Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usa. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 lipca 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #15: JMSN - †Priscilla†

Jeśli wierzyć w moc wirtualnych fanów, JMSN to nic nie znaczący muzyk z Detroit - ledwie 20 tysięcy fanów na fejsie to śmiech na sali, polskie raperzyny mają ich kilka razy więcej, nie mówiąc o ich kolegach zza oceanu.  Nie wiem za bardzo z czego to wynika, bo jego debiut "†Priscilla†" w swej konwencji depresyjnego r'n'b jest doskonały i The Weeknd może czuć oddech na plecach. Czuć tu emocje, nieszczęście, nostalgię smutek, rozpacz tak dosłowną, że Cruz spokojnie mógłby użyczyć swojego magicznego "krawata". Jak to zwykle bywa poszło o kobietę, wokół której zbudowany jest album (w całości napisany i wyprodukowany przez autora) - wielopoziomowy muzyczny majstersztyk okraszony dobrym głosem Christiana Berishaja. To może wyświechtany frazes, ale płyta zdaje się być przemyślana od początku do końca, jest spójną całością i naprawdę ciężko cokolwiek jej zarzucić na dobrą sprawę, bo wszystko tu współgra doskonale. Sam Berishaj ma jednak jedną rysę na życiorysie, ale o tym później, która jednak wielkiego wpływu na jego postrzeganie mieć nie powinna.

Zdecydowałem się na inny niż zwykle sposób przedstawienia płyty. Ten krótki opis na górze ma wprowadzić w klimat płyty i niejako przestrzec przed tym, co ukazują teledyski do niej - równie dobre, co skandaliczne i szokujące, ale tak samo ważne i godne uwagi, jak sama płyta. Bo jeśli ktoś umie robić klipy, to jest to JMSN.

1. Hotel


JMSN - Hotel from JMSN on Vimeo.


Klipy są ustawione chronologicznie według ukazywania się więc na początek "Hotel". Na dobrą sprawę jest to dość łagodny teledysk, raczej nic szczególnie szokującego w nim nie ma, ot półnagie tarzanie się w wodzie, ciemny wór z zagadkową zawartością i JMSN z kobietą. To jeszcze nie to.

2. Alone


ALONE - JMSN from JMSN on Vimeo.


Tu podobnie, z tym zastrzeżeniem, że worek z nieokreśloną zawartością zastępuje broń i wody mniej, kobieta też inna. Koniec teledysku już poddaje pod wątpliwość kondycję psychiczną Christiana, ale nadal dużo więcej rzeczy sobie wyobrażamy i dopowiadamy, niż widzimy naprawdę.

3. Something


JMSN - Something from JMSN on Vimeo.


Prawdziwa zabawa zaczyna się przy "Something". Pozornie niezrozumiały klip, z kobietą w wannie pływającą z rybami, chłopcem pod krzyżem z cieknącą z ust krwią czy JMSN, który gniecie i wpycha sobie do buzi ośmiornice, a później podtapia kobietę w wannie. Sam autor wyjaśnił każdy z tych elementów na swoim blogu i z tego opisu dowiadujemy się np. że chłopiec jest "złowrogą stroną jego samego chcącą poddać się młodzieńczym pragnieniom", ośmiornica "czymś wewnątrz jego, co nie chce odejść", a podtapianie "chrztem". Całość można przeczytać w tym miejscu. Bije pokłony, bo ten teledysk jest nie tylko dobrze nakręcony i mamy w nim ładne (artysta, nie zrozumiesz) obrazki (prócz ośmiornicy rzecz jasna, CO JEST OBRZYDLIWE), ale mnogość metafor i odniesień powala, sens ma nawet taki błahy element jak kolor wody w wannie pod którą znikają ryby.

4. Jameson


JMSN - Jameson from JMSN on Vimeo.


W tym teledysku również roi się od ukrytej symboliki, ponownie też JMSN sam wyjaśnia ich sens tu. Najważniejszą rolę odgrywa tu dziecko, będące reprezentacją "niewinnego chłopca wewnątrz" podmiotu lirycznego. Uwagę zwraca też nawiązanie do scen z filmu Larsa Von Triera "Antychryst" - butelka strącona nogą, sceny seksu czy dziecko (chociaż ich losy się nieco różnią). Warto jeszcze powiedzieć, że teledysk jest połączeniem dwóch pierwszych utworów na płycie - intra "Choices" i właśnie "Jameson".

5. Lights


JMSN - "Lights" Part: 1 †Priscilla† from JMSN on Vimeo.


"Lights" to pierwsza część video trylogii "†Priscilla†". Ciężko na dobrą sprawę wyjaśnić co się tam dzieje (tym razem brak legendy ze strony autora), co oczywiście wzmaga oczekiwanie na kolejne części. Jak na razie mamy płaczącego muzyka w kalesonach, który w strugach deszczu zakopuje trupa. Co to za trup i skąd się wziął nie wiadomo - dowiadujemy się w późniejszych częściach.

6. Somewhere


JMSN - "Somewhere" Part: II †Priscilla† from JMSN on Vimeo.


Wracamy się trochę w czasie w stosunku do "Lights", ale ciągle nie dowiadujemy się niczego o zmarłej kobiecie. Mamy za to Jamesona tańczącego w kalesonach (?) obok nieboszczyka.

7. Let U Go


JMSN - "Let U Go" Part III †Priscilla† from JMSN on Vimeo.


Na sam koniec idzie "Let U Go" - dowiemy się w końcu skąd wzięła się dziewczyna i w jakich okolicznościach została porwana, a przygotować się należy na krew i brutalność. Co do samej piosenki, to o ile dwie pierwsze części były krótkie i zawierały minimum treści, tak to jest już utworem w pełnym tego słowa znaczeniu.

Morał z trylogii płynie następujący - nie zabijajmy swych partnerek, bo nawet jeśli na początku przyjdzie radość, to najpewniej później (przy zakopywaniu) i tak pożałujemy. Dodatkowo często występuje również motyw krzyża, jednak najczęściej nie jest pokazany dosłownie - w "Let U Go" stoi on przy ścianie i mignie dosłownie przez ułamek sekundy, a w innym klipie znajdziemy go na szyi JMSN.

8. When She Turns 18


When She Turns 18 - Christian TV from Christian TV on Vimeo.


Przyszedł czas na wyżej wspomnianą niespodziankę. Oto widzimy Christiana Berishaja we wcześniejszym stadium jako Christian TV, zafascynowanego tandetnym popem, lipnymi teledyskami i śpiewającego o osiemnastce jakiejś dziewczyny. I to nie jest jakiś wyjęty zza szafy, zakurzony i stary teledysk - ma on ledwie dwa lata. Tak właśnie, jeszcze dwa czy trzy lata temu ten sam JMSN, który bez cienia przesady wydał jeden z lepszych, jak nie najlepszy, album 2012 i serwuje nam emocjonalną i dopracowaną pod każdym względem muzyczną bombę, pojechał w trasę z Backstreet Boys (!) i występował w programach typu You Can Dance. Co ciekawe, przy produkcji jego albumu "Diary of an 80's Baby" (co za głupi tytuł) maczał palce No I.D., czyli ten sam, który stoi za projektem Cocaine 80's, a teledysk wyreżyserowała ta sama ekipa, co z czasów JMSN.

Jeszcze pod jego starym pseudonimem ukazał się teledysk do "Girl I Used To Know", który to utwór znalazł się na "†Priscilli†". Mimo że video nie różni się specjalnie od większości klipów w podobnej tematyce, to i tak widać spory progres w porównaniu do "When She Turns 18".

 

Można się spierać co do wiarygodności Christiana Berishaja, bo nie da się ukryć, że zmianę przeszedł wielką. Nie ma jednak wątpliwości, że wybrał dobrą drogę - pytanie tylko czy wytrzyma tempo, bo jego największy konkurent The Weeknd potrafił wydać na podobnym, wysokim poziomie trzy EP-ki, a JMSN ma na koncie ledwie jedna płytę. Niemniej jednak dziękujemy Priscilli - za to, że miał się kim inspirować.

