick Bundick na prezydenta!

12. Tyler, The Creator - Goblin



"Tyler to istny fenomen" - pomyślałem, gdy jego płyta wydała ostatnie brzmienie. Nie z powodu wybitnego poziomu "Goblina", tylko z niezrozumienia szumu wokół niego. To znaczy rozgłos rozumiem, bo trudno przemilczeć kwestię gwałtów, mordów i wszelkiego rodzaju innych perwersji poruszanych przez młodzieńca albo nie przestraszyć się kołatek w "Yonkers" i prostego, ale interesującego klipu. Szkoda, że Tyler skutecznie zakrywa tymi chorymi rzeczami to, co tak naprawdę czuje i chce przekazać, jego sympatie do licznych kumpli, niespełniona miłość i żal z powodu wychowywania się niepełnej rodzinie. Dodatkowo można przyczepić się do produkcji, która razi brakami. Na pocieszenie dodam, że Tyler szykuje coś nowego i to podobno bez brzydkich treści. Na razie polecałbym zainteresowanie się kimś innym z bandy OFWGKTA, np. Frankiem Oceanem, ale nie zmienia to faktu, że Okonma jest bardzo ciekawym zjawiskiem, który mam nadzieję wyewoluuje w coś bardziej przystępnego.

***

Płyty, które doczekały się większej recenzji (chronologicznie)-
- Lykke Li - Wounded Rhymes
- Swollen Members - Dagger Mouth
- Theophilus London - Timez Are Weird These Days
- Mayer Hawthorne - How Do You Do
- Common - The Dreamer, The Believer

piątek, 13 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #13: Zagranica 2011 vol. 1

Zgodnie z zapowiedzią kontynuuję muzyczne wspomnienia roku poprzedniego. Polska muzyka za mną, teraz na warsztat biorę muzykę zagraniczną. Pobudki z powodu których akurat takie płyty się tu znajdują wyjaśniłem w odcinku z krajową muzyką. Poniższą listę, na której pomieszałem wszystkie gatunki od R&B, przez rap, po poprock, pozwoliłem sobie podzielić na dwie części po 12 propozycji. Płyty są oczywiście uporządkowane alfabetycznie więc nie ma się co cyferkami sugerować.

1. Adele - 21



Wahałem się czy ta płyta powinna się tu znaleźć. Napisano o niej już wszystko, wszyscy ją oceniali, tak samo jak samą Adele. Jej talent i umiejętności wokalne są nie do podważenia, wypadałoby się tylko zastanowić czy szum wokół niej jest do nich współmierny. Mam co do tego trochę wątpliwości, ale niech już będzie. Ludzie poczują się chociaż trochę lepiej obcując ze sztuką podawaną w komercyjnym opakowaniu.

2. Arctic Monkeys - Suck It And See



Małpy to synonim znaku jakości i tak samo jest w tym przypadku. Chłopaki z Sheffield porzucili już nieco ostre gitarowe granie znane z pierwszych dwóch płyt i skupili się bardziej na przemyślanych balladach rockowych, to nie stracili nic ze swojego charakteru. Mimo że po premierze poprzedniej płyty "Humbug" dużo osób zwiastowało koniec tej kapeli w sensie niezależności i rockowego pazura. Ciągle jednak słucha się ich z wielką przyjemnością, a "Suck It And See" jest tego najlepszym przykładem. 

3. Cocaine 80s - The Pursuit/Ghost Lady



Pozwoliłem sobie do jednego wora wrzucić obie produkcje spod szyldu Cocaine 80s, mimo że są nieco inne. Nowsze "Ghost Lady" jest trochę bardziej spokojne i poważne, z kolei "The Pursuit" jakby bardziej przebojowe. Mózgiem całego projektu jest No I.D. nad którego kunsztem muzycznym zdążyłem rozpływać się już przy okazji najnowszej płyty "The Dreamer, The Believer" Commona, który zresztą na obu EP-kach udziela się po jednym kawałku na każdą z płyt. Bardzo solidna muzycznie propozycja, w dodatku każdy może się w nią całkiem legalnie za darmo zaopatrzyć.

4.  Coldplay - Mylo Xyloto 



Kolejna, po Adele, nieco nie pasująca tu pozycja. Trochę na wyrost umieściłem na tej liście płytę Coldplay, bo ani ona bardzo dobra, ani nawet nie jestem ich fanem. Wszystko z powodu ich koncertu na Open'erze, na którym Chris Martin zrobił całkiem przyjemne show i naprawdę byłem pod wrażeniem ich premierowego w Polsce występu. "Mylo Xyloto" jest bardzo dobrze wyprodukowane, ma swoje dobre momenty jak np. single "Paradise" czy "Every Teardrop Is a Waterfall", ale momentami przynudza (jak to czasami Coldplay ma w zwyczaju). Miałem mieszane uczucia co do featuringu Rihanny, ale na szczęście "Princess of China" wyszło im lepiej niż Kai Paschalskiej.

5. CSS - La Liberacion



Cansei de Ser Sexy, bo tak należy rozszyfrowywać skrót CSS, to rockowo-elektroniczny zespół rodem ze słonecznej Brazylii. Bardzo sympatyczny zresztą, tak samo jak jego muzyka, taneczna i ostra momentami, oparta na humorystycznych tekstach. Praktycznie cała płyta jest po angielsku, poza tytułowym kawałkiem, tak samo jak praktycznie w całości jest to zespół żeński - z wyjątkiem jednego osobnik płci męskiej.

6. Florence and the Machine - Ceremonials



Gdy pisałem o Adele wspomniałem o moich wątpliwościach dotyczących szumu wokół niej. Dużo bardziej cenię Florence Welch i wydaje mi się, że jej głos jest dużo mocniejszy od Adele, mimo to jest mniej sławna od młodszej koleżanki. Nic to, ważne że drugi album zespołu jest równie świetny jak "Lungs". Debiut był nieco bardziej rockowy, teraz Florence dała prawdziwy pokaz siły swojego wokalu, któremu towarzyszą jakby wielowarstwowe, eleganckie kompozycje z udziałem orkiestry. Trzeba przesłuchać.

7. Foster The People - Torches



"Pumped Up Kicks" to takie "Somebody I Used To Know" pierwszej połowy roku 2011, z tą różnicą że jest fajne. Było wszędzie, w sklepach, radiu, a już w szczególności na tych śmiesznych f*jsbukowych tablicach. Cała debiutancka płyta Amerykanów jest w podobnym przyjemnym i wakacyjnym klimacie. Może nie wyróżnia się zbytnio na tle innych indie popowych płytek z jednym wybijającym się hitem, ale zdecydowanie warta jest poświęcenia kilkudziesięciu minut życia. Nie pożałujesz, a obiecuję że jeszcze nie raz do niej wrócisz - zwłaszcza, że poza singlowym "Pumped Up Kicks" ma w sobie kilka innych perełek, w tym moje ulubione "Waste".

8. Frank Ocean - Nostalgia, Ultra



Frank Ocean to jeden z przykładów (oprócz The Internet), że OFWGKTA to nie tylko chore rapowe piosenki o gwałtach i zarzynaniu, r*zpierdol i croud surfing na koncertach. Breaux potrafi całkiem ładnie podśpiewywać i zrobił tak nie tylko na całej "Nostalgia, Ultra", ale nawet na kawałku otwierającym "Watch The Throne" Kanye Westa i Jay-Z. Dodatkowemu smaczkowi tego mixtape dodaje kilka skradzionych podkładów - mój płytowy faworyt to poruszający "American Wedding" nagrany na "Hotel California" Eagles, a znajdzie się również "Strawberry String" od Coldplay i coś od MGMT. Żałuję, że sprawdziłem materiał Franka dopiero pod sam koniec roku, bo jest to jeden z lepszych krążków minionego roku w kategorii R&B.

