Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brodka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brodka. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 lipca 2011

Heineken Open'er, czyli depozyt-srepozyt i Chris Martin


Czwartek, ostatni dzień czerwca i pierwszy Heineken Open'er był chyba jedynym, w którym pogoda w pełni dopisała festiwalowiczom - było słonecznie, ciepło i bez deszczu. Traf chciał, że to właśnie w ten dzień zagrała dla wielu najjaśniejsza gwiazda HOF, czyli Coldplay. Magia zespołu (a może samego Chrisa Martina?) przyciągnęła pod scenę rekordową liczbę publiczności, która na pewno nie żałowała wydanych pieniędzy.

Liczbie widzów nie można się dziwić - zespół, która ma na koncie 50 milionów sprzedanych płyt pierwszy raz zawitał do Polski. Ilość ludzi świetnie odzwierciedlały przeładowane pociągi - wystarczy powiedzieć, że 6 wagonów mojego składu wyruszającego kilka minut po 5 rano w dzień koncertu już na samym początku we Wrocławiu było zapełnionych, a pociąg zatrzymywał się później jeszcze w takich miastach jak Poznań, czy Bydgoszcz. O spokojnym dojściu do toalety można było pomarzyć, bo korytarz przypominał legowisko i trzeba było się mocno natrudzić, żeby nikogo nie kopnąć w nogę, głowę i przy okazji nie zbudzić. A najlepsze, że od razu g*wniarze oburzonko, że Auschwitz i PKP niemiłość, pójdą na te ich prawa, medycyny i dziennikarstwa (szczał w stopę) to zobaczą podróże. Później podobnie wyglądały wagony Trójmiejskiej SKM, zwłaszcza gdy zbliżał się wieczór i co za tym idzie najciekawsze koncerty, a kolorowa młodzież tłumnie i gwarnie wracała z plaży.

O organizacji samego festiwalu napiszę później, więc będzie nie chronologicznie i przejdę do samego koncertu Coldplay. Nie będę ukrywał, że znalazłbym wiele ciekawszych sposobów na wydanie tej ilości pieniędzy, którą przeznaczyłem na dojazd, koncert, jedzenie i powrót. Nawet gdyby moje konto byłoby nieco grubsze, to nie wiem czy poświęciłbym się i wyruszyłbym prawie 500 km w jedną stronę wypełnionym po brzegi pociągiem, serwując sobie ciężkie 2 dni w trakcie których godziny snu można spokojnie policzyć na palcach dwóch dłoni. Nie mówiąc już o jakimś porządnym odświeżeniu się potem, żeby nie atakować ludzi potem. Jedni jednak wolą deklarować swą miłość na f*jsbuku, ja wolałem osobiście dopilnować, żeby moja groupie Chrisa Martina bezpiecznie dotarła na miejsce, bo istniało ogromne prawdopodobieństwo zgubienia się już na wrocławskim dworcu. Ja fanem tej grupy nie byłem nigdy i jedynym sposobem na zmianę mojego zdania był właśnie ten koncert, bo jak wie każdy kto chociaż raz był na jakimś większym wydarzeniu muzycznym, magia występu live potrafi zrobić cuda.

Cudu nie było, ale ulegałem momentami Anglikom, szepcząc pod nosem refreny (znane, bo ona w domu) i klaszcząc w dłonie ze trzy razy pewnie. Abstrahując od mojej opinii na temat muzyki Coldplay, trudno było nie docenić niezwykłej charyzmy Martina, nawet jeśli porwana grupa to głównie dziewczyny w wieku od gimnazjum do studiów, wpatrzone  weń jak w obraz. Wokalista momentami był wręcz zachwycony publicznością i podkreślał, że na pewno nie jest to ich ostatni koncert w Polsce. Zespół spokojne piosenki przeplatał mocnymi kawałkami, w trakcie których Chris Martin szalał na scenie. To samo działo się także pod nią, a spektakl dopełniały fajerwerki i kilkanaście sporych piłek i balonów puszczanych w stronę publiczności. Spodziewałem się raczej koncertu mniej energicznego, z przewagą ballad, a zespół ku mojemu zaskoczeniu naprawdę dał radę. Ślepy zauważyłby (a już z pewnością usłyszałby), jak spragnieni Coldplay byli Polacy, ogromny tłum bawił się doskonale i potrafił zaśpiewać każdą piosenkę. Kobiety piszczały i płakały, mężczyźni wyrzucali w górę kapelusze, a niebo było wyjątkowo łaskawe tego dnia.