Kilka innych materiałów (inne utwory albo remixy) można znaleźć na na profilu Christiana TV na youtube. Ilość wyświetleń pokazuje, że również pod tym pseudonimem Berishaj nie był specjalnie znany. Cała "†Priscilla†" dostępna jest na soundcloud.

wtorek, 6 marca 2012

Lana Del Rey - Born To Die [2012]

Żyjemy w czasach w których za jakimkolwiek sukcesem jednostki nie stoi tylko ona sama, ale także sztab ludzi odpowiedzialnych za promocję, reklamę, marketing, czy PR. Najlepszym tego przykładem jest Lana Del Rey - postać praktycznie od podstaw stworzona dla sukcesu i zarabiania pieniędzy, będąca jednocześnie także przykładem jakie negatywne skutki można w ten sposób odnieść.

"Born To Die" jeszcze przed premierą był okrzyknięty najlepszym albumem 2012 roku. Imponujące liczby wyświetleń singli i okupywane czołówki list przebojów mówiły same za siebie. Wtedy jednak stało się coś, co nigdy wcześniej (chyba?) nie miało precedensu - wielka mistyfikacja, jakiej dopuściła się artystka i jej ludzie wyszła na jaw. Śmiało można powiedzieć, że Lanę zabiła ta sama broń, którą sama umiejętnie wojowała, bo to dzięki internetowi w ogóle pojawiła się ona w świadomości słuchaczy i ten sam internet ją zniszczył.

Po Elizabeth Grant przejechano się z każdej strony, zaczynając od najbardziej rzucających się w oczy sztucznie wyglądających ust, kończąc na zarzutach jakoby za całą jej karierą stał bogaty tatuś. Upadła idealnie wpasowująca się w amerykańską mentalność wielka historia prostej dziewczyny wciąż mieszkającej w przyczepie z rodzicami. Ponadto okazało się, że "Born To Die" to nie jest wcale debiut 26-latki, a jej pierwszy album światło dzienne ujrzał w 2010 roku. Zatytułowana "Kill Kill" i sygnowana pseudonimem Lizzy Grant płyta okazała się kompletną klapą, nawet mimo dostępności na iTunes. Dziś próżno szukać jej w sieci, bo jest sukcesywnie kasowana - ja przezornie zdarłem ją jeszcze przed premierą "Born To Die" i wcale nie dziwię się, że przeszła bez echa. Oliwy do ognia dolał jeszcze występ wokalistki w jednym z najważniejszych programów telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych "Saturday Night Live", gdzie Lana zaprezentowała się dosłownie fatalnie i jej śpiew przypominał raczej to. Nie dziwię się wszystkim tym, którzy poczuli się zdegustowani całą szopką związana z Grant, bo oszukiwano praktycznie w każdej możliwej kwestii, a artystka jak miała okazję obronić się występem na żywo to spiepszyła ją jak Daniel Sikorski kolejną setkę.

Lana w wersji z cienkimi ustami
Szkoda tylko, że to zamieszanie odwróciło nieco uwagę od "Born To Die", a jest to naprawdę dobry materiał. Zostawiając na boku znane wcześniej single "Born To Die", "Video Games" i "Blue Jeans", jest tam jeszcze kilka piosenek trzymających ich poziom. Teksty nie są tak głupie jak mogłoby się wydawać, głos Lany brzmi naprawdę dobrze, w szczególności w refrenach, a sama muzyka jest momentami doskonała. Nie ma tzw. zapychaczy i całą płytę można spokojnie wziąć na raz, chociaż zdarzają się banalne i na wskroś pod publiczkę hity takie jak np. "National Anthem" czy dziwnie rapowana momentami "Lolita". Całość naprawdę zapada w pamięci i przykuwa uwagę. Nie rozumiem tylko zabiegu z umieszczeniem wszystkich asów na samym początku, co powodu że drugą część płyty jest po prostu słabsza i po szybkim punkcie kulminacyjnym wraz z dalszym ciągiem "Born To Die" zachwyt nieco maleje.

Jeszcze jakiś czas temu wszyscy myśleli, że objawiła się nowa gwiazda muzyki. Wpisująca się idealnie w dzisiejsze gusta retro wokalistka ze świetnym głosem, w dodatku z chwytającym za serce życiorysem i niezłym wyglądem nie mogła nie odnieść sukcesu. Szczyty zdobyła, to jasne, ale sposób w jaki to zrobiła pozostawia wiele do życzenia i skłania nawet do refleksji nad tym ile jest tak naprawdę autentyczności w otaczającym nas świecie. Nie zmieni to jednak faktu, że "Born To Die" to bardzo dobry i wyróżniający się materiał i często dostaje niesłusznie po głowie tylko dlatego, że internauci w pewnym momencie okazali się bardziej chytrzy od speców od marketingu.

niedziela, 15 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #14: Zagranica 2011 vol. 2

Dobra, to już ostatnia część serialu pod tytułem "Płyty 2011". Następny post będzie już wyborem tych najlepszych albumów, więc stay tuned.

1. Kendrick Lamar - Section.80



Lamar dowodzi, że owiane złą sławą Compton to nie tylko kolebka gangsta rapu i muzyczne skoncentrowanie się na porachunkach gangów, przemocy, narkotykach, ciemnych interesach i złych kobietach. Mimo to na "Section.80" znajdziemy tematy bliskie ulicy, podane jednak w mniej banalny sposób - o zgubnym wpływie dragów przestrzega siostrę w "Keisha's Song", kobiety docenia za naturalne piękno bez makijażu w "No Make-Up", a o trudnym życiu w dzielnicach biedy wspomina w "Ronald Reagan Era" wyprodukowanym przez RZA. Tekstowo jest więc bardzo dobrze, kroku dotrzymują także bardzo dobre podkłady, ale niektórych może irytować głos K-Dot. "Section.80" to płyta kompletna, ciekawe tylko jaką drogą pójdzie teraz ta 24-letnia nadzieja Zachodniego Wybrzeża, bo jak na razie kusi go mainstream na czele z Aftermath.

2. Looptroop Rockers - Professional Dreamers



Po kilkuletniej przerwie do Looptroop wrócił Cosmic i zespołowi wyszło to zdecydowanie na lepsze. Po umiarkowanym entuzjazmie związanym z "Good Things" w końcu dostałem to, czego oczekuję od Szwedów i bardziej czuć tu klasyczne stare albumy, niż nowoczesny poprzedni krążek. Świetne kompozycje Embee, niezłe single i teksty, które pokazują, że Looptroop nie można rozpatrywać jedynie w kategorii zespołu muzycznego - przykładem mocno zaangażowane politycznie "On Repeat", czy piękny tytułowy kawałek. Z ust psychofana nie zabrzmi to być może zbyt wiarygodnie, ale Promoe i koledzy to najlepszy zespół rapowy ze Starego Kontynentu i jak ktoś ma wątpliwości to wystarczy przesłuchać "Professional Dreamers".

3. Miles Kane - Colour Of The Trap



Pewnie nigdy bym nie sięgnął po tę płytę, gdyby nie klip zapowiadający jesienną ramówkę TVN, lecący przy okazji każdego bloku reklamowego. Stacja ta ma w zwyczaju bardzo udanie dobierać muzykę do owych zapowiedzi czekającego widzów sezonu i akurat w przypadku jesieni wybór padł na "Come Closer". Po krótkim researchu okazało się, że autorem kawałka jest Miles Kane, czyli wokalista The Rascals i połówka The Last Shadow Puppets, w dodatku o wyglądzie młodego Paula Mc Cartneya. Bardzo fajna to piosenka, a podobnych znajdzie się na "Colour Of The Trap" jeszcze przynajmniej kilka. Wielbicieli jego muzyki spodoba się zapewne nieoficjalna wiadomość, że Kane razem z Alexem Turnerem z Arctic Monkeys działają coś w kierunku drugiego albumu The Last Shadow Puppets.