9. Ill Bill & Vinnie Paz - Heavy Metal Kings



Pierwszy rapowy materiał i od razu taki mocny. Nie tylko w formie, ale i jeśli chodzi o poziom. Ill Bill i Vinnie Paz to pewniaki i mimo, że każdy album czy to Non Phixion czy Jedi Mind Tricks brzmi bardzo podobnie, zawsze ma swój specyficzny klimat. Tak samo jest w przypadku "Heavy Metal Kings", który zapowiadał najlepszy moim zdaniem kawałek na płycie - otwierający ja "Keeper Of The Seven Keys".

10. Is Tropical - Native To



Już nawet nie pamiętam gdzie usłyszałem po raz pierwszy Is Tropical, ale na pewno wdzięczny jestem temu kto to akurat udostępnił w sieci. "Lies" zdobyło me serce na tyle, że stało się jednym z najczęściej odtwarzanych przeze mnie utworów w 2011 i z chęcią był wrzucił tu klip do niego, ale nie wiem czy każdy jest gotowy na damską goliznę. Jest za to teledysk do "The Greeks" który powinien zrozumieć każdy chłopak i te nieliczne dziewczęta, które bawiły się w niewidzialną wojnę z patykami w rękach. Podsumowując całe "Native To" - bardzo dobry elektroniczno-gitarowy pop z Anglii, bo mimo że chłopaki nie chcą być szufladkowani tak to właśnie trzeba nazwać. Niczego w tym temacie nie muszę już pisać, wystarczy przesłuchać (lub oglądnąć klipy jeśli masz 18+). 

11. Jamie Woon - Mirrorwriting



To właśnie przez takich ludzi jak Jamie Woon wybory tych najlepszych będą trochę przeterminowane i ukażą się gdzieś pewnie pod koniec stycznia. "Mirrorwriting" czekało na dysku cierpliwie na swoją kolejkę, bo bardzo zależało mi na sprawdzenie typa, którym zachwyca się tyle portali muzycznych, a co po niektórzy umieszczają nawet na samym szczycie listy najlepszych płyt 2011. Nie było to dobre posunięcie, bo Jamie powinien zagościć u mnie dużo wcześniej - jego muzyka jest wypadkową świetnego głosu i przyjemnych melodii, płyta mixem spokojnych ballad i potencjalnych hitów jak chociażby "Lady Luck" widoczne u góry. Dodam jeszcze, że wydany w kwietniu krążek jest debiutem Brytyjczyka z malezyjsko-chińsko-szkocko-irlandzkimi korzeniami (uff). Ilu jeszcze takich Woonów siedzi po knajpach brzdąkając do kotleta i czeka na swoją szansę?

12. Kanye West & Jay-Z - Watch The Throne



Gdy najlepszy raper mainstreamowy spotyka się w studio z jednym z bardziej kreatywnych i uzdolnionych producentów, a przy tym nie kiepskim raperem w celu nagrania płyty nie może to zakończyć się klapą. Tak jest właśnie w tym przypadku, bo "Watch The Throne" to materiał niesamowity. Chociażby ze względu na tematykę i formę, które określić można jako skrzyżowanie przepychu, blichtru, cudów na kiju, złota, konsumpcjonizmu, deszczu dolarów, maybachów i kilku jeszcze innych rzeczy. Po prostu "black excellence in Paris". Możesz kochać albo nienawidzić, ale docenić musisz za "Otis", za banger "Niggas in Paris" albo za "Who Gon Stop Me" pożyczone od Flux Paviliona.

wtorek, 10 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #12: Polska 2011

Koniec roku i początek następnego to czas wszystkich podsumowań, nie może ich więc braknąć także tutaj. Żeby jednak lepiej przygotować się do tego właściwego podsumowania roku 2011 postanowiłem sporządzić listę dziesięciu płyt, które z jakiegoś tam powodu zagościły w moich słuchawkach czy głośnikach i zwróciły moją uwagę na dłużej niż chwilę. Omijam oczywiście albumy, które doczekały się większej recenzji na blogu, tu tylko te pominięte i bez pogłębionej analizy. Na razie na warsztat biorę polskie płyty, później czas przyjdzie na propozycje z zagranicy, a zwieńczeniem będzie podsumowanie roku wraz z wyborem płyt roku. Jak łatwo zauważyć kolejność jest alfabetyczna, więc cyferkami nie ma się co sugerować. 

1. DJ Czarny/Tas - Passion, music, hip-hop



Kluczem do tej płyty jest słowo "zajawka" - po tych dwóch chłopakach z Poznania widać, że muzyka to ich pasja, a rytm serca wynosi jakieś 33 na minutę. Nie jest to klasyczny duet MC/producent, ale DJ/producent. Raperów jest tu stosunkowo mało, ale jest np. Ras czy Melodiq, a od strony muzycznej poznaniaków wspiera m.in. Kixnare. Pozycja obowiązkowa i trochę niedoceniana.

2. Fisz Emade - Zwierze bez nogi



To już kolejny ukłon braci Waglewskich w stronę oldschoolu i garażowego grania. Tym  razem jak na dłoni widać inspiracje szczególnie Beastie Boys, czego kwintesencją jest singiel o tym samym tytule co płyta. Kolejny raz prawdziwy popis swoich umiejętności dał Emade, z kolei Fisz zaprezentował się solidnie, chociaż bez fajerwerków. Warto jeszcze wspomnieć, że cegiełkę dodał do tej produkcji także DJ Eprom. Całość to bardzo solidny materiał, bardzo dobry muzycznie.

3. Hades - Nowe dobro to zło



Tak się złożyło, że w ubiegłym roku doczekaliśmy się dwóch solowych płyt raperów z HIFI Bandy. Diox wydał z Returnersami "Logikę Gry", a Hades z Galusem i DJ Kebsem "Nowe Dobro To Zło". Mocno średni to raperzy i takie też są te płyty - lepsza jest na nich zdecydowanie warstwa muzyczna, a raperzy nie zaskakują niczym szczególnym. Bliżej poznałem album Hadesa i w jego przypadku produkcyjnie jest to klasa zdecydowanie międzynarodowa. "Nowe Dobro To Zło" jest jednak trochę za długie i z tego powodu nieco nudne, ale warto sprawdzić chociażby dla beatów i tytułowego singla.

4. Iza Lach - Krzyk



Absolutny hit zeszłego roku, w dodatku całkowicie samodzielnie zrobiony. Wszystko na tej płycie jest przyjemne - od muzyki, przez teksty, po głos i wizerunek Izy. Dużo dał jej występ u Kuby Wojewódzkiego, później w Dzień Dobry TVN i ludzie jakby zapomnieli, że łodzianka ma już na koncie jeden album, który jednak większego szumu raczej nie narobił. Ten ma na to sporą szansę, bo mimo że jest mniej przebojowy niż "Granda" Brodki to pokazuje, że w Polsce można robić całkiem fajny pop równocześnie pojawiając się w mediach i być z daleka od radiowego gówna i komercji. Na plus otwartość na kolaboracje z raperami vide HuczuHucz, chociaż to może minus za łyknięcie prowo? W każdym razie super materiał.

5. Jimson - Ucieczka z wesołego miasteczka



Książe powrócił i ma się dobrze. Mimo, że to tylko cztery kawałki to i tak Internet płonie, Jimson nie wyszedł z formy tekściarskiej, a w dodatku dostał bardzo dobre beaty. Trochę to za krótkie i z tego powodu trudne do porównania z innymi płytami, ale może zwiastuje jakiś większy materiał? Byłoby fajnie, bo "Gorączka w parku igieł" ma już swoje lata.

