Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 marca 2011

I Blame Coco - The Constant [2010]


Jakiś czas temu w jednej z gazety zobaczyłem ofertę z serii "Zagraniczna płyta - polska cena" i moją uwagę przykuła jedna pozycja - "The Constant" I Blame Coco. Nie tyle okładka (prosta), co dopisek na niej informujący, że za tą właśnie płytą stoi nie kto inny, jak córka Stinga. Byłem lekko zniesmaczony taką promocją, ale po krótkim okresie obrażania się sięgnąłem po nią i zdecydowanie nie żałuję.

Żeby nie było niejasności, to wcale nie zarzucam wokalistce, że sama wpadła na taki pomysł - podejrzewam, że najchętniej zrobiłaby wszystko, żeby odciąć się w tej kwestii od sławnego ojca i pewnie stąd pomysł na pseudonim. Niestety, kamuflaż nie udał się i teraz przy niemal każdej okazji obok Coco wtrąca się gdzieś Stinga lub The Police, co jest dość krzywdzące, bo płyta broni się sama. Jak? Przede wszystkim swoim zróżnicowaniem i wysoką jakością każdego z elementów. Są ballady o miłości i młodości, jest momentami ostro i smutno, później delikatnie i radośnie, a wszystko podane w konwencji elektroniczno-popowo-rockowej. Jest jeden jedyny, ale za to znakomity duet ze szwedzką gwiazdką Robyn (Coco płytę nagrywała głównie w Szwecji). Uwagę zwraca również głos wokalistki, chropowaty i przepity, ale dobrze radzący sobie zarówno w spokojnym "Playwright Fate", jak i mocniejszym "Caesar", i wyśpiewane nim wpadające w ucho refreny, jak np. w  "Quicker". Album równy i charakterystyczny, tak jak produkcje Stinga.

Trzeba mieć oko na Coco, bo samym debiutem dość mocno zamieszała i żal tylko, że często jedynym powodem przez który wspomina się o niej jest jej ojciec. Można tylko życzyć (słuchaczom i jej), aby wraz z kolejnymi wydawnictwami Eliot Pauline Sumner ta tendencja się zmieniła, bo młoda zasługuje na więcej niż sztuczny fame z powodu taty, co wcale nie jest takie oczywiste w światku muzycznym (casus beznadziejnych synów Cugowskiego). Polecam w całości.

wtorek, 1 lutego 2011

2010


Spóźnione jakiś miesiąc, pisane w okresie chronicznego braku chęci i czasu, okupione bólem i cierpieniem z powodu braku weny. Będzie to bardzo subiektywne muzyczne podsumowanie roku minionego, wybory najlepszych płyt z Polski i z zagranicy, wzbogacone o jeszcze jedną kategorię - największa wpadka roku. Leniwym polecam zjazd na dół materiału i przeczytania tylko pogrubionego.

Zacznijmy od krajowego rynku i krótkiego przypomnienia 2009. Niestety, rok 2010 nie był równie obfity w dobre produkcje, jak poprzedni. W 2009 światło dzienne ujrzały takie rapowe wydawnictwa, jak np. solo Małpy (z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że to już klasyk podziemia, ale klipów to on robić nie potrafi), płyta W.E.N.A. i Rasmentalism - "Duże Rzeczy" (trochę zawód zważywszy na poziom autorów, ale i tak bardzo dobra rzecz), producencki album Quiza, polsko-kanadyjska Ortega Cartel z "Lavoramą" czy przepalona "Pierwsza Rozgrzewkowa" opolskiego Okolicznego Elementu (Jeżyk, którego już nie ma + ucze w tle video, wow). Trochę biedniej było poza sceną hip-hopową, gdzie do głowy przychodzi mi tylko pokryta dwukrotną platyną płyta "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" Hey oaz Kult i ich "Hurra". Z kolei omawiany tu rok następny przyniósł nam takie hip-hopowe pozycje, jak kolejny album warszawskiego rapera Eldo - "Zapiski z 1001 Nocy", drugą płytę duetu O.S.T.R. i Emade, czyli POE 2, zblendowane przez 2stego "Kilka Numerów O Czymś" Małpy, połączone braterskie siły w "Dziś W Moim Mieście" Pezeta i Małolata czy na koniec roku "23.55" HiFi Bandy. Na najlepszą płytę w tym zestawieniu wytypowałem "Zapiski z 1001 Nocy" Eldo - jednego z niewielu raperów (i jedynego mainstreamowego), którego owoce pracy sprawdzam zawsze, bez obawy o jakość. Warszawiak nigdy nie zawodzi, i tak było także tym razem, więc z niecierpliwością oczekuję następnego materiału z jego udziałem. Prawdziwą płytą roku moim zdaniem jest jednak "Granda" Moniki Brodki - elektryczno-popowo-etniczny ewenement na skalę krajową. Brodka zaskoczyła wszystkich wydając po kilku latach praktycznego niebytu na scenie płytę bardzo różną od tych wydawanych wcześniej, pełnych ckliwych ballad o miłości. "Granda", określana jako indie-popowa, jest dojrzała, buntownicza i przede wszystkim nowa na tym polskim ogródku muzycznym, zapełnionym wątpliwej jakości muzyką pop. Ciekawych jak wypada "Granda" live wysyłam na majówkę do Wrocławia, gdzie za stosunkowo małe pieniądze zagra m.in. Brodka, Fisz i Emade, Hey, a nawet ulubieniec gimnazjów i największy przegrany roku, Kamil Bednarek (okrzyk). Ponadto w parze ze zmianą w twórczości u góralki poszła także zmiana wizerunku, co również się chwali. Pozostając w kręgu "wizerunkowym" wypada w tym miejscu wspomnieć o wpadce roku, autorstwa Małolata. Raper z przestępczą przeszłością zapragnął "pożyczyć" sobie kilka wersów z książki Waldemara Łysiaka na potrzeby całkiem fajnego "Nagapiłem się", nie informując nikogo o tym, ani w żadnym wywiadzie, ani we wkładce albumu. Sprawa po jakimś czasie wyszła na jaw dzięki uważnym słuchaczom, ale Małolat pokrętnie tłumacząc się jedynie inspirowaniem, pogrążał się tym samym jeszcze bardziej. Co gorsza, "inspirowane" linijki Małolata były tymi najbardziej z jego zwrotki wbijającymi się w pamięć, a część słuchaczy zapewne zdążyła już uwierzyć w niezwykłą przemianę ulicznego Małolata w poetę. 