4. Onra - Chinoiseries Pt. 2



Jak sama nazwa płyty wskazuje jest to kontynuacja projektu Onry z 2007 pod wiele mówiącym tytułem "Chinoiseries". Pomysł Francuza polega na przybliżeniu słuchaczom azjatyckich dźwięków (skąd pochodzi rodzina Bernarda) za pomocą wyszukanych w tamtejszych antykwariatach i nie tylko starych płyt winylowych, pocięciu ich i dodaniu kilku efekcików. Wszystko niby się udało, ale mimo to lepiej słucha mi się pierwszej części. Ta wydaje się nieco ciężka, długa, bez jakichś szczególnie przyciągających uwagę momentów. Słowem - bardzo poprawna i tyle, ale warta chociażby jednego odsłuchania ze względu na tematykę.

5. SBTRKT - SBTRKT



Kolejny debiutancki krążek na tej liście. SBTRKT to taki post-dubstepowy producent z Anglii, umiejętnie kojarzący ze sobą wiele gatunków i windujący muzykę taneczną na wyższy poziom niż cała masa idiotycznych papek znanych z klubów, czy muzycznych stacji telewizyjnych. Już singiel "Pharaohs" zwiastuje, że mamy do czynienia z czymś ponadprzeciętnym i uniwersalnym. Nie wiadomo jak potoczy się dalej kariera Aarona Jerome, ale podąża on dobrą drogą, bo takiej muzyki właśnie chcę sobie słuchać w aucie lub do śniadania. Kawał dobrej roboty.

6. Selah Sue - Selah Sue



Selah Sue to casus podobny do opisywanego nieco wyżej Milesa Kanea - piosenka z reklamy, w dodatku bardzo często granej, wkręca się niemiłosiernie i sięgasz po całość, a ta okazuje się być tak samo dobra. Album jest zróżnicowany i przyjemnie się go słucha, a poza znanym każdemu singlem poleciłbym czym prędzej zapoznanie się z np. "Raggamuffin" i "Black Part Love". Selah Sue wygląda i śpiewa trochę jak Amy Winehouse, ale liczę, że nie pójdzie jej drogą i zaskarbi sobie publiczność czymś więcej niż kilkoma piosenkami i jednym pogrzebem.

7. Stalley - Lincoln Way Nights



Stalley to młody stażem kot z Ohio, były koszykarz i posiadacz imponującej brody. "Lincoln Way Nights" to jedna z tych płyt, które przyjemnie się słucha i ma w sobie kilka perełek, za to jakoś specjalnie za nią nie tęsknisz jak się skończy. Kolejna solidna pozycja na tej liście, ale bez wielkich fajerwerków. Dodatkowo można ją legalnie ściągnąć z neta, bo to mixtape jest, ale doczekał się też fizycznego wydania w Maybach Music Group Rick Rossa.

8. The Roots - Undun



"Undun" to tak naprawdę historia młodego przestępcy Redforda Stevensena. Opowiedziana od tyłu, wieloma głosami, przy akompaniamencie najlepszej w poprzednim roku muzyki w kategorii hip-hop. Cała ta masa ludzi zaangażowana w produkcję tej płyty odwaliła cholernie dobrą robotę, serwując fanom istne mistrzostwo na każdej płaszczyźnie. Mało jest nawet grup, które trwają razem nieprzerwanie przez tyle lat, a wskaż mi takie, co nie osiadły na laurach i z każdym nowym albumem rozwalają świat. Pozycja obowiązkowa, jestem pewny że będzie to klasyk gatunku.

9. The Weeknd - House of Balloons/Thursday/Echoes of Silence



Gdzieś przeczytałem, że The Weeknd razem z Frankiem Oceanem zbawią muzykę R&B. Nie miałbym nic przeciwko, żeby ten gatunek szedł w tym kierunku, byłbym też wdzięczny gdyby takie darmowe mixtapy częściej wychodziły na światło dzienne. Zwrócić uwagę należy również na płodność Abela Tesfaye, bo wszystkie trzy EP wydał w tym samym roku, która idzie w parze z jakością. Ciężko tu wyróżnić jedną najlepszą płytkę, lepiej rozpatrywać The Weeknd jako nadzieję na lepsze jutro.

10. Those Dancing Days - Daydreams And Nightmare



Przyjemna płyta grupy gówniar ze Szwecji, indie pop z rockowym zacięciem i idealny materiał na soundtrack do H&M i innych świątyń dla nastolatków. Nie przeszkadza mi to jednak w małym zachwycie nad tym krążkiem - po debiucie polubiłem Those Dancing Days i nie widzę powodu dla którego miałbym przestać po "Daydreams And Nightmare". Może to trochę infantylna i wybitnie damska płyta, ale coż z tego skoro cieszy ucho na podobnym poziomie jak "In Our Space Hero Suits" z 2008. Aż dziwne, że ich popularność w Polsce jest odwrotnie proporcjonalna do ilości fanów sztucznych tworów typu Honorata Skarbek. Łakomy kąsek dla wannabe-hipsterów w wieku nastu lat.

11. Toro Y Moi - Underneath The Pine



Miałem problem z wyborem klipu, bo kilka ich Toro nagrał na potrzeby promocji tej płyty. Wybór ostatecznie padł na "Still Sound", bo na nim Chaz wygląda tak, jaka jest ta płyta - sympatycznie, przyjemnie, radośnie. Słucha jej się z wielką przyjemnością i to nie tylko zasługa wokalisty - muzyka stoi w rozkroku między bujającym funkiem, a elektronicznym popem. We wrześniu Toro Y Moi wydał jeszcze krótką EP "Freaking Out", gdzie na warsztat bierze m.in. "Saturday Love" Cherrelle, ale także kilka innych klasycznych utworów z lat minionych. Chazwick Bundick na prezydenta!

12. Tyler, The Creator - Goblin



"Tyler to istny fenomen" - pomyślałem, gdy jego płyta wydała ostatnie brzmienie. Nie z powodu wybitnego poziomu "Goblina", tylko z niezrozumienia szumu wokół niego. To znaczy rozgłos rozumiem, bo trudno przemilczeć kwestię gwałtów, mordów i wszelkiego rodzaju innych perwersji poruszanych przez młodzieńca albo nie przestraszyć się kołatek w "Yonkers" i prostego, ale interesującego klipu. Szkoda, że Tyler skutecznie zakrywa tymi chorymi rzeczami to, co tak naprawdę czuje i chce przekazać, jego sympatie do licznych kumpli, niespełniona miłość i żal z powodu wychowywania się niepełnej rodzinie. Dodatkowo można przyczepić się do produkcji, która razi brakami. Na pocieszenie dodam, że Tyler szykuje coś nowego i to podobno bez brzydkich treści. Na razie polecałbym zainteresowanie się kimś innym z bandy OFWGKTA, np. Frankiem Oceanem, ale nie zmienia to faktu, że Okonma jest bardzo ciekawym zjawiskiem, który mam nadzieję wyewoluuje w coś bardziej przystępnego.

***

Płyty, które doczekały się większej recenzji (chronologicznie)-
- Lykke Li - Wounded Rhymes
- Swollen Members - Dagger Mouth
- Theophilus London - Timez Are Weird These Days
- Mayer Hawthorne - How Do You Do
- Common - The Dreamer, The Believer

piątek, 13 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #13: Zagranica 2011 vol. 1

Zgodnie z zapowiedzią kontynuuję muzyczne wspomnienia roku poprzedniego. Polska muzyka za mną, teraz na warsztat biorę muzykę zagraniczną. Pobudki z powodu których akurat takie płyty się tu znajdują wyjaśniłem w odcinku z krajową muzyką. Poniższą listę, na której pomieszałem wszystkie gatunki od R&B, przez rap, po poprock, pozwoliłem sobie podzielić na dwie części po 12 propozycji. Płyty są oczywiście uporządkowane alfabetycznie więc nie ma się co cyferkami sugerować.

1. Adele - 21



Wahałem się czy ta płyta powinna się tu znaleźć. Napisano o niej już wszystko, wszyscy ją oceniali, tak samo jak samą Adele. Jej talent i umiejętności wokalne są nie do podważenia, wypadałoby się tylko zastanowić czy szum wokół niej jest do nich współmierny. Mam co do tego trochę wątpliwości, ale niech już będzie. Ludzie poczują się chociaż trochę lepiej obcując ze sztuką podawaną w komercyjnym opakowaniu.