6.  Łona i Webber - Cztery i pół 



Być może za bardzo liczyłem na tę płytę, ale zawiodłem się nieco. Nie to żeby była ona słaba, ale jakoś nie ma tego "czegoś" co przyciągnęłoby mnie do niej na dłużej. Zabawy Łony słowem jest mniej (chociaż "To nic nie znaczy" to majstersztyk), humoru też, więcej za to elektroniki Webbera. Dam jej ponownie szansę za jakiś czas i nie wykluczam, że jeszcze mi się jeszcze spodoba. Jak na razie powrót Łony połowicznie udany, ale tylko gdy wezmę poprawkę na moje wielkie oczekiwania.

7. Medium - Teoria równoległych wszechświatów




Medium wcale nie musi znaczyć średni, a zwłaszcza w przypadku tego albumu. "Teoria równoległych wszechświatów" to zdecydowanie materiał wybijający się ponad przeciętność i nie bez powodu wymieniany jest w gronie najlepszych albumów roku w wielu rankingach. Kielczanin momentami może zbyt bardzo kombinuje w tekstach, co utrudnia odbiór i generalnie sprawia, że jest to płyta do której trzeba siąść na spokojnie i mocno się w nią wsłuchać. Nie ma zastrzeżeń co do produkcji, tu Medium pokazał że nie bez powodu szansę na legalny debiut dał mu właśnie Asfalt.

8. Sokół i Marysia Starosta - Czysta brudna prawda



W życiu bym nie pomyślał, że jakikolwiek materiał od Sokoła zrobi na mnie takie wrażenie. Nigdy nie potrafiłem się przekonać do żadnego z projektów tego rapera, ale "Czysta brudna prawda" to album znakomity - Sokół ciągle trafnie opisuje rzeczywistość i raczy nas interesującymi storytellingami, do tego ma Marysię u boku, dzięki której materiał jest jakby delikatniejszy. Z wielką przyjemnością ogląda się klipy, w szczególności "Reset" - co ciekawe, łączy się on w pewnym momencie z teledyskiem Pezeta - "Co mam powiedzieć".

9. Starszy Brat - Beaty, rymy, weekend



Także Zkibwoy wraca, tym razem z Młd i Kedyfem. Jako Starszy Brat śpiewają o dorosłym życiu na zadziwiająco równym poziomie, nie bawiąc się w zbędne moralizatorstwo i bez spinki. Brudne już raczej nie wyjdą (chyba, że w następne święta), ale Jobix ciągle cieszy, bo nic nie stracił ze swojego stylu, a tylko dojrzał i spoważniał. Kroku dotrzymuje mu w szczególności Młd, który zdobył moje serce przeprowadzką do Bielska i tym samym został najlepszym raperem w tym mieście, nic to że z importu i bez żadnej konkurencji. A propos Zkibwoya jeszcze - podobno nowy Karwan za niedługo.

10. Tłusty Kot & DJ Bidi - Therapy



"Therapy" byłoby murowana płyta roku, gdyby nie kilka słabszych tracków. Nie ważne, że w kwestii lirycznej obaj raperzy są raczej mocno średni i ich flow nie powala - płyta ma po prostu wakacyjny luz, imprezowy klimat i doskonałe beaty. 2sty za niedługo pewnie wyda producencką i ciągle wypuszcza coraz to nowe blendy, a ja z chęcią chciałbym "Therapy 2" z kumplami z nC, bo ekipa to nie kiepska. Autorzy nie spodziewali się takiego sukcesu płyty, bo liczyli raczej na coś w rodzaju ciekawostki dla znajomych, a skończyło się na wersjach fizycznych, które dystrybuuje Asfaltshop

***

Płyty, które doczekały się większej recenzji (chronologicznie) -
The Pryzmats - Balon
Gooral - Ethno Electro
- W.E.N.A. - Dalekie Zbliżenia
- Rasmentalism - Hotel Trzygwiazdkowy
- Okoliczny Element - Schody Donikąd

sobota, 24 grudnia 2011

Święta aka Wszystkiego Najlepszego życzy r*dakcja [2011]

Wskazówka, jak obchodzić święta bez zbędnej napinki -


+ klasyka, jak pieprzony karpi i kutia -



+ klasyczna kolęda (jak Zalewska) wersja 2.0!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Common - The Dreamer, The Believer [2011]

Ferrari testers, Armani dressers, exquisite thick bitches that body bless us - tak zaczyna się najnowsza płyta Commona. Zdziwieni? Obiecuję, że po zagłębieniu się w tę płytę nie raz otworzycie jeszcze szerzej buzię. Ale uspokajam - starego lirycznego Commona jest tu dużo więcej niż obrzydliwie bogatego i pyskatego rapera rodem z "Watch The Throne", a jeszcze więcej pięknej muzyki.

Chicagowski muzyk fanów przyzwyczaił do głębokich tekstów, spokojnych utworów, stosunkowo rzadko wychodząc poza te ramy. Do największych klasyków hip-hopu w ogóle zaliczyć można spokojnie kilka jego płyt, w szczególności "Be", piękne od początku do końca. Wyprodukowane w większości przez będącego wtedy dopiero w przedsionku wielkiej sławy Kanye Westa oraz wciąż wielkiego choć już bardzo chorego J Dillę, który z kolei odpowiadał za wcześniejsze albumy. Słuchaczom dała kilka ponadczasowych numerów, żeby wymienić tylko tytułowe "Be""Love Is" czy "Go", a autorowi kilka nagród w tym dla najlepszego tekściarza. Poziom podtrzymany został na wydanym dwa lata później "Finding Forever", ale już "Universal Mind Control" to zupełnie inna kwestia - producentem został Pharell i jego The Neptunes co zdecydowanie odbiło się na płycie. "Wczesny" Kanye czy J Dilla dużo lepiej pasowali do Commona niż elektroniczne zabawy The Neptunes, a sam Lonnie wydawał się być w nieco słabszej formie.

Muzycznie "The Dreamer, The Believer" to zdecydowanie powrót na dobre tory. Z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że paradoksalnie najlepszy w tym przypadku wybór producenta był trochę strzałem w stopę - No I.D. mimo że ukrywający się za beatami i co najwyżej objawiający się refrenem (pięknym!) co rusz wysuwa się przed Commona. Muzyka to na pewno bardzo mocny, jak nie najmocniejszy, punkt tej płyty. Zaburza ją jedynie nieco kanyewate "Raw" i boombapowe "Ghetto Dreams", jednak oldschoolowa konwencja tego kawałka tłumaczy użycie najprostszych patentów. Dla mnie jako psychofana Mayera Hawthorna smaczkiem dodatkowym było zsamplowanie go w "Blue Sky".

Ocenę lirycznej części płyty warto zacząć właśnie od "Ghetto Dreams", nagranego z Nasem hołdu dla pięknych lat 90-tych. Idealnie współgra z tym trackiem klip, gdzie podchodzące już pod czterdziestkę legendy rapu przenoszą się w przeszłość, do swej młodości, marzeń i kobiet pukanych w samochodach. Kozaka Common zgrywa także w "Sweet" i chociaż na teledysku uderzając się w pierś wygląda groźnie, to w rezultacie wychodzi to nieco komicznie. Konwencja Lonniego jako twardziela ujawnia się jednak tylko w kilku utworach, w większości więc "The Dreamer, The Believer" to stary dobry Common - spokojny, przemyślany i uduchowiony, chociaż w tym przypadku nieco wtórny i bez fajerwerków. Uznajmy, że kilka lat temu założył on (sweter, skojarz follow-up) taką a nie inną stylistykę i trzyma się jej, czego przykładem "Cloth", "Celebrate""Windows" czy nawet ten nieszczęśnie zaczynający się "The Dreamer". Tak jak pisałem wcześniej, kilka razy wspomaga go śpiewem No I.D. i raz John Legend i jest to doskonałe dopełnienie jego zwrotek.