Jeśli chodzi o resztę koncertów to niestety nie dane było mi  zobaczyć za wiele – koncert Two Door Cinema Club nałożył się częściowo z Coldplay, w dodatku ich występ był na Tent Stage oddalonym od Main Stage i wejścia o jakieś 10 minut drogi. Przyjemnie jadło mi się kiełbasę przy Simian Mobile Disco, na plus zdecydowanie Paolo Nuttini. Nieco więcej oczekiwałem po Caribou, bo słyszałem wiele pochlebnych opinii o nich, więc trochę cios i nudy. Poprzedzający zespół Chrisa Martina The National całkiem nieźle przygotował publiczność, ale wyszła polaczkowość kiedy zaczęto skandować „Coldplay” jeszcze w trakcie ich występu (chyba, że się przesłyszałem).

Inne dni to znam jedynie z opowieści, filmików na youtubie i relacji live, więc napisze tylko w skrócie co pamiętam. Brodka aka k*rwa c*uj acapella bardzo fajnie rozgrzała publiczność przed Pulp, przy Gooralu zatrzymywała się spora ilość osób zmierzających na Prince i tym samym Mateusz skradł trochę audytorium Księciowi, więc szacun i klaśnij w dłonie dla Bielszczanina. Na komputerze oglądałem trochę Kate Nash i też całkiem pozytywnie, za to z Big Boiem były jakieś problemy i ludzie niezadowoleni. Ostatni dzień nieźle wyglądał na kartce, młodziaki z The Wombats pokazali polskim indie jak się bawić i rozkochiwać Polki, tak jak nieco starsi kumple po fachu z The Strokes. Później M.I.A. nie można było słuchać, bo problemy jakieś z nagłośnieniem i zamykający Główną Scenę ze sporym dupnięciem Deadmau5. W namiocie jeden z lepszych występów na HOF dali Chromeo, czyli żydowsko-murzyńska para muzyków, którą jak ktoś nie zna muzyki, to zna facjaty z "Barbry Streisand". W sumie tego było tak dużo, że ciężko opisać wszystko, czekam na jakąś fajną relację, bo to co było na obsługującym festiwal onecie to żenua. Szumnie zwane relacjami nic nie wnoszące max trzyminutowe filmiki, plus pamiętnik jakiegoś dziennikarza ich, który chyba odnosił jakąś s*ksualną satysfakcję z krytykowania przy każdej okazji Coldplay, wytykania im wszystkiego i porównywania do swoich bożków.