2. Arctic Monkeys - Suck It And See



Małpy to synonim znaku jakości i tak samo jest w tym przypadku. Chłopaki z Sheffield porzucili już nieco ostre gitarowe granie znane z pierwszych dwóch płyt i skupili się bardziej na przemyślanych balladach rockowych, to nie stracili nic ze swojego charakteru. Mimo że po premierze poprzedniej płyty "Humbug" dużo osób zwiastowało koniec tej kapeli w sensie niezależności i rockowego pazura. Ciągle jednak słucha się ich z wielką przyjemnością, a "Suck It And See" jest tego najlepszym przykładem. 

3. Cocaine 80s - The Pursuit/Ghost Lady



Pozwoliłem sobie do jednego wora wrzucić obie produkcje spod szyldu Cocaine 80s, mimo że są nieco inne. Nowsze "Ghost Lady" jest trochę bardziej spokojne i poważne, z kolei "The Pursuit" jakby bardziej przebojowe. Mózgiem całego projektu jest No I.D. nad którego kunsztem muzycznym zdążyłem rozpływać się już przy okazji najnowszej płyty "The Dreamer, The Believer" Commona, który zresztą na obu EP-kach udziela się po jednym kawałku na każdą z płyt. Bardzo solidna muzycznie propozycja, w dodatku każdy może się w nią całkiem legalnie za darmo zaopatrzyć.

4.  Coldplay - Mylo Xyloto 



Kolejna, po Adele, nieco nie pasująca tu pozycja. Trochę na wyrost umieściłem na tej liście płytę Coldplay, bo ani ona bardzo dobra, ani nawet nie jestem ich fanem. Wszystko z powodu ich koncertu na Open'erze, na którym Chris Martin zrobił całkiem przyjemne show i naprawdę byłem pod wrażeniem ich premierowego w Polsce występu. "Mylo Xyloto" jest bardzo dobrze wyprodukowane, ma swoje dobre momenty jak np. single "Paradise" czy "Every Teardrop Is a Waterfall", ale momentami przynudza (jak to czasami Coldplay ma w zwyczaju). Miałem mieszane uczucia co do featuringu Rihanny, ale na szczęście "Princess of China" wyszło im lepiej niż Kai Paschalskiej.

5. CSS - La Liberacion



Cansei de Ser Sexy, bo tak należy rozszyfrowywać skrót CSS, to rockowo-elektroniczny zespół rodem ze słonecznej Brazylii. Bardzo sympatyczny zresztą, tak samo jak jego muzyka, taneczna i ostra momentami, oparta na humorystycznych tekstach. Praktycznie cała płyta jest po angielsku, poza tytułowym kawałkiem, tak samo jak praktycznie w całości jest to zespół żeński - z wyjątkiem jednego osobnik płci męskiej.

6. Florence and the Machine - Ceremonials



Gdy pisałem o Adele wspomniałem o moich wątpliwościach dotyczących szumu wokół niej. Dużo bardziej cenię Florence Welch i wydaje mi się, że jej głos jest dużo mocniejszy od Adele, mimo to jest mniej sławna od młodszej koleżanki. Nic to, ważne że drugi album zespołu jest równie świetny jak "Lungs". Debiut był nieco bardziej rockowy, teraz Florence dała prawdziwy pokaz siły swojego wokalu, któremu towarzyszą jakby wielowarstwowe, eleganckie kompozycje z udziałem orkiestry. Trzeba przesłuchać.

7. Foster The People - Torches



"Pumped Up Kicks" to takie "Somebody I Used To Know" pierwszej połowy roku 2011, z tą różnicą że jest fajne. Było wszędzie, w sklepach, radiu, a już w szczególności na tych śmiesznych f*jsbukowych tablicach. Cała debiutancka płyta Amerykanów jest w podobnym przyjemnym i wakacyjnym klimacie. Może nie wyróżnia się zbytnio na tle innych indie popowych płytek z jednym wybijającym się hitem, ale zdecydowanie warta jest poświęcenia kilkudziesięciu minut życia. Nie pożałujesz, a obiecuję że jeszcze nie raz do niej wrócisz - zwłaszcza, że poza singlowym "Pumped Up Kicks" ma w sobie kilka innych perełek, w tym moje ulubione "Waste".

8. Frank Ocean - Nostalgia, Ultra



Frank Ocean to jeden z przykładów (oprócz The Internet), że OFWGKTA to nie tylko chore rapowe piosenki o gwałtach i zarzynaniu, r*zpierdol i croud surfing na koncertach. Breaux potrafi całkiem ładnie podśpiewywać i zrobił tak nie tylko na całej "Nostalgia, Ultra", ale nawet na kawałku otwierającym "Watch The Throne" Kanye Westa i Jay-Z. Dodatkowemu smaczkowi tego mixtape dodaje kilka skradzionych podkładów - mój płytowy faworyt to poruszający "American Wedding" nagrany na "Hotel California" Eagles, a znajdzie się również "Strawberry String" od Coldplay i coś od MGMT. Żałuję, że sprawdziłem materiał Franka dopiero pod sam koniec roku, bo jest to jeden z lepszych krążków minionego roku w kategorii R&B.

9. Ill Bill & Vinnie Paz - Heavy Metal Kings



Pierwszy rapowy materiał i od razu taki mocny. Nie tylko w formie, ale i jeśli chodzi o poziom. Ill Bill i Vinnie Paz to pewniaki i mimo, że każdy album czy to Non Phixion czy Jedi Mind Tricks brzmi bardzo podobnie, zawsze ma swój specyficzny klimat. Tak samo jest w przypadku "Heavy Metal Kings", który zapowiadał najlepszy moim zdaniem kawałek na płycie - otwierający ja "Keeper Of The Seven Keys".

10. Is Tropical - Native To



Już nawet nie pamiętam gdzie usłyszałem po raz pierwszy Is Tropical, ale na pewno wdzięczny jestem temu kto to akurat udostępnił w sieci. "Lies" zdobyło me serce na tyle, że stało się jednym z najczęściej odtwarzanych przeze mnie utworów w 2011 i z chęcią był wrzucił tu klip do niego, ale nie wiem czy każdy jest gotowy na damską goliznę. Jest za to teledysk do "The Greeks" który powinien zrozumieć każdy chłopak i te nieliczne dziewczęta, które bawiły się w niewidzialną wojnę z patykami w rękach. Podsumowując całe "Native To" - bardzo dobry elektroniczno-gitarowy pop z Anglii, bo mimo że chłopaki nie chcą być szufladkowani tak to właśnie trzeba nazwać. Niczego w tym temacie nie muszę już pisać, wystarczy przesłuchać (lub oglądnąć klipy jeśli masz 18+). 

11. Jamie Woon - Mirrorwriting



To właśnie przez takich ludzi jak Jamie Woon wybory tych najlepszych będą trochę przeterminowane i ukażą się gdzieś pewnie pod koniec stycznia. "Mirrorwriting" czekało na dysku cierpliwie na swoją kolejkę, bo bardzo zależało mi na sprawdzenie typa, którym zachwyca się tyle portali muzycznych, a co po niektórzy umieszczają nawet na samym szczycie listy najlepszych płyt 2011. Nie było to dobre posunięcie, bo Jamie powinien zagościć u mnie dużo wcześniej - jego muzyka jest wypadkową świetnego głosu i przyjemnych melodii, płyta mixem spokojnych ballad i potencjalnych hitów jak chociażby "Lady Luck" widoczne u góry. Dodam jeszcze, że wydany w kwietniu krążek jest debiutem Brytyjczyka z malezyjsko-chińsko-szkocko-irlandzkimi korzeniami (uff). Ilu jeszcze takich Woonów siedzi po knajpach brzdąkając do kotleta i czeka na swoją szansę?