"The Dreamer, The Believer" to świetny album zamykający niezły rok w rapie. Common mimo kilku wycieczek w inne klimaty, które uznamy za małą próbę dla fanów, pozostał raczej wierny starej stylistyce. Kroku dotrzymuje mu No I.D. (a nawet czasem wyprzedza), który sprawił że płytę można traktować po prostu jako doskonałą muzykę, nie zamykając jej w sztywnych ramach hip-hopu. Równocześnie odciągnął uwagę od wszystkich wad po stronie Commona i sprawił, że ten materiał to murowany kandydat na płytę roku, w każdej możliwej kategorii.   

środa, 7 grudnia 2011

Folklor II definitely with Banger Certificate [2011]


Mój tegoroczny Mikołaj nie przyjechał na saniach, tylko na nartach i nie z workiem prezentów, a z drugą częścią najlepszego polskiego filmu freeskiingowego. Szóstego dnia grudnia, o godzinie szóstej internetową premierą miało najnowsze dzieło Michała Całki pt. "Folklor II". Jaki to film i przede wszystkim - czy dorównuje ubiegłorocznej produkcji?

Trudno uciec od w/w pytania, bo przecież generalnie nic się nie zmienia - koncepcja zekranizowania zimy spędzonej w najpiękniejszych narciarsko zakątkach Austrii, Włoch "przybrudzonej" nieco miejskim klimatem Śląska została zachowana, ekipa z południa Polski ta sama, muzyka ciągle hip-hopowa i tylko z rodzimej sceny. Wreszcie ten sam szef, Michał "Tenczys" Całka (który już kombinuje coś nowego), ze swym unikalnym stylem, którego znakiem rozpoznawczym są niepowtarzalne kolorki, wszechobecne refleksy i moc dobrych ujęć. Na pierwszy (nawet na drugi) rzut oka nie widać specjalnej różnicy między dwoma filmami, ale czy to jest zaleta czy wada należy rozpatrywać indywidualnie - pochwalić za kontynuowania wcześniejszego dzieła i przyznać, że w tym temacie i tak już powiedzono wszystko, czy może narzekać na nudę.

Frunie Szczepan Karpiel!
Wybieram to pierwsze, bo każdym trickiem, każdym segmentem i każdym ujęciem "Folklor II" potwierdza swoją klasę. Nie uświadczysz tu nudnych i przydługich przejazdów, pseudo-lifestylowych i nic nie wnoszących pierdół których pełno na amatorskich filmach. Wszystko idealnie pocięte, w dobrych proporcjach zestawiony park ze streetem i nieco na uboczu widoczny przez chwilę freeride. Jest za to zgrana ekipa, niekłamana radość z odjechanego tricku, szczęście w oczach i irokez ala Colby West na głowie, a na deser tradycyjnie krew (chociaż dużo mniej niż w Jedynce u Bartka Sibigi) i gleby. Najlepszą moim zdaniem część zostawiono na sam koniec i jest to part wszechstronnego Marka Dońca, nakręcony przez Roadkill Productions i będący czymś w rodzaju bonusu. Z równą gracją skacze on z dachu burzonego już Dworca PKP w Katowicach, co sunie po puszku gdzieś w Austrii, by później szaleć na wallu. To jeden z tych narciarzy, którzy śmiało mogliby wystąpić w jakiejś grubszej amerykańskiej produkcji i na pewno nie odstawałby. W parku coraz to lepszymi ewolucjami popisują się na przemian mistrz kraju Szczepan Karpiel i Bartek Sibiga który ponownie sieka double, a w mieście rury i nie tylko katują Piotrowie Pinkas i Wojarski wespół z Marcinem Pośpiechem. W "Folklorze II" zagościli także m.in. Robert Szul, Rafał Ramatowski, niezniszczalny Grzegorz "Cerata" Orłowski i znajomi zza południowej granicy na czele z Natalią Slepecką i Mario Skalą. Do udanych trzeba zaliczyć tour po kilku polskich miastach - ekipa Folkloru odwiedziła KatowicachKrakowie, Zakopanem, Wrocławiu i Warszawie i nigdzie nie narzekano na frekwencję. To bardzo miły sygnał świadczący o rozwoju, chociaż ci bardziej konserwatywni freeskierzy zapewne nie jedno brzydkie słowo powiedzieliby o rychłej komercjalizacji tego sportu. 

Swoje zarzuty kieruję tylko w jednym kierunku i jest to nomen omen kolejna wspólna cecha obu produkcji. Ponownie kuleje nieco muzyka, z której przekonały mnie tylko utwory Sokoła i Marysi Starosty i Kamp!. Zdaję sobie jednak sprawę, że wybór najbardziej niestety rażących  w tym przypadku śląskich artystów na czele z G*ubsonem miał tu nieco patriotyczne zabarwienie, wynikające niejako z zamysłu produkcji Skromnego Południa, poza tym wiadomo - de gustibus non est disputandum.

Film premierę internetową miał TU - na stronie portalu freeskiingowego www.newschoolers.com. I to jest chyba najlepsze podsumowanie tego filmu, mówiący sam przez siebie znak jakości. Na dole oprócz filmu zamieszczam video relacja z premiery w Katowicach.

Folklor II The Movie from Michael Ten Calka on Vimeo.


TwoTip at the MS "Folklor II" premiere in Katowice from TwoTip on Vimeo.

czwartek, 24 listopada 2011

O kibolach i innych matołach

Jest sobota, kilka minut przed 20. Ze stadionu warszawskiej Legii wychodzi prawie 20-tysięczny tłum kibiców szczęśliwych po zwycięstwie z Lechią Gdańsk. Nie jest jednak wykluczone, że bardziej od kolejnych trzech punktów i kapitalnej bramki Wolskiego, fani Wojskowych zaprzątają sobie głowy tym, co stało się kilka godzin wcześniej w Sejmie. Rząd Donalda Tuska otrzymał wotum zaufania i będzie rządził przez najbliższe cztery lata. A to oznacza najprawdopodobniej kolejny etap "walki" z kibolami.

Staruch wznosi Puchar Polski
Dlaczego akurat o Legii wspominam? To właśnie od wtargnięcia kibiców warszawskiej drużyny na boisko w trakcie majowego finału Pucharu Polski w Bydgoszczy i awantury z sympatykami Kolejorza wszystko się zaczęło. Krótko po tym wydarzeniu zamknięte zostały obiekty Lecha Poznań i Legii, później fala zamykanych stadionów wylała się jak Polska długa i szeroka - krucjata antykibolska dotknęła także stadiony Śląska Wrocław, Zagłębia Lubin czy Widzewa Łódź. Na każde spotkanie T-Mobile Ekstraklasy, I oraz II ligi zabroniono wpuszczania kibiców gości do końca sezonu 2010/11. Represje dotknęły także poszczególnych kibiców, z których na medialną "gwiazdę" wyrósł Staruch - szef sympatyków ekipy z Łazienkowskiej. Ten sam, który miesiąc przed finałem PP w niecodzienny sposób próbował przemówić do rozsądku Jakubowi Rzeźniczakowi i ta sama osoba, której na stadionie Zawiszy być nie powinno. Zakaz stadionowi udało się obejść dzięki pomocy Policji, która załatwiła bilet Staruchowi. Z każdej praktycznie strony leciały gromy na Tuska, Platformę, rząd, Gazetę Wyborczą i TVN, a "kibole" z całej Polski pojednali się (przynajmniej teoretycznie) ku walce przeciwko w/w wrogom. Kwintesencją całej akcji stało się popularne hasło "Donald matole twój rząd obalą kibole", ale kibice prześcigali się w coraz to bardziej kreatywnych sposobach protestu - przykładem 'Alternatywy 4" Odry Opole, czy wycieczka Miedzi Legnica.