Najważniejsze i najprzyjemniejsze masz już za sobą drogi czytelniku – teraz będzie o organizacji, absurdalnych zakazach i przepisach – więc spokojnie można akurat tego akapitu nie czytać i przejść od razu dalej, do podsumowania. Na początku małe wyjaśnienie – doceniam wielkość, renomę i sławę HOF wybiegającą daleko poza Odrę i Bug. Rozumiem, że na takim festiwalu, bez precedensu w Polsce, muszą obowiązywać bardzo sztywne i jasne zasady, chociażby dlatego żeby nie wyjść na jakichś dzikusów i ciemnogród przed całym muzycznym światem. Ale nawet patrząc przez pryzmat tych wszystkich regulaminów nie mogę zrozumieć, dlaczego w miejscu do tego przeznaczonym, czyli w depozycie, nie mogę zostawić takich produktów jak buty, czy książka. Paradoksem dla mnie było, że zamkniętych ciasteczek i wody mineralnej, bułek przygotowanych na podróż powrotną, nie mogę zostawić w depozycie, bo wiem że na teren festiwalu nawet nie mam co próbować wnosić. Dochodziło do takich sytuacji, że Pani odmawiała (NIE BO NIE) przyjęcia butów w okienku depozytu, w trakcie gdy ochroniarz bez problemu wpuścił z nimi na koncert. Wszystkie problemy związane z pozostawieniem rzeczy dało się jakoś rozwiązać i obyło się bez wyrzucania jedzenia do śmieci, ale zostało to niestety okupione stratą jakichś 40 minut i trochę nerwów. Może nie przeczytałem regulaminu dokładnie, ale i tak głupio, zwłaszcza że koszt takiej usługi to 10 zł. Dodałbym do tego jeszcze tylko jedno otwarte okienko wymiany biletów na opaski na dworcu w Gdyni (co skutkowało gigantyczną kolejką) i problemy się kończą. Świetnym rozwiązaniem są autobusy dowożące festiwalowiczów na Babie Doły, kursujące praktycznie non stop w liczbie chyba kilkudziesięciu. Co ciekawe, do pojazdów wpuszczana była mniej więcej taka ilość ludzi, żeby dla każdego znalazło się miejsce siedzące, ewentualnie stojące z dużą ilością przestrzeni wokół. Bałem się szczerze mówiąc sytuacji jak na Piastonaliach, gdy busy naładowane były do granic możliwości – tu jednak organizatorzy wykazali się większym pomyślunkiem. Obowiązującym środkiem płatności na terenie Open’era były specjalne kupony (1 – 3 zł), dzięki którym obsługa nie musiała za każdym razem wydawać reszty i wszystko szło sprawniej. Dodatkowo udało się mi kupić okazyjnie 3 kupony za 5 zł od zmęczonego Polaka - z kolei jakiś niezidentyfikowany narodowo obcokrajowiec nie był już taki miły i za swój kupon chciał regularną cenę, co za.

Chciałbym, żeby moja przygoda z HOF nie skończyła się na jednym dniu i to raczej w roli osoby towarzyszącej, bo warto tam pojechać chociażby dla klimatu wielkiego muzycznego święta. Tysiące ludzi, w większości nastawionych niezwykle przyjaźnie, z całego świata (flagi RPA, Brazylii etc.), żadnych spięć. Nawet można przeboleć tę podróż z wyznawczyniami kultu Chrisa Martina, te wszystkie zakazy, kolejki do wszystkiego i w końcu cenę karnetu w wysokości tygodniowych wakacji. I tak ta edycja nie była taka mocna, bo np. hip-hopowo wypadła bardzo miernie i tu gratulacje dla organizatorów Coke, którzy sprawdzili Kanye Westa i Kid Cudiego, a spokojnie zagwarantowała dużo wrażeń do końca życia. Wyrazem tego niech będzie najdłuższa notka w historii bloga, ale w tej sytuacji dziwnym nie jest, jak mawiają superłotry w Oplau.



poniedziałek, 23 maja 2011

Piastonalia 2011

To już jest koniec nie ma już nic, to już jest koniec możemy iść - śpiewały kiedyś Elektryczne Gitary (albo Liroy, bo hip-hop blog). Pewnie nie jedna osoba zaintonowała tę pieśń w nocy z soboty na niedzielę, bo właśnie wtedy dobiegły końca Piastonalia 2011.

Czy "nie ma już nic" można się kłócić - zostały na pewno (nie)przyjemne wspomnienia, pojemniki po alkoholu porozrzucane po wszystkich kampusach i w autobusie linii "P", a być może na bardziej radosne efekty Juwenaliów poczekamy 9 miesięcy. Zapomniałbym o najważniejszym - na wieczność pozostały w sieci wpisy b*łwanów o ilości wypitych płynów, EPICKICH bombach i genialnej zabawie przerywanej jedynie degustacją zupek chińskich, nienawidzę, jak ci poszło ostatnie kolokwium?