12. Kanye West & Jay-Z - Watch The Throne



Gdy najlepszy raper mainstreamowy spotyka się w studio z jednym z bardziej kreatywnych i uzdolnionych producentów, a przy tym nie kiepskim raperem w celu nagrania płyty nie może to zakończyć się klapą. Tak jest właśnie w tym przypadku, bo "Watch The Throne" to materiał niesamowity. Chociażby ze względu na tematykę i formę, które określić można jako skrzyżowanie przepychu, blichtru, cudów na kiju, złota, konsumpcjonizmu, deszczu dolarów, maybachów i kilku jeszcze innych rzeczy. Po prostu "black excellence in Paris". Możesz kochać albo nienawidzić, ale docenić musisz za "Otis", za banger "Niggas in Paris" albo za "Who Gon Stop Me" pożyczone od Flux Paviliona.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Common - The Dreamer, The Believer [2011]

Ferrari testers, Armani dressers, exquisite thick bitches that body bless us - tak zaczyna się najnowsza płyta Commona. Zdziwieni? Obiecuję, że po zagłębieniu się w tę płytę nie raz otworzycie jeszcze szerzej buzię. Ale uspokajam - starego lirycznego Commona jest tu dużo więcej niż obrzydliwie bogatego i pyskatego rapera rodem z "Watch The Throne", a jeszcze więcej pięknej muzyki.

Chicagowski muzyk fanów przyzwyczaił do głębokich tekstów, spokojnych utworów, stosunkowo rzadko wychodząc poza te ramy. Do największych klasyków hip-hopu w ogóle zaliczyć można spokojnie kilka jego płyt, w szczególności "Be", piękne od początku do końca. Wyprodukowane w większości przez będącego wtedy dopiero w przedsionku wielkiej sławy Kanye Westa oraz wciąż wielkiego choć już bardzo chorego J Dillę, który z kolei odpowiadał za wcześniejsze albumy. Słuchaczom dała kilka ponadczasowych numerów, żeby wymienić tylko tytułowe "Be""Love Is" czy "Go", a autorowi kilka nagród w tym dla najlepszego tekściarza. Poziom podtrzymany został na wydanym dwa lata później "Finding Forever", ale już "Universal Mind Control" to zupełnie inna kwestia - producentem został Pharell i jego The Neptunes co zdecydowanie odbiło się na płycie. "Wczesny" Kanye czy J Dilla dużo lepiej pasowali do Commona niż elektroniczne zabawy The Neptunes, a sam Lonnie wydawał się być w nieco słabszej formie.

Muzycznie "The Dreamer, The Believer" to zdecydowanie powrót na dobre tory. Z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że paradoksalnie najlepszy w tym przypadku wybór producenta był trochę strzałem w stopę - No I.D. mimo że ukrywający się za beatami i co najwyżej objawiający się refrenem (pięknym!) co rusz wysuwa się przed Commona. Muzyka to na pewno bardzo mocny, jak nie najmocniejszy, punkt tej płyty. Zaburza ją jedynie nieco kanyewate "Raw" i boombapowe "Ghetto Dreams", jednak oldschoolowa konwencja tego kawałka tłumaczy użycie najprostszych patentów. Dla mnie jako psychofana Mayera Hawthorna smaczkiem dodatkowym było zsamplowanie go w "Blue Sky".

Ocenę lirycznej części płyty warto zacząć właśnie od "Ghetto Dreams", nagranego z Nasem hołdu dla pięknych lat 90-tych. Idealnie współgra z tym trackiem klip, gdzie podchodzące już pod czterdziestkę legendy rapu przenoszą się w przeszłość, do swej młodości, marzeń i kobiet pukanych w samochodach. Kozaka Common zgrywa także w "Sweet" i chociaż na teledysku uderzając się w pierś wygląda groźnie, to w rezultacie wychodzi to nieco komicznie. Konwencja Lonniego jako twardziela ujawnia się jednak tylko w kilku utworach, w większości więc "The Dreamer, The Believer" to stary dobry Common - spokojny, przemyślany i uduchowiony, chociaż w tym przypadku nieco wtórny i bez fajerwerków. Uznajmy, że kilka lat temu założył on (sweter, skojarz follow-up) taką a nie inną stylistykę i trzyma się jej, czego przykładem "Cloth", "Celebrate""Windows" czy nawet ten nieszczęśnie zaczynający się "The Dreamer". Tak jak pisałem wcześniej, kilka razy wspomaga go śpiewem No I.D. i raz John Legend i jest to doskonałe dopełnienie jego zwrotek.

"The Dreamer, The Believer" to świetny album zamykający niezły rok w rapie. Common mimo kilku wycieczek w inne klimaty, które uznamy za małą próbę dla fanów, pozostał raczej wierny starej stylistyce. Kroku dotrzymuje mu No I.D. (a nawet czasem wyprzedza), który sprawił że płytę można traktować po prostu jako doskonałą muzykę, nie zamykając jej w sztywnych ramach hip-hopu. Równocześnie odciągnął uwagę od wszystkich wad po stronie Commona i sprawił, że ten materiał to murowany kandydat na płytę roku, w każdej możliwej kategorii.   

czwartek, 13 października 2011

Mayer Hawthorne - How Do You Do [2011]

Nie jest łatwo nagrać nową płytę na poziomie poprzedniej, wgniatającej w podłogę i wstrząsającej jednocześnie słuchaczy od Stanów przez Europę po Azję. Na tym zadaniu poległo wielu. A gdy w międzyczasie rezygnuje się ze współpracy z jedną z najlepszych wytwórni w tej branży, której było się niemal flagowym artystą, poziom trudności tej sztuki wzrasta do nieprawdopodobnego wręcz poziomu. Mayer wyzwanie podjął (nie miał wyjścia) i w żadnym wypadku nie poległ.

Doskonale pamiętam jakie wrażenie zrobiło na mnie "A Strange Arrangement" - lekkie, wpadające w ucho utwory umiliły mi nie jedną (i nawet nie dwie) chwile i mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że gdybym w roku 2009 wybierał płytę roku wielce prawdopodobne, że byłby nią właśnie ten album. Nie da się ukryć, że ogromnym plusem tej produkcji był efekt zaskoczenia - garstka osób w ogóle kojarzyła Mayera, a już zwłaszcza mało kto podejrzewał go o predyspozycje do soulu, inspirowanego największymi nazwiskami czarnej muzyki. I właśnie ten element najwyraźniej jawi się na korzyści debiutu, reszta generalnie pozostaje na takim samym wysokim poziomie.

Znowu mamy kawał dobrej muzyki o miłości, nierzadko z dowcipnymi tekstami, podanej na przyjemnych oldschoolowych podkładach. Mayer nie jest może wielkim śpiewakiem, ale brzmi bardzo poprawnie i nie odstrasza. Konwencja i klimat został zachowany, na płycie raczej nie ma gorszych momentów - najstraszniejszym jest chyba próba śpiewania podjęta przez Snoop Dogga w "Can't Stop", z trochę mroczniejszej części albumu. Przebojem w stylu tych z "A Strange Arrangement" może stać się "A Long Time", zabawny storytelling o dwóch mężczyznach z Motor Town, który jeszcze lepiej brzmi na podkładzie od Chromeo. Takich tupajnóżek na "How Do You Do" jest cała masa, na czele z zamykającym  płytę "No Strings", który w internecie pojawił się nieco wcześniej niż cała płyta, dodatkowo w wersji zremixowanej przez legendę hip-hopu DJ Jazzy Jeffa. Spokojnie powirować na parkiecie z piękną niewiastą można także przy "Finally Falling" czy "Hooked". Z kolei nieco zadumy, z chwytaniem się za rękę i czułymi spojrzeniami prosto w oczy, Mayer serwuje nam na sam początek - dobrze wyrecytowane "Get To Know You" wcale nie musi być jedynie wstępem do albumu jakiegoś białasa, może również posłużyć jako pierwszy krok w stronę jakiejś ciekawej relacji damsko-męskiej. Przy odrobinie szczęścia nie skończy się to tak jak w "Walk" (klip w stylu "Mr & Mrs Smith" na dole) i poczujemy to co główny bohater w "You Called Me".