Nie o konflikcie jednak chciałem, lecz o filmie. "Kibol" to dokument Tadeusza Śmiarowskiego, stworzony pod patronatem prawicowo-konserwatywnego tygodnika "Gazeta Polska". Autor odwiedzał z kamerą stadiony klubów biorących udział w proteście przeciwko działaniom rządu, zbierał wypowiedzi zwykłych ludzi i od przedstawicieli służb mundurowych. W zamyśle miał wyjść film demaskujący hipokryzję rządu próbującego znaleźć zastępczy temat przykrywający prawdziwe problemy, przedstawiający prawdziwą sytuację na stadionach. Słowem - miał otworzyć oczy tym wszystkim, którzy mieli nadal wierzyć w propagandę mediów skupionych wokół PO, określających zagorzałych kibiców jako bandytów.

Miało wyjść rzetelnie, wyszło niestety odwrotnie. Stadiony w "Kibolu" jawią się widzom jako oazy spokoju, wszechobecnej miłości i zabawy. Jako miejsce, gdzie nic złego stać się nie może, a kibice to tylko uciśniona grupa normalnych ludzi. Sposób, w jakim próbowano za wszelką cenę wybielić kibiców jednocześnie oczerniając władzę i wszelkiego rodzaju służby porządkowe, nijak ma się do definicji dokumentu. Bardzo mądre i kojarzące się jak najbardziej pozytywnie fakty o m.in. akcjach charytatywnych, na których powinno się zbudować ten materiał, zostały przykryte bzdurnymi tłumaczeniami o wtargnięciu na murawę z powodu źle zorganizowanej ochrony. Rozmówców dobierano pod tezę, omijając zapewne świadomie tych, dla których była ta cała akcja rządu, czyli zwykłych kibiców z tymi przysłowiowymi "małymi dziećmi". Był potencjał na naprawdę mocny i przemawiający do społeczeństwa obraz, wyszło podobne gówno jakie wylewa się z niektórych publikacji Gazety Wyborczej - tylko, że trochę bardziej skierowane w prawą stronę. Propaganda przez duże P.

Donald Tusk jako kibic Lechii Gdańsk
Nie ma wątpliwości, że decyzja o zamykaniu całych stadionów była bardzo ostre. Użycie w tym przypadku odpowiedzialności zbiorowej dotknęło ludzi faktycznie odpowiedzialnych za złe zachowanie na obiektach, ale przede wszystkim spokojnych "pikników", którzy nie mają nic wspólnego z tamtymi. Nie była to ani dobra decyzja, ani zła - jednak zdecydowanie dająca do myślenia. Tak samo dążenie do stylu kibicowania znanego z zachodniej Europy aka słoneczniki i kiełbaska jest złym kierunkiem, jak i powrót do lat 90-tych i początku tego tysiąclecia. Nawet zakładając, że to zwykłe straszenie i nadużycie, to i tak obrazki z tamtych czasów są niezwykle plastyczne i zapadające w pamięć - nie chodzi mi tu wcale o wielkie racowiska, do których widoku mi tęskno.

Na koniec słowo o polityce. Z dystansu oglądałem całą tą szopkę, te hasła zapowiadające rychłe obalenia rządu "miłościwie nam panującego". Nawet przez moment jednak nie byłem w stanie uwierzyć, że cała akcja cokolwiek da - wychodząc z założenia, że owy ruch toczył się generalnie w rejonach około kibicowskich (nawet nie stadionowych, bo "pikniki" raczej dystansowali się od sprawy), trudno mi uwierzyć że z tej społeczności wywodziło się dużo wyborców PO. Wielkiej zmiany preferencji politycznej z tego powodu więc nie było, tak samo jak późniejszej zmiany na fotelu Prezesa Rady Ministrów.

I tym sposobem mamy starą bidę, z dwoma bandami podobnie głupimi i żałosnymi, kopiącymi się nawzajem i liżących się po jajach we własnym gronie. Never ending story, czyli wojna polsko-polska część nie-wiadomo-która-ale-napewno-nie-ostatnia vide Marsz Niepodległości.

wtorek, 15 listopada 2011

Okoliczny Element - Schody Donikąd [2011]


Jestem z Opola, jakie wnioski? - pyta Nin-Jah w piosence "Balsam Party" na pierwszym materiale Okolicznego Elementu pt. "Pierwsza Rozgrzewkowa". W kontekście rapu wnioski mogą być tylko takie - będzie luz w (podwójnych) rymach, masa żartów, follow-upów i wakacyjny klimat, z wiadrem na ziemi i piwem lub Balsamem w dłoni.  

Zacznijmy od tego, że wbrew pozorom i opinii o OE, to nie jest płyta dla każdego. Przynajmniej jeśli założymy, że słuchamy nie tylko dla samego faktu słuchania, ale znajdujemy przyjemność w wyłapywaniu wszelkiego rodzaju technicznych smaczków i zagadek serwowanych przez raperów. Nie zrozumiemy połowy linijek bez uprzedniego zapoznania się z kilkoma klasycznymi projektami, nazwijmy to około-Dinalowymi - Chuck D. Fresh, Da Mastaz, Potentat, Wiadroskład, wymienioną wcześniej "Pierwszą Rozgrzewkową", wreszcie dwie ponadczasowe płyty - "Kasetę Demonstracyjną" i "W Strefie Jarania i w Strefie Rymowania". Przyda się także znajomość topografii Opola, a już kwintesencją wczutki będzie chęć zrozumienia smutnej i wypełnionej naiwną (za koszami i zarzyganym boiskiem WSP) nostalgią okładki. Zresztą już dawno nie aktualnej i nie okej, bo obecny obraz tej miejscówki (bo te schody z okładki nie są donikąd) to elegancki Orlik, a kosze zerwane i tu dorysowane zostały zastąpione pięknym obiektem za grube pieniądze. Swoją drogą służącym chyba każdemu tylko nie, tradycyjnie wyśmiewanym i szykanowanym, s*udentom z Uni. 

Po przebrnięciu przez temat zagmatwanych linijek Mejdeja i Nin-Jah, słowo na temat podkładów. Te w większości wyprodukował oczywiście Mej, chociaż pod różnymi ksywkami. To chyba takie mrugnięcie okiem do fanów wielu stylów na jednym albumie w stylu "a może nie skojarzą?". Momentami jest ciężko jak "Miasto Wstaje", żeby kilka piosenek dalej wszedł bangier "Imprezy i Bzdury" (skojarz), a później reggaeująca oda do (g)andzi w "Drzewach Andzi". Z kolei najlepszymi na płycie "Koszami..." Urbek dał znać, że nadal jest w wysokiej formie, nawet mimo przeprowadzki do przebrzydłej stolicy i znikomego kontaktu z klimatem Oppeln.