Line-up podobno był jednym z najlepszych w Polsce i trudno byłoby się z tym nie zgodzić. Z każdego interesującego studentów gatunku mieliśmy kogoś z pierwszej ligi, ale nie zapomnę organizatorom potraktowanie po macoszemu fanów hip-hopu i zaserwowanie im jedynie Lilu, która nijak ma się do obecnej sytuacji na scenie. Ale nic to, jestem w stanie zrozumieć czym kierowały się samorządy w tej kwestii (i nie jest to chyba kasa) i sam nawet przed ogłoszeniem składu na Juwenalia nie liczyłem na nic godnego uwagi.

Jeśli chodzi o koncerty to na pierwszym miejscu oczywiście Brodka, która o ile zjada "Grandą" całą polską scenę to wykonanie live sprawia, że góralka przeżuwa ją i wypluwa z niesmakiem na ziemię, przydeptując i opluwając na koniec. Niesamowita energia, zabawa Moniki, stare przeboje (te ckliwe ballady o miłości, ble, chociaż lubię!) w nowych wersjach, plus materiał z "Grandy" i całość doprawiona jeszcze dwoma coverami - "King of My Castle" i "Twist in My Sobriety". Jest to w mojej opinii jedyna artystka z mainstreamu, która miałaby szansę na zaistnienie za granicą i się tam nie s*urwić - ma charakter i urodę (w końcu z gór, najlepsze baby, ale TRUDNE), talent, charyzmę i gust muzyczny.

Poza Moniką w sumie mało co mnie interesowało, raczej w opcji zobaczyć i posłuchać na trawie, ale fajnie grała Marika, happysad, Strachy i Waglewscy młodzi robili r*zpierdol mocny (starego nie widziałem). In plus jeszcze "Dzień Klubowy", ale za dużo elementu aspołecznego było. Średnio wyszedł hymn, brzmiało to moim zdaniem groteskowo, że szlachta się bawi i fajnie, szkoda że robiąc syf i siejąc zgorszenie. Podobnie podział na dni ze względu na płeć, trochę sztuczny i lepszy byłby podział tematyczny.

Podsumowując trudno mieć pretensje do organizatorów, bo wyszło to ogólnie fajnie, dobre zespoły były, a to jest najważniejsze razem ze sprzyjającą pogodą. Nawet pomysł z darmowymi autobusami wypalił, abstrahując od napinającej się tam Polibudy z pijanymi troglodytami i babami jak uocirek. Największą wadą takich imprez paradoksalnie są właśnie studenci, ale co zrobisz?

PS. Na dole krótki film zmontowany z koncertu Brodki działu video bloga romantycznyrap. Odsyłam też do filmów dziennikarze.eu i klaszczę w dłonie, bo kawał dobrej roboty chłopaki odwalili z każdego dnia zabawy i w pojedynku na relacje pokonali zdecydowanie nijaką uniwersytecką telewizję, brawo!

sobota, 9 kwietnia 2011

The Pryzmats - Balon + Śmiejemy się [video]


O The Pryzmats napisałem krótko całkiem niedawno temu, kiedy byłem po kilku odsłuchach i ogromnym wrażeniem. Teraz jestem po jakichś kilkudziesięciu i wrażenie jest jeszcze większe. Nie pamiętam na dobrą sprawę kiedy jakaś polska płyta wywołała u mnie tyle radości i uśmiechu na twarzy, jak wyłapuję kolejne follow-upy w drodze na uczelnie, czy nucę pod nosem myjąc naczynia. Niebanalna treść podana w niebanalnej formie i nie będę się powtarzał już, ale apeluję do tych wszystkich, co jeszcze nie znają, żeby zaprzyjaźnili się z "Balonem" i "Śmiejemy się", bo podejrzewam, że taka przyjaźń trafia się nie często! Klipy mają wam to ułatwić, niech to będzie pierwszy krok, tak jak zaraziłem ślizg.