Bo właśnie taka jest ta płyta - pełna emocji, tych przyjemnych i złych, ale mimo wszystko o miłości. O jej różnych aspektach, ale nie podanych w banalny i dosłowny sposób, raczej zabawnie i miło. Nie wiem czy kiedyś Mayera Hawthorna będziemy wymieniać jednym tchem z największymi tuzami czarnej muzyki. Pewny jestem za to, że były DJ Haircut to pewniak jakich mało oraz znak jakości w jednym i nawet jeśli miałbym czekać kolejne 2 lata na następny materiał to czasu nie zmarnuję - na zmianę będę katował "A Strange Arrangement" i "How Do You Do", bo Mayer ma się bardzo dobrze.    

PS Polecam również EP Hawthorna "Impressions", która za darmo można ściągnąć tu!



czwartek, 21 lipca 2011

Theophilus London - Timez Are Weird These Days [2011]

Last name London, the first name Theophilus - warto zapamiętać te słowa, bo być może takim refrenem otwierać będzie się najlepsza płyta roku 2011. A już z pewnością jedna z najświeższych.

Przed wydaniem "TAWTD" London na koncie miał kilka mixtapeów, bardzo dobrze przyjętych przez słuchaczy i EP-kę zatytułowaną "Lovers Holiday". W nagraniu tego materiału palce maczali tacy artyści jak m.in. Sara Quinn (Tegan and Sara), czy Derek Sitek (TV on the Radio), a promował go przyjemny singiel "Flying Overseas" z Solange Knowles. Fakt zainteresowania się Londonem przez tak znane osoby wskazuje, że mamy do czynienia z artystą nietuzinkowym. Sprawdzanie czegokolwiek sygnowanego nazwiskiem urodzonego w Trynidadzie i wychowanego na nowojorskim Brooklynie muzyka tylko utwierdzi nas w tym przekonaniu. Jego kawałki to świetne połączenie elektroniki, rocka, lat 80-tych i czarnej muzyki, dodatkowo okraszone naprawdę dobrze zaśpiewanymi i wpadającymi w ucho refrenami. Porównania na tym polu z Kid Cudim jest jak najbardziej na miejscu, z tym że London robi to poziom lepiej, bo to zdolniacha jakich mało.

Już na otwarcie dostajemy solidną próbkę możliwości muzyka - "Last Name London" (na dole) to przedsionek płyty, udana próba przedstawienia swej osoby w bardzo mocny i zapadający w pamięci sposób, bo London jest tu chyba najbardziej agresywny w rapowaniu. Później "Love Is Real" z gościem w osobie Holly Mirandy, która wespół z gospodarzem brzmiącym jak Modern Talking śpiewa przyjemny refren. To właśnie one, obok podkładów, zachwycają chyba najbardziej - przy "All Around The World""Stand Alone" trudno usiedzieć w miejscu, "Why Even Try" jest trochę jak tradycyjny wyciskacz łez, fajnie się słucha miłosnego "One Last Time". Utwór "Stop It" przypomina mi trochę coś od Dizzee Rascala. Do płyty nagrano kilka dobrych klipów, w większości bardzo klimatycznych i oddających to co znajdziemy na albumie.

W rezultacie dostajemy coś w rodzaju hip-hopowego Princea albo lepszą wersję Kid Cudiego, z którym Theophilus nie uniknie porównań nawet jeśli chodzi o styl ubioru (patrz okładka) - nie bez powodu ma swego bloga na hypebeast, bo wygląda jak Jezus hype i król hipsterów w jednym, żywcem przeniesiony z brooklyńskich ulic z czasów początku kultury hip-hopowej. Rapowi puryści będą pewnie lekko zawiedzeni, bo jeśli ktoś szuka tradycyjnych podkładów, bębnów i skreczy to nie ten adres. Z kolei zadowoleni będą fani opanowującej ostatnio rap elektroniki i szukający czegoś nowego i zarazem starego, czerpiącego garściami z dorobku poprzednich dekad. Jednym słowem Theophilus London, to obecnie najświeższe spojrzenie wstecz na rapowym rynku i murowany kandydat do TOPileśtam w kategorii "zagraniczna płyta hip-hopowa roku". 

wtorek, 19 kwietnia 2011

Swollen Members - Dagger Mouth [2011]


Na kolejną płytę kanadyjskiej grupy Swollen Members oczekiwałem z ogromnym niepokojem, bo ostatnie nagrania zespołu w znakomitej większości nie podchodziły mi - niegdyś psychofanowi. Teraz jakiś czas po premierze "Dagger Mouth" i kilku odsłuchaniach mogę śmiało powiedzieć, że Mad Child i spółka nie zmarnowali 2 lat i poprawili się.

Wers Mad Childa "Hip-hop isn't but it's just hardly breathing"z piosenki "Meltdown", która znalazła się na poprzednim albumie "Armed To The Teeth" po lekkim sparafrazowaniu znakomicie oddawał formę SM w tamtym okresie - płyta była bardzo przeciętna i wydawało się, że jest to zmierzch tej grupy, przynajmniej w takiej formie jaką chciałbym ją pamiętać. Kilka piosenek, które trzymały dobry poziom, czyli np. wymienione wyżej "Meltdown", otwierające "Reclaim The Throne" z genialnym beatem lub dobrze już znane fanom "Red Dragon" w wersji 2.0 nie były w stanie przykryć tego wrażenia. Zabawy z audiotunem, tandetne gitarowe riffy wyglądały niezbyt korzystnie, zwłaszcza gdy miało się w pamięci naszpikowane klasykami 'Monsters In The Closet" albo "Black Magic". Nawet uznając, że chciano w ten sposób wpasować się w trendy i uderzyć do szerszego odbiorcy, czyli po prostu poromansować sobie nieco z komercją, wystarczy tylko porównać ten materiał z płytą "Heavy". Wydawnictwo z 2003 roku także krytykowane było przez fanów za zbytnią komercyjność. Za sprawą takich hitów jak "Watch This" lub "Block Party" Napuchnięci bardziej zaistnieli w mediach. Jednak wtedy wyszło to zdecydowanie lepiej i nawet te niezbyt pasujące do zespołu łagodne piosenki i imprezowe bangiery słuchano z dużo większą przyjemnością, niż niektóre wynalazki z "Armed To The Teeth".

Wracając jednak do "Dagger Mouth" - jest lepiej niż poprzednio, ale ciągle nie jest to materiał tak klasowy jak początkowe albumy w dyskografii kapeli. Zaczyna się mocno, od bardzo mrocznego "Do or Die". Później jest nieco lżej, a podkład w "Night Vision" zwraca uwagę fajnie dobranymi bębnami. Są dwa single z klipami - mało mnie przekonujący "Mr. Impossible" i zdecydowanie lepszy (może nawet najlepszy kawałek na płycie) zamykający "Dagger Mouth" "Bring Me Down", z gościnnym udziałem Saigona (video na dole). Po drodze jeszcze kilka średnich i dobrych utworów i mamy w skrócie obraz tej płyty. Styl Swollen Members jest nie do podrobienia, dzięki charakterystycznym beatom Rob The Vikinga, współgrającymi z mrocznymi tekstami rapowanymi przez Prevaila i skrzeczącego Mad Childa - warto wspomnieć, że przeszedł on wewnętrzną przemianę, rzucił dragi i motocyklowe gangi i został hajbistem w czapce Supreme. Zdecydowanie odbiło się to na jego formie, na szczęście pozytywnie.

Czy jestem zawiedziony? Raczej nie, bo po "Armed To The Teeth" nie spodziewałem się jakiejś wielkiej petardy. Druga sprawa, że o ile jeszcze kilka lat temu byłem flagowym psychofanem Kanadyjczyków i ich wytwórni Battle Axe Warriors, to teraz trochę gust muzyczny się zmienił i mniej podchodzi mi ich specyficzna muzyka. Nadal jednak lubię wracać z sentymentu do starych płyt Swollen Members (jeszcze z Moka Only), do ich trzech znakomitych kompilacji "Battle Axe Warriors" i projektu "Code Name: Scorpion". Mam nadzieję, że kiedyś do tego grona dołączy "Dagger Mouth". Ma na to całkiem spore szanse, bo to w końcu stary, dobry SM - może nie w pełni, ale zawsze takie powroty na dobrą drogę cieszą.