Całkiem liczni goście nie zawiedli i zaprezentowali się na swym normalnym poziomie, może za wyjątkiem Lilu. Łodzianka swoimi zwrotkami zrobiła dużo świetnego w "Coś Dobrego Coś Złego", a wejście i flow w "Imprezy i Bzdury" zaprzecza tezie o słabości płci pięknej w hip-hopie (chyba, że to ta mityczna jedna jaskółka?). Wtóruje jej Reno, od tej pary nie odstaje Majkel, Hukos i szerzej nieznany Gruby EMS, z kolei Jareckiego tradycyjnie należałoby jedynie przemilczeć. Szufla, gościnnie występujący na poprzednim materiale, tu pojawia się już w roli oficjalnego członka OE i dodaje swymi charakterystycznym stylem nieco uśmiechu.

Okolicznemu udało się powtórzyć wszystko to, co ujęło ludzi w "Pierwszej Rozgrzewkowej" - nienudzące się wersy, mocne beaty, dobrze zbalansowany klimat między zadumą i zabawą. Smaczku dodają jeszcze liczne skity, wycięte z filmu "Hydrozagadka". Nie jest to nowy Dinal, ale nadal kwintesencja opolskiego stylu i nie wiem co jest takiego w tym mieście, ale nie byłoby polskiego rapu bez Opola i takich płyt, jak ta. Bo chyba dlatego jest nazywane stolicą polskiej piosenki, nie?

czwartek, 13 października 2011

Mayer Hawthorne - How Do You Do [2011]

Nie jest łatwo nagrać nową płytę na poziomie poprzedniej, wgniatającej w podłogę i wstrząsającej jednocześnie słuchaczy od Stanów przez Europę po Azję. Na tym zadaniu poległo wielu. A gdy w międzyczasie rezygnuje się ze współpracy z jedną z najlepszych wytwórni w tej branży, której było się niemal flagowym artystą, poziom trudności tej sztuki wzrasta do nieprawdopodobnego wręcz poziomu. Mayer wyzwanie podjął (nie miał wyjścia) i w żadnym wypadku nie poległ.

Doskonale pamiętam jakie wrażenie zrobiło na mnie "A Strange Arrangement" - lekkie, wpadające w ucho utwory umiliły mi nie jedną (i nawet nie dwie) chwile i mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że gdybym w roku 2009 wybierał płytę roku wielce prawdopodobne, że byłby nią właśnie ten album. Nie da się ukryć, że ogromnym plusem tej produkcji był efekt zaskoczenia - garstka osób w ogóle kojarzyła Mayera, a już zwłaszcza mało kto podejrzewał go o predyspozycje do soulu, inspirowanego największymi nazwiskami czarnej muzyki. I właśnie ten element najwyraźniej jawi się na korzyści debiutu, reszta generalnie pozostaje na takim samym wysokim poziomie.

Znowu mamy kawał dobrej muzyki o miłości, nierzadko z dowcipnymi tekstami, podanej na przyjemnych oldschoolowych podkładach. Mayer nie jest może wielkim śpiewakiem, ale brzmi bardzo poprawnie i nie odstrasza. Konwencja i klimat został zachowany, na płycie raczej nie ma gorszych momentów - najstraszniejszym jest chyba próba śpiewania podjęta przez Snoop Dogga w "Can't Stop", z trochę mroczniejszej części albumu. Przebojem w stylu tych z "A Strange Arrangement" może stać się "A Long Time", zabawny storytelling o dwóch mężczyznach z Motor Town, który jeszcze lepiej brzmi na podkładzie od Chromeo. Takich tupajnóżek na "How Do You Do" jest cała masa, na czele z zamykającym  płytę "No Strings", który w internecie pojawił się nieco wcześniej niż cała płyta, dodatkowo w wersji zremixowanej przez legendę hip-hopu DJ Jazzy Jeffa. Spokojnie powirować na parkiecie z piękną niewiastą można także przy "Finally Falling" czy "Hooked". Z kolei nieco zadumy, z chwytaniem się za rękę i czułymi spojrzeniami prosto w oczy, Mayer serwuje nam na sam początek - dobrze wyrecytowane "Get To Know You" wcale nie musi być jedynie wstępem do albumu jakiegoś białasa, może również posłużyć jako pierwszy krok w stronę jakiejś ciekawej relacji damsko-męskiej. Przy odrobinie szczęścia nie skończy się to tak jak w "Walk" (klip w stylu "Mr & Mrs Smith" na dole) i poczujemy to co główny bohater w "You Called Me".

Bo właśnie taka jest ta płyta - pełna emocji, tych przyjemnych i złych, ale mimo wszystko o miłości. O jej różnych aspektach, ale nie podanych w banalny i dosłowny sposób, raczej zabawnie i miło. Nie wiem czy kiedyś Mayera Hawthorna będziemy wymieniać jednym tchem z największymi tuzami czarnej muzyki. Pewny jestem za to, że były DJ Haircut to pewniak jakich mało oraz znak jakości w jednym i nawet jeśli miałbym czekać kolejne 2 lata na następny materiał to czasu nie zmarnuję - na zmianę będę katował "A Strange Arrangement" i "How Do You Do", bo Mayer ma się bardzo dobrze.    

PS Polecam również EP Hawthorna "Impressions", która za darmo można ściągnąć tu!



wtorek, 4 października 2011

Iron Man i Max D zwycięzcami Monster Jam we Wrocławiu

Monstrualne potwory po raz drugi nawiedziły Polskę. Wyposażone w silniki o mocy 1500 KM półciężarówki miażdżyły samochody, wykonywały kilkumetrowe skoki i stawały dęba. Show oglądało około 30 tysięcy ludzi i zapewne żadna z nich nie żałowała przybycia na wrocławski Stadion Miejski, nad którym jeszcze długo będzie unosił się zapach hektolitrów spalonego paliwa.

Do stolicy Dolnego Śląska zjechali najlepsi zawodnicy, na czele z Charlie Paukenem, zasiadającym w legendarnym Grave Diggerze. Walkę z nim podjęło 9 kierowców, w tym jedna kobieta – prowadząca Madusę Debra Micelli. Monstery rywalizowały w dwóch konkurencjach – wyścigu równoległym oraz we freestylu, najbardziej widowiskowej części zawodów. Najszybszy ze wszystkich bestii zasilanych metanolem okazał się Iron Man, prowadzony przez Lee O’Donnela. W finale zwyciężył on o włos z Grave Diggerem. Z opinią o słabości płci pięknej skutecznie walczyła za to Madusa, która w pokonanym polu pozostawiła m.in. Toma Meentsa z Maximum Destruction.

Max D porażkę odbił sobie w drugiej konkurencji, bo to właśnie on zgarnął nagrodę za zwycięstwo w szczególnie wyczekiwanym przez publiczność freestylu, nieznacznie pokonując Grave Diggera. Ikona tego sportu wyjątkowy przejazd zakończyła przed czasem, lądując po jednym ze skoków na dachu. Podobna sztuka "udała" się także dwóm innym truckom, a w przypadku El Toro Loco skutkowało to zgubieniem jednego z jego charakterystycznych rogów wystających z dachu szoferki. Freestyle oceniało znamienite jury w skład którego wchodził piłkarz Śląska Wrocław Przemysław Kaźmierczak, kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc oraz bokser Tomasz Adamek. Warto wspomnieć, że to właśnie z powodu walki „Górala” z Witalijem Kliczko, także odbywającej się na tym obiekcie, termin Monster Jam przesunął się niemal o miesiąc. Adamek na pewno miło będzie wspominał powrót do tego miejsca, bowiem został on przez publiczność przywitany równie gorąco jak główni bohaterowie dnia. 