Mam nadzieję, że zespół będzie do usłyszenia i zobaczenia na Piastonaliach w Opolu, ale na razie wolą muzykę dla s*udenciaków i jakiś srap-srock, niech będą Beskidy rządziły, bo Brodka już jest. Chcą chłopaki grać i ja chcę i żona i Wankz (w rajtuzach) pewnie też ich chce, może nie wszystko stracone. Niby byli w Bielsku przed O.S.T.R., więc coś jak u Laika, że na gigach jarasz się supportem, JAKA PIERWSZA LIGA?



wtorek, 1 lutego 2011

2010


Spóźnione jakiś miesiąc, pisane w okresie chronicznego braku chęci i czasu, okupione bólem i cierpieniem z powodu braku weny. Będzie to bardzo subiektywne muzyczne podsumowanie roku minionego, wybory najlepszych płyt z Polski i z zagranicy, wzbogacone o jeszcze jedną kategorię - największa wpadka roku. Leniwym polecam zjazd na dół materiału i przeczytania tylko pogrubionego.

Zacznijmy od krajowego rynku i krótkiego przypomnienia 2009. Niestety, rok 2010 nie był równie obfity w dobre produkcje, jak poprzedni. W 2009 światło dzienne ujrzały takie rapowe wydawnictwa, jak np. solo Małpy (z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że to już klasyk podziemia, ale klipów to on robić nie potrafi), płyta W.E.N.A. i Rasmentalism - "Duże Rzeczy" (trochę zawód zważywszy na poziom autorów, ale i tak bardzo dobra rzecz), producencki album Quiza, polsko-kanadyjska Ortega Cartel z "Lavoramą" czy przepalona "Pierwsza Rozgrzewkowa" opolskiego Okolicznego Elementu (Jeżyk, którego już nie ma + ucze w tle video, wow). Trochę biedniej było poza sceną hip-hopową, gdzie do głowy przychodzi mi tylko pokryta dwukrotną platyną płyta "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" Hey oaz Kult i ich "Hurra". Z kolei omawiany tu rok następny przyniósł nam takie hip-hopowe pozycje, jak kolejny album warszawskiego rapera Eldo - "Zapiski z 1001 Nocy", drugą płytę duetu O.S.T.R. i Emade, czyli POE 2, zblendowane przez 2stego "Kilka Numerów O Czymś" Małpy, połączone braterskie siły w "Dziś W Moim Mieście" Pezeta i Małolata czy na koniec roku "23.55" HiFi Bandy. Na najlepszą płytę w tym zestawieniu wytypowałem "Zapiski z 1001 Nocy" Eldo - jednego z niewielu raperów (i jedynego mainstreamowego), którego owoce pracy sprawdzam zawsze, bez obawy o jakość. Warszawiak nigdy nie zawodzi, i tak było także tym razem, więc z niecierpliwością oczekuję następnego materiału z jego udziałem. Prawdziwą płytą roku moim zdaniem jest jednak "Granda" Moniki Brodki - elektryczno-popowo-etniczny ewenement na skalę krajową. Brodka zaskoczyła wszystkich wydając po kilku latach praktycznego niebytu na scenie płytę bardzo różną od tych wydawanych wcześniej, pełnych ckliwych ballad o miłości. "Granda", określana jako indie-popowa, jest dojrzała, buntownicza i przede wszystkim nowa na tym polskim ogródku muzycznym, zapełnionym wątpliwej jakości muzyką pop. Ciekawych jak wypada "Granda" live wysyłam na majówkę do Wrocławia, gdzie za stosunkowo małe pieniądze zagra m.in. Brodka, Fisz i Emade, Hey, a nawet ulubieniec gimnazjów i największy przegrany roku, Kamil Bednarek (okrzyk). Ponadto w parze ze zmianą w twórczości u góralki poszła także zmiana wizerunku, co również się chwali. Pozostając w kręgu "wizerunkowym" wypada w tym miejscu wspomnieć o wpadce roku, autorstwa Małolata. Raper z przestępczą przeszłością zapragnął "pożyczyć" sobie kilka wersów z książki Waldemara Łysiaka na potrzeby całkiem fajnego "Nagapiłem się", nie informując nikogo o tym, ani w żadnym wywiadzie, ani we wkładce albumu. Sprawa po jakimś czasie wyszła na jaw dzięki uważnym słuchaczom, ale Małolat pokrętnie tłumacząc się jedynie inspirowaniem, pogrążał się tym samym jeszcze bardziej. Co gorsza, "inspirowane" linijki Małolata były tymi najbardziej z jego zwrotki wbijającymi się w pamięć, a część słuchaczy zapewne zdążyła już uwierzyć w niezwykłą przemianę ulicznego Małolata w poetę. 