PS. Mad Child zaangażował się także we własny projekt M.A.D.E, który promuje utwór "Dead Man Walking Vol. 1".

poniedziałek, 28 marca 2011

J Dilla Still Shining


Członek i założyciel Slum Village, autor kilku samodzielnych albumów i kolaboracji z Madlibem. Spod jego ręki wyszła ogromna ilość podkładów na płyty takich artystów jak ATCQ, De La Soul, Common, The Roots, czy Talib Kweli. Legenda neosoulu i hip-hopu, człowiek z niewiarygodną pasją i miłością do muzyki - od śmierci Jamesa Dewitta Yanceya aka J Dilli aka Jaya Dee minęło całkiem niedawno 5 lat. Z tego powodu światło dzienne ujrzał krótki dokument o tym niezwykłym artyście.

Nie ma się co długo rozpisywać, bo jego wkład w muzykę jest nie do podważenia. Nie ma też sensu jakakolwiek recenzja, czy opinia na temat dokumentu. Pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika czarnych brzmień, bo nawet gdy zacząłeś przygodę z nią teraz to pewnie i tak, świadomie czy nie, słuchasz czegoś na co wpływ miał Dilla. To nim inspirowała się rzesza producentów, to on produkował dla tych najlepszych i pozostając w ich cieniu został legendą Stones Throw. Dilla nie mógł żyć bez muzyki, czego przykładem niech będzie stworzenie "Donuts" w dużej mierze leżąc przykuty do szpitalnego łóżka, a teraz muzyka nie może żyć bez niego.

Miałem to szczęście, że moja zajawka muzyczna pokryła się z okresem działalnością Dilli. Wciąż serwuję sobie co jakiś czas sentymentalne podróże do "Donuts" czy "The Shining" i codziennie słyszę "Time" The Donut Of The Heart" kiedy zadzwoni telefon. Dla mnie jedna z najważniejszych postaci w historii, najlepszy producent i wcale nie kiepski raper, co wielokrotnie potwierdzał. Wypada mi się tylko podpisać pod tym, co usłyszysz na początku małego hołdu Rootsów dla Jay Dee -

My man, JD, was a true hip hop artist
... I can't explain the influence that
his mind and ear have had on my band
myself and the careers of so many other
artists. The most humble, modest, worthy
and gifted beatmaker I've known. And
definitely the best producer on the mic.
Never without that signature smile and head
bouncin' to the beat. JD had a passion for
life and music, and will never be forgotten.
He's a brother that was loved by me, and I
love what he's done for us. And though I'm
happy he's no longer in the pain he'd been
recently feelin', I'm crushed by the pain of
his absence. Name's Dilla Dog and I can only
rep the real and raw. My man, Dilla, rest in
peace."
 


"J.Dilla: Still Shining" from B.Kyle on Vimeo.
 

poniedziałek, 21 marca 2011

Hocus Pocus i De La Soul w Warszawie + Equilibre [video]


Ostatni tydzień przyniósł dwie wspaniałe nowiny dla fanów francuskiej formacji Hocus Pocus - jedną koncertową, drugą o premierze klipu do piosenki "Equilibre" z najnowszej płyty "16 Pieces".

Zacznę od koncertu - 20 Syl i spółka zawitają 7 lub 8 maja do Warszawy na Warsaw Challenge. Razem z nimi potwierdzony jest jak na razie udział legendarnego De La Soul, ale spodziewać się można zapewne jeszcze kilku innych zespołów, np. srogich supportów z Polski. A najlepsze, że to wszystko za darmo i pod gołym niebem w Parku Sowińskiego, w samym centrum stolicy. Tym samym spełni się najprawdopodobniej moje życzenie, o którym pisałem końcem grudnia. Poniżej video z koncertu Hocus Pocus, nie rozumiem, ale kocham.




Natomiast w ostatni piątek odbyła się internetowa premiera teledysku do "Equilibre", z udziałem Oxmo Puccino. Wyborem piosenki trochę się zawiodłem, bo są lepsze na "16 Pieces" np. "WO:OO", ale nie zmienia to faktu, że przyjemnie się to słucha i ogląda. Całość nakręcono w Nowym Jorku, a piosenka brzmi nieco inaczej niż na płycie.



Hocus Pocus Feat. Oxmo Puccino - Clip "Equilibre" from On and On on Vimeo.

Dla przypomnienia pierwsze video promujące krążek.

czwartek, 27 stycznia 2011

G.N.A.R. The Movie + Polish Freeskiing Open 2011


Trudno jednoznacznie określić, czym jest "G.N.A.R. The Movie". Ani to klasyczny film narciarski, ani dokument. To z jednej strony opowieść o  zwariowanym Shanie McConkey, tragicznie zmarłym prekursorze narciarstwa freestylowego, i jego równie szalonych przyjaciołach, z drugiej historia całego Squaw Valley - ogromnego resortu narciarskiego w Kalifornii, której nieodłącznym elementem jest tzw. G.N.A.R. 

 Jest to skrót od Gaffneys Numerical Assesment of Radness, czyli numerycznym systemie punktowym z*jebistości, wymyślonym przez McConkeya i Robba Gaffneya. W tym systemie punkty dostaje się dosłownie za wszystko - zaczynając od wykrzyczenia, że jest się najlepszym narciarzem na stoku, przez sikanie na trasie, kończąc na zjechaniu z gołą d*pą jakiejś linii, a odejmuje za gleby i inne tego typu niepożądane rzeczy. Wszystko to zostało opisane w książce "Squallywood", autorstwa Robba Gaffneya - ikony narciarstwa i prywatnie lekarza medycyny.

Film pokazuje (prócz krótkiego rysu historycznego G.N.A.R.) zmagania dwudziestu śmiałków w celu zwycięstwa w tej grze - stawką jest spora kasa. Nie ma co spoilerować, jak się to wszystko potoczyło, więc wypada mi tylko zaprosić wszystkich miłośników aktywnego spędzania zimy i męskich p*śladków do oglądania. Warto zobaczyć, jak można urozmaicić sobie wyjazd na narty i ile radości (i jakich konsekwencji!) może dać zjazd nago, połączony z rozmawianiem z mamą przez telefon. Jednocześnie apeluję jednak o rozsądek w naśladowaniu ekipy G.N.A.R., w szczególności tych ekshibicjonistycznych posunięć.

Nie da się wstawić filmu bezpośrednio, więc chętnych odsyłam tu - "G.N.A.R. The Movie". Enjoy! 

***


Początek ósmej edycji najbardziej prestiżowej imprezy freeski w Polsce, czyli The North Face Polish Freeskiing Open, już jutro na stoku Harenda w Zakopanem.

Impreza zacznie się od treningów, eliminacji i wieczornego Night Show w piątek, a skończy w sobotę finałami Big Air i Rails. Czołówka polskiej sceny, wzmocniona jeszcze zagranicznymi narciarzami m.in. z Czech, Słowacji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Norwegii czy Austrii będzie czarowała publiczność trickami i spróbuje wygrać liczne nagrody pieniężne i rzeczowe, a najwyżej sklasyfikowany Polak automatycznie otrzyma tytuł Mistrza Polski - jak na razie tytuł ten dzierży nieprzerwanie od początku przyznawania (czyli od 2009) Szczepan Karpiel. Z kronikarskiego obowiązku dodam, podwójne zwycięstwo w edycji 2010 zgarnął Roy Kittler z Niemiec, za to najlepsze wśród kobiet były Słowaczki - Zuza Stromkova triumfowała w Big Air, a Natalia Slepecka na railach.

Więcej info na stronie, natomiast tak było rok temu widziane oczami kamery -


Polish Freeskiing Open 2010 from hivermag on Vimeo.

środa, 1 grudnia 2010

Kno - Death In Silent [2010]



Z recenzją "Death In Silent" czekałem dość długo bo od jej premiery minęły prawie dwa miesiące. Przez ten czas zdanie na jej temat trochę zmieniłem, jednak główna myśl pozostała bez zmian - solowy debiut Kno to kawał dobrej muzyki.