Mimo, że same zawody Monsterów zaczynały się po godzinie 16, duża część kibiców pod stadionem zaczęła się pojawiać już kilka godzin wcześniej. Wszystko za sprawa Pit Party, integralnej części imprezy w trakcie której każdy mógł z bliska zobaczyć auta, zrobić sobie zdjęcie lub krótko porozmawiać z  kierowcami. Oprócz Monsterów na fanów czekali także inni uczestnicy wielkiego show których zaprosili organizatorzy i którzy prezentowali swoje umiejętności przed zawodami półciężarówek. Najbardziej widowiskowy okazał się pokaz FMX, ale podobnym aplauzem publiczność nagrodziła także polskiego rajdowca Andiego Mancina, który na płytę boiska wjechał najprawdziwszym samochodem NASCAR (co przypłacił złapaniem gumy) i zawodników wrocławskich klubów – futbolu amerykańskiego Giants i piłkarskiego Śląska. Ogromny hałas wywołał za to najzwyklejszy wózek golfowy, ale wyposażony w… silnik odrzutowy!

Oczywiście nie należy zapominać, że całą imprezę poprzedzało żmudne, zajmujące około tygodnia przygotowania – przy okazji zawodów na płytę boiska wysypuje się kilka tysięcy ton ziemi, do tego dochodzi ustawianie wraków samochodów czy zabezpieczenie miejsca kontenerami. Wrocławskie Monster Jam to w pełni profesjonalna impreza zorganizowana z iście amerykańskim rozmachem, show które od początku do końca trzymało w napięciu i wyzwalało ogromne podkłady adrenaliny. Można być pewnym, że zostanie ona bardzo długo w pamięci kibiców.





Tekst pochodzi z portalu www.freestyle.pl, któremu dziękuję za możliwość bycia na Monster Jam! 

środa, 21 września 2011

Rasmentalism - Hotel Trzygwiazdkowy [2011]

Ta płyta musiała się tu znaleźć. Nie tylko dlatego, że została wydana przez jedną z bardziej gorących i najczęściej komentowanych grup ostatnich lat w polskim rapie, w dodatku legitymującą się bardzo dobrze przyjętym debiutem. Przed premierą autorzy roztaczali dodatkowo wokół płyty istny mistycyzm i aurę wyjątkowości, zapowiadając niesamowity materiał. Na początku czerwca wszystko się posypało. Niech to szlag!

Oczekiwałem tej płyty z pozycji niemal psychofana. "Dobra Muzyka Ładne Życie", pierwszy materiał duetu, to pozycja znana każdemu, kto chociaż w średnim zakresie ogarnia polską scenę (a solo Rasa "rAsgrzewka" dla tych bardziej wczutych) - ujmuje dobrymi tekstami nieco leniwego Rasa, podanymi na nietuzinkowych podkładach Mentosa. Jest słonecznie przy okazji wycieczki do "Tichuany", sentymentalnie w "Witaj W Domu", jest koncertowy storytelling w postaci "Linii Ognia" i popis producencki czyli "Mentbit". Jest po prostu dobra muzyka podana na 14 różnych sposobów. W międzyczasie było jeszcze collabo z W.E.N.Ą. "Duże Rzeczy", które, mimo że całkiem dobre, to okazało się małym zawodem. Teraz wiem, że był to zwiastun spadku formy pary ze wschodu Polski.

Co konkretnie zarzucić można temu materiałowi? Momentami zbyt duże kombinowanie Mentosa z podkładami, niebezpiecznie zahaczające o kakofonię niedbałe zbitki dźwięków, niezbyt pasujące zmiany tempa i nużące przeciąganie jednego sampla - najlepszym (najgorszym?) przykładem "Bawisz Siebie". Tanim chwytem była wstawka z księdzem Natankiem w "Nie Ma Boga W Lustrach" i nie ukrywam, że popsuło mi to ogólną ocenę dobrego skadinąd kawałka. Z kolei Ras nie brzmi już tak świeżo jak na "Dobrej Muzyce...", chociaż ciągle jest to jeden z lepszych MC's w Polsce. Mało jest wbijających się w pamięć linijek, jest po prostu poprawnie.
 
Nie mówmy już o problemach, załóżmy że ich nie ma i wypunktujmy plusy. "Hotel..." zaczyna się najlepiej jak może - intro "Wdech, Wydech" cieszy nie-leniwym Rasem, pianino Menta przyjemnie gra w tle, a przy refrenie pojawia się Eugen Scott, którego usłyszeć można jeszcze przy okazji "Kilkaset Kul Od Domu". Ten kawałek oraz dwie wersje "Delorean" opisywałem już wcześniej na blogu i jak najbardziej podtrzymuję to co wtedy napisałem. Fajną historię (ESKAPISTYCZNĄ, witam cię inteligent), choć prostą, Ras zbudował w "Nadgodzinach" razem z Jotem. Gościnnie występują dobry kumpel W.E.N.A. i nowy bożek polskiego rapu Małpa w "Jestem Sam", do którego beat wyszedł Mentosowi moim zdaniem gorzej od piosenki o takim samym tytule na "Dalekich Zbliżeniach". Tekściarsko najlepsze na tej płycie "Sny Made In Poland" spokojnie mogłyby zostać nieoficjalnym manifestem młodych-wykształconych, podobnie jak hymnem Polski B "Wpadaj Na Wschód", po którym dzieła zniszczenia dopełnia energiczne "Rady Młodego Majkela" z Reno. Nie sposób zapomnieć jeszcze o emocjonalnym "W Pełnym Słońcu Grudnia", który jak na złość trwa nieco ponad dwie minuty, a jest jednym z mocniejszych momentów na "Hotelu Trzygwiazdkowym". Cieszy również fakt, że mimo nielegalnego charakteru produkt jest w pełni profesjonalny - od wydania fizycznego płyty zaczynając, przez klip (choć z W.E.N.Ą. były lepsze) po promocję i trasę koncertową. Powoli zaciera się granica między legalnymi wydawnictwami, a nielegalami tłoczonymi własnym sumptem - jak muzycy sami przyznali w wywiadzie dla cgm.pl różnicą jest co najwyżej brak albumu na półkach w empiku. 

Trudno mi jednoznacznie ocenić tę płytę, bo z jednej strony jest to bardzo solidny materiał, podany w miłej formie, ale mimo wszystko oczekiwałem czegoś więcej. Beaty są dobre, ale momentami nudne i przekombinowane, teksty poprawne, ale jakby gdzieś już zasłyszane (i niech Ras nie robi ciągle "ooouuu", proszę). Z chęcią usłyszałbym ich osobno i nie mogę się doczekać producenckiej płyty Menta i solo Rasa na podkładach innych beatmakerów, np. Qćka, bo luźny track "Thomas Edison" zjada cały "Hotel Trzygwiazdkowy".

Niestety, jest to kolejna płyta w tym roku trafiająca do szuflady z napisem "lekki zawód". Podobnie jak Okoliczny Element i W.E.N.A. także Rasmentalism nie potrafił przebić debiutu. On był unikalny i wyjątkowy, stworzony do ciągłego odtwarzania, a nie po prostu dobry. No, taki akurat na trzy gwiazdki, jak hotel...

środa, 10 sierpnia 2011

Future Folk aka powrót Staszka Karpiela-Bułecki


Pod koniec maja Gooral na swojej stronie internetowej poinformował o tym, że Staszek Karpiel nie jest już w stałej ekipie koncertowej zespołu. Nie oznaczało to wcale rezygnacji Staszka ze śpiewania - Zakopiańczyk wraca teraz na muzyczne salony z pierwszym singlem zespołu Future Folk pt. "Janko".