O ile rok 2010 w polskiej muzyce trudno określić jako bardzo dobry, tak za granicą wyszło kilka doskonałych pozycji, nie tylko spod znaku hip-hopu. W tym zestawieniu pod uwagę brałem dużo więcej płyt niż to miało miejsce w Polsce. Jako wierny psychofan nie mogę nie wspomnieć o Zion I i ich "Atomic Clock" - kalifornijski zespół jest znakomitym przykładem, jak udanie można się odnaleźć w nowych realiach muzycznego świata i przejść sprawnie drogę od trueschoolu do nowoczesnej elektroniki. Drugi przykład świetnej płyty, także opartej na syntetycznych beatach (chociaż tu kłaniają się raczej lata 80-te), to "Long Distance" francuskiego muzyka Onry. Pozostając we Francji muszę (kolejny raz włącza się opcja psychofan) wymienić Hocus Pocus. Kapela z Nantes z każdym swoim nowym projektem jeszcze bardziej zaskakuje i tak samo było w przypadku "16 Pieces" - albumu pełnowartościowego, spójnego, choć rozbitego na tytułowe 16 części. Przenieśmy się ponownie za ocean, do Stanów Zjednoczonych i automatycznie do dużo cięższej i mniej radosnej płyty - obok "Death in Silence" rapera i producenta Kno nie da się przejść obojętnie, tak samo jak nie sposób nie docenić jego niezwykłego talentu do beatowych majstersztyków vide chociażby singiel "Rhythm of the Rain". W czerwcu premierę nowej płyty miała legendarna grupa The Roots - znakomite "How I Got Over" jest przez wielu określane jako najlepsze w ich dyskografii. U mnie ciągle zwycięża naiwna, młodzieńcza miłość do "Phrenology", chociaż muszę przyznać, że najnowsze dziecko Questlova i przyjaciół solidnie depcze jej po piętach (zwłaszcza tytułowy kawałek, włączając w to klip). Na koniec trochę mniej hip-hopowe collabo holendersko-amerykańskie o nazwie The Foreign Exchange i ich klimatyczne, jesienne "Authenticity". Poza ramami hip-hopowymi i szeroko pojętej muzyki "czarnych", w roku 2010 także wyszło kilka solidnych pozycji, m.in. płyta artystki pop Robyn zatytułowana "Body Talk". Szwedka tym samym potwierdza tylko tezę, że skandynawska muzyka ma się nad wyraz dobrze (może nawet najlepiej w Europie), a ona sama staje się powoli gwiazdą niemal na miarę ABBY. Kolejna godna uwagi płyta datowana na 2010 to "Black Sands" brytyjskiego producenta Bonobo - samo wydawanie w stajni Ninja Tune wskazuje, że mamy do czynienia z kimś nietuzinkowym. W 2010 premierę w Polsce miał album australijskiej piosenkarki Sary Blasko. Znając polskie radia i ich częstotliwość puszczania tego samego, każdy chociaż raz miał do czynienia z singlem z "As Day Follows Night". Jest tam jeszcze kilka innych bardzo dobrych kawałków na czele z "Over & Over". Trudno ze wszystkich wyżej wymienionych wybrać najlepszy album, ale zarówno serce jak rozum podpowiada, że tytuł ten należy się Francuzom z Hocus Pocus, za stworzony znakomity pomost między jazzem, a hip-hopem, za używanie żywych instrumentów i wspaniałe produkcje 20Syla. Wyróżnienie dla The Roots, z sentymentu i podziwu dla utrzymywania przez tyle lat tak wysokiej klasy, równocześnie ciągle zaskakując czymś nowym. 