Już po pierwszym kontakcie z płytą, spojrzeniu na jej tytuł, tracklistę i okładkę, nasuwa się myśl, że nie będzie to płyta radosna, przyjemna i bujająca - wszak tematy typu śmierć, cmentarz, samotność, płacz (jedynie "Smile" łamie tę konwencję) kojarzą się jednoznacznie smutnie. Po dalszym poznaniu płyty okazuje się, że to pierwsze powierzchowne spojrzenie nie było wcale mylne. Kno zaserwował płytę pełną emocji, w większości niezbyt przyjemnych, mroczną i tajemniczą. Piosenki idealnie nadające się na jesienne spacery, klimatyczne, różnorodne tematycznie (chociaż pod wspólnym, smutnym mianownikiem) i doskonałe muzycznie. Warstwa liryczna również na wysokim poziomie, z kolei po rapowaniu samego Kno spodziewałem się czegoś więcej. Można mu jednak wybaczyć nudne momentami flow, mając na uwadze to co zrobił z podkładami i jego dobry głos. Co do gości - członek Cunninlynguists zaprosił solidnych, m.in.Tonedeffa, Tunji czy kolegów z CL - Nattiego i Deacona The Villain. Ze wszystkich piosenek na czoło wysuwa się "Rhythm Of The Rain", singiel wypuszczony przed premierą krążka, do którego powstała także okładka - moim zdaniem lepsza od "Death In Silent". Kolejnym singlem był "La Petite Mort (Come Die With Me)" opowiadający o przyjemnej, metaforycznej "małej śmierci" - również z osobną okładką oraz z klipem (do oglądnięcia poniżej). Poza tym na większą uwagę zasługuje także "Loneliness", "Spread Your Wings", "I Wish I Was Dead", "Not At The End" i "Graveyard" z beznadziejnym teledyskiem. Reszta, podobnie jak cała płyta, także bardzo konkretna.

We wstępie wspomniałem, że zdanie na jej temat zmieniłem wraz z upływem czasu  - po początkowym zachwycie wszystkim co z nią związane i kilkukrotnym odsłuchu z wypiekami (chleb, ciasto, skojarz follow-up) na twarzy, odstawiłem ją na "półkę". Powróciwszy jakiś czas później stwierdziłem, że klimat mimo wszystko zbyt ciężki i przygnębiający. Nie zmienia to jednak faktu, że debiut to wyśmienity i wprost idealny do jesiennego kopania liści i biegania po kałużach w rytmie deszczu. Słowem podsumowania - klimatyczny i muzyczny r*zpierdol z dobrymi raperami a sam Kno potwierdza, że południe to nie tylko grille na zębach, d*iwki i Dom Perignon na ich c*ckach, powpowpow.


wtorek, 26 października 2010

The Foreign Exchange - Authenticity [2010]


Jesień trochę już trwa, od jakiegoś czasu przychodzi nam chodzić po wyścielonych kolorowymi liśćmi chodnikach, coraz szybciej robi się ciemno a temperatura nie rozpieszcza. Jak w tę rzeczywistość wpisuje się pierwsza jesienna płyta? 

Niezwykły duet producenta Nicolaya oraz znanego z zespołu Little Brother rapera Phonte trudno zaklasyfikować do jednego rodzaju muzyki. O ile pierwszą płytę The Foreign Exchange "Connected" (stworzoną na odległość, za pośrednictem okayplayer.com) można zaliczyć do hip-hopu, to na drugiej "Leave It Alle Behind", z nominowanym do nagrody Grammy "Daykeeper", przeważa r&b - nie tylko w wykonaniu Phonte ale także na podkładach Nicolaya. Trzecie dziecko pt. "Authenticity" duetu holendersko-amerykańskiego zdaje się zrywać całkowicie z hip-hopem. W zamian otrzymujemy spójny materiał, z ciekawym efektem stopniowania nastroju - od spokojnego początku do zaskakująco radosnego końca. Najlepszym utworem zdaje się być singiel "Maybe She'll Dream Of Me " poza tym "Laughing At Your Plans" oraz nieco dyskotekowe "Dont' t Wait". Tekstowo oczywiście o miłości, tęsknocie, bezpieczeństwie. Wszystko to świetnie zaśpiewane przez Phonte i nielicznych gości w osobach m.in. YahZarah (była na singlu z pierwszej płyty "Sincere")  lub Dariena Brockingtona na specyficznych podkładach Nicolaya (dużo fortepianu, elektronika, gitara) daje album, którego słucha się od początku do końca z wielką przyjemnością. I to nie tylko, jakby się zdawało po okładce, ponurą jesienią.

PS TFE trzyma poziom nie tyko płytą - kolejny raz sroga okładka, zarówno do singla jak i do "Authenticity". W prostocie siła!

czwartek, 9 września 2010

Mayer Hawthorne - A Strange Arrangement [2009]



Dawno żaden album nie narobił tyle szumu, co ten. Być może jest to zasługa doskonałej promocji udzielonej z pozoru mało znanemu artyście przez giganta Stones Throw. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że i bez Stones Throw Hawthorne zrobiłby nie lada szum.

Płyta żadną nowością wydawniczą nie jest bo już zdążyła zdmuchnąć swą pierwszą świeczkę na torcie, OH POETO, jednak sprzyjające okoliczności w postaci działającego linku do rapidshopu pozwoliły mi poznać ją w całości dopiero jakiś krótki czas temu - bardzo mi z tego powodu żal bo "A Strange Arrangement" Mayera Hawthorna słucha się świetnie, od początku do samiuteńkiego końca. Głos i muzyka tworzą niesamowity klimat krążka, bliski soulowi i funkowi z połowy wieku XX. Zresztą artysta nie kryje, co było jego inspiracją w trakcie tworzenia "A Strange Arrangement" - nazwiska takie jak Curtis Mayfield czy Isaac Hayes nie są obce nikomu, kto trochę liznął czarnej muzyki. I właśnie zbyt dosadne "inspiracje" zarzucane są przede wszystkim wokaliście. Nie kopiuje on w całości utworów ale często brzmią one zaskakująco podobnie, wystarczy porównać np. "Your Easy Lovin' Ain't Pleasin' Nothin" (klip poniżej) ze słynnym "You Can't Hurry Love" The Supremes ewentualnie Phila Collinsa. Całkiem sensowne zarzuty, jakoby Mayer nie miał swojego stylu biorą w łeb gdy skonfrontujemy je z przyjemnością z jaką się słucha tych wszystkich nowych-starych utworów. "The Ills" z bębnami jak z Incredible Bongo Band czy wspomniane wyżej "Your Easy Lovin' Ain't Pleasin' Nothin" same wprawiają nogi w ruch. Pozostając w klimacie taneczno-klubowo-pijackim "Green Eyed Love", które z klipem tworzą swoistą ode do absyntu. Z kolei "Maybe So Maybe No" zbiera plusa za deskorolkę i stylówkę LA (?) (polecam sprawdzić także "I Left My Heart in San Francisco", wieńczące tour po USA). Jednak głównym tematem poruszanym w utworach jest oczywiście miłość i to jej są poświęcone np. "Make Her Mine""One Track Mind" czy "Just Ain't Gonna Work Out". Ta ostatnia piosenka ukazała się jako singiel jeszcze przed wyjściem "A Strange Arrangement" w bardzo nowatorskiej wersji - na nośniku przypominającym serduszko. Pomysł genialny w swej prostocie (piosenka o miłości na sercu, pff) dał spory rozgłos Mayerowi i pewnie gdyby nie fakt wydania tego w listopadzie a nie w srento zakochanych, to Stones Throw nie nadążałby raczej z tłoczeniem sercowinyli. Sam Hawthorne czyli Andrew Mayer Cohen nie pojawił się znikąd ponieważ znany był już wcześniej pod pseudonimem DJ Haircut z grupy Athletic Mic League i udziela się w zespole o ciekawej nazwie Barber Shop Quarter. Ja wybieram jednak jego soulowe alter ego czyli Mayera Hawthorna bo rozczula mistrzowsko nawet gdy w powietrzu czuć zapach odgrzewanych kotletów.