Utwór łudząco podobny jest do tego, co mogliśmy usłyszeć na "Ethno Elektro" Goorala - charakterystyczny głos wokalisty, ludowe (bądź na wzór ludowy) teksty i elektryczne podkłady wzbogacone o skrzypce. To wszystko doskonale sprzedało się przy przebojach z "Ethno Elektro", ale czy uda się powtórzyć Staszkowi bez pomocy Mateusza Górnego, mózgu Goorala?

Mimo, że wydaje się że Karpiel nie posiada takiej charyzmy jak jego były kolega z zespołu i nie pojawia się z takim muzycznym przytupem jakim była "Karczmareczka", to jego szanse na sukces wyglądają na całkiem spore. Wszystko przez karierę w mediach, jaką powoli zaczyna robić jeden z najlepszych polskich freeskierów. Zaczęło się startem w polskiej (beznadziejnej swoją drogą) edycji Wipeout, później były występy w takich programach jak m.in Dzień Dobry TVN. Plotkarska prasa kobieca umieściła Karpiela na pierwszym miejscu rankingu najseksowniejszych górali, a pudelek rozpisuje się o jego przyszłym (?) występie w Tańcu z Gwiazdami. Media uległy urokowi Zakopiańczyka i w tym upatrywałbym jego rychłą karierę, nie tylko muzyczną.

Wracając jeszcze do clou wpisu, czyli do samej piosenki "Janko", nagranej w współpracy z Szymonem Chyc-Magdzinem (skrzypce + wokal) i producentem Mattem Kowalsky - dobrze wydana muzycznie, z fajnym refrenem i dubstepowymi wstawkami ma sporą szansę na stanie się "Karczmareczką" numer 2 i zabawiać młodzież od Podhala po Hel. A już na pewno będzie hitem wszystkich beforów, afterów wszelkiej maści zawodów w nadchodzącej zimie. Ja również nie mam zamiaru rozstawiać się z nią przez najbliższy czas, bo propsuję wszystko co skoczne i elektryczno-góralskie. Czekamy na teledysk, który ukazać ma się być może jeszcze w sierpniu, wio! 

czwartek, 21 lipca 2011

Theophilus London - Timez Are Weird These Days [2011]

Last name London, the first name Theophilus - warto zapamiętać te słowa, bo być może takim refrenem otwierać będzie się najlepsza płyta roku 2011. A już z pewnością jedna z najświeższych.

Przed wydaniem "TAWTD" London na koncie miał kilka mixtapeów, bardzo dobrze przyjętych przez słuchaczy i EP-kę zatytułowaną "Lovers Holiday". W nagraniu tego materiału palce maczali tacy artyści jak m.in. Sara Quinn (Tegan and Sara), czy Derek Sitek (TV on the Radio), a promował go przyjemny singiel "Flying Overseas" z Solange Knowles. Fakt zainteresowania się Londonem przez tak znane osoby wskazuje, że mamy do czynienia z artystą nietuzinkowym. Sprawdzanie czegokolwiek sygnowanego nazwiskiem urodzonego w Trynidadzie i wychowanego na nowojorskim Brooklynie muzyka tylko utwierdzi nas w tym przekonaniu. Jego kawałki to świetne połączenie elektroniki, rocka, lat 80-tych i czarnej muzyki, dodatkowo okraszone naprawdę dobrze zaśpiewanymi i wpadającymi w ucho refrenami. Porównania na tym polu z Kid Cudim jest jak najbardziej na miejscu, z tym że London robi to poziom lepiej, bo to zdolniacha jakich mało.

Już na otwarcie dostajemy solidną próbkę możliwości muzyka - "Last Name London" (na dole) to przedsionek płyty, udana próba przedstawienia swej osoby w bardzo mocny i zapadający w pamięci sposób, bo London jest tu chyba najbardziej agresywny w rapowaniu. Później "Love Is Real" z gościem w osobie Holly Mirandy, która wespół z gospodarzem brzmiącym jak Modern Talking śpiewa przyjemny refren. To właśnie one, obok podkładów, zachwycają chyba najbardziej - przy "All Around The World""Stand Alone" trudno usiedzieć w miejscu, "Why Even Try" jest trochę jak tradycyjny wyciskacz łez, fajnie się słucha miłosnego "One Last Time". Utwór "Stop It" przypomina mi trochę coś od Dizzee Rascala. Do płyty nagrano kilka dobrych klipów, w większości bardzo klimatycznych i oddających to co znajdziemy na albumie.

W rezultacie dostajemy coś w rodzaju hip-hopowego Princea albo lepszą wersję Kid Cudiego, z którym Theophilus nie uniknie porównań nawet jeśli chodzi o styl ubioru (patrz okładka) - nie bez powodu ma swego bloga na hypebeast, bo wygląda jak Jezus hype i król hipsterów w jednym, żywcem przeniesiony z brooklyńskich ulic z czasów początku kultury hip-hopowej. Rapowi puryści będą pewnie lekko zawiedzeni, bo jeśli ktoś szuka tradycyjnych podkładów, bębnów i skreczy to nie ten adres. Z kolei zadowoleni będą fani opanowującej ostatnio rap elektroniki i szukający czegoś nowego i zarazem starego, czerpiącego garściami z dorobku poprzednich dekad. Jednym słowem Theophilus London, to obecnie najświeższe spojrzenie wstecz na rapowym rynku i murowany kandydat do TOPileśtam w kategorii "zagraniczna płyta hip-hopowa roku". 

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Kilka cm nad [2011]

Lubię oglądać filmy deskorolkowe, lubię podróże, lubię mój region. Całkiem zgrabne połączenie tych elementów to film "Kilka cm nad.", autorstwa młodego bielszczanina Piotra Graffa.

Z tego co udało mi się dowiedzieć film powstał w ramach zajęć Piotra, studenta drugiego roku Edukacji Artystycznej w Instytucie Sztuki Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Jest to kilkunastominutowa wycieczka po Cieszynie i Českým Těšínie z wykorzystaniem deskorolki, przedstawienie zabytków, charakterystycznych miejsc w miastach przedzielonych od siebie rzeką Olzą. W tle przygrywa muzyka m.in. nieżyjącego już japońskiego muzyka Nujabesa i naszego polskiego O.S.T.R. (znak domu). Wszystko jest przyjemnie zmontowane i zadowoleni powinni być zarówno fani deskorolki, jak i podróżnicy-amatorzy. Całkiem ciekawa alternatywa dla różnego rodzaju przewodników, chętnie obejrzałbym takie klipy dotyczące innych miast - do głowy przychodzą mi teraz jedynie podobne "Silesia Cruzin" albo teledysk do "I Left My Heart In San Francisco" Mayera Hawthorne'a. Poza tym przypomniało mi to o moim filmie, który rok temu dawałem na zaliczenie z pewnego przedmiotu - historia opowiedziana za pomocą klocków Lego o silnym zabarwieniu rasistowskim (problem społeczny) była jednak gorzej wykonana i mniej dynamiczna, ale oceniona na 5.

Warto mieć na uwadze Cieszyn, bo jak na tak małe miasto sporo się dzieje - kiedyś Era Nowe Horyzonty albo Działking będący nieoficjalnym początkiem sezonu snow w Polsce, teraz np. Freestyle City Festival. Są to imprezy całkiem sporego kalibru (szczególnie Era, która od kilku lat odbywa się jednak we Wrocławiu), skierowane do młodych i aktywnych ludzi. Duża piątka dla Cieszyna i oczywiście Piotrka, z którym swoją drogą chodziłem do równoległej klasy w SP nr 6!


Kilka cm nad przez farmazone