Jak podsumowanie roku, to muszę w tym miejscu wspomnieć także o śmierci jednego z najsłynniejszych i najlepszych raperów ever, członka legendarnej grupy Gang Starr, autora sagi Jazzmatazz i wreszcie założyciela Gang Starr Fundation, która pomogła wypłynąć na szerokie wody Jeru The Damaja, czy Group Home - Guru po długiej walce przegrał z rakiem w kwietniu ubiegłego roku. Po śmierci wielu muzyków z uwagi na jego niebagatelny wkład w kulturę oddało mu hołd, m.in. nagrywając dedykowane mu utwory (podobnie zrobił Guru w "Full Clip" dla Big L). 

Zdaję sobie sprawę, że mnóstwo płyt z roku poprzedniego nie słuchałem, ominąłem celowo (Eminem, Kanye) lub nie, z braku czasu czy wiedzy o nich, niektóre dopiero teraz przesłucham, cokolwiek, ale myślę, że i tak wybrane przeze mnie pozycje trudno byłoby pokonać. Pozostaje teraz tylko czekać, na to co ukaże się w ciągu następnych 12 miesięcy (już 11, wszokuwszoku) - o tym przy jakimś następnym wpisie, bo jak na razie zapowiada się bardzo ciekawie, a rok zaczął VNM wydając ""De nekst best"".

Polska płyta roku 2010 - BRODKA - GRANDA
Wyróżnienie - ELDO - ZAPISKI Z 1001 NOCY
Wpadka - MAŁOLAT

Zagraniczna płyta roku 2010 - HOCUS POCUS - 16 PIECES
Wyróżnienie - THE ROOTS - HOW I GOT OVER 

niedziela, 17 października 2010

Brodka - Granda [2010]


O tej płycie wspominałem jakiś czas temu w pierwszym odcinku JJSSTT , wtedy do odsłuchu możliwy był jeden kawałek. Rokował on na nie tylko całkiem dobry materiał ale przede wszystkim na nową jakość w polskiej muzyce popowej.

Teraz, po 3 tygodniach od premiery i kilkudziesięciu przesłuchaniach "Grandy", mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że pierwsza część zdania poprzedniego w 100% się sprawdziła ale z drugą już można polemizować. Momentami Brodka brzmi jak Nosowska, niektórzy doszukują się analogii z Anią Dąbrowską czy La Roux. Trochę to razi ale nie przykrywa dobrego ogólnego wrażenia po przesłuchaniu płyty. Tak zapowiadany przez autorkę muzyczny eklektyzm wypadł bez zarzutów - jest elektrycznie, momentami rockowo, z domieszką folkową. Są kawałki spokojne jak "Kropki i kreski" czy 'Syberia" , energiczna "Granda", jest zabawa syntezatorami w utworze "Krzyżówka dnia". Tekstowo żartobliwie (np. "W pięciu smakach", klip poniżej), namiętnie (""Saute") i po francusku vide zamykające płytę "Excipit". Wyróżnić należy także "K.O.""Szyszę"  Wyrzucając niepotrzebny i skippowany, myślę, że nie tylko przeze mnie, "Hejnał" zostanie nam 10 przyjemnych utworów (+ "Bez Tytułu") nowej i dojrzałej (nie tylko wyglądem) zwyciężczyni "Idola".

Podsumowując, nie jest to może album niesamowity, jednak w morzu popowej tandety, indie-popowa "Granda" jawi się jako nadzieja na lepsze jutro. Oby tylko było więcej Brodki w Brodce (choć może to jest Brodka?) i będzie świetnie.