O ile rok 2010 w polskiej muzyce trudno określić jako bardzo dobry, tak za granicą wyszło kilka doskonałych pozycji, nie tylko spod znaku hip-hopu. W tym zestawieniu pod uwagę brałem dużo więcej płyt niż to miało miejsce w Polsce. Jako wierny psychofan nie mogę nie wspomnieć o Zion I i ich "Atomic Clock" - kalifornijski zespół jest znakomitym przykładem, jak udanie można się odnaleźć w nowych realiach muzycznego świata i przejść sprawnie drogę od trueschoolu do nowoczesnej elektroniki. Drugi przykład świetnej płyty, także opartej na syntetycznych beatach (chociaż tu kłaniają się raczej lata 80-te), to "Long Distance" francuskiego muzyka Onry. Pozostając we Francji muszę (kolejny raz włącza się opcja psychofan) wymienić Hocus Pocus. Kapela z Nantes z każdym swoim nowym projektem jeszcze bardziej zaskakuje i tak samo było w przypadku "16 Pieces" - albumu pełnowartościowego, spójnego, choć rozbitego na tytułowe 16 części. Przenieśmy się ponownie za ocean, do Stanów Zjednoczonych i automatycznie do dużo cięższej i mniej radosnej płyty - obok "Death in Silence" rapera i producenta Kno nie da się przejść obojętnie, tak samo jak nie sposób nie docenić jego niezwykłego talentu do beatowych majstersztyków vide chociażby singiel "Rhythm of the Rain". W czerwcu premierę nowej płyty miała legendarna grupa The Roots - znakomite "How I Got Over" jest przez wielu określane jako najlepsze w ich dyskografii. U mnie ciągle zwycięża naiwna, młodzieńcza miłość do "Phrenology", chociaż muszę przyznać, że najnowsze dziecko Questlova i przyjaciół solidnie depcze jej po piętach (zwłaszcza tytułowy kawałek, włączając w to klip). Na koniec trochę mniej hip-hopowe collabo holendersko-amerykańskie o nazwie The Foreign Exchange i ich klimatyczne, jesienne "Authenticity". Poza ramami hip-hopowymi i szeroko pojętej muzyki "czarnych", w roku 2010 także wyszło kilka solidnych pozycji, m.in. płyta artystki pop Robyn zatytułowana "Body Talk". Szwedka tym samym potwierdza tylko tezę, że skandynawska muzyka ma się nad wyraz dobrze (może nawet najlepiej w Europie), a ona sama staje się powoli gwiazdą niemal na miarę ABBY. Kolejna godna uwagi płyta datowana na 2010 to "Black Sands" brytyjskiego producenta Bonobo - samo wydawanie w stajni Ninja Tune wskazuje, że mamy do czynienia z kimś nietuzinkowym. W 2010 premierę w Polsce miał album australijskiej piosenkarki Sary Blasko. Znając polskie radia i ich częstotliwość puszczania tego samego, każdy chociaż raz miał do czynienia z singlem z "As Day Follows Night". Jest tam jeszcze kilka innych bardzo dobrych kawałków na czele z "Over & Over". Trudno ze wszystkich wyżej wymienionych wybrać najlepszy album, ale zarówno serce jak rozum podpowiada, że tytuł ten należy się Francuzom z Hocus Pocus, za stworzony znakomity pomost między jazzem, a hip-hopem, za używanie żywych instrumentów i wspaniałe produkcje 20Syla. Wyróżnienie dla The Roots, z sentymentu i podziwu dla utrzymywania przez tyle lat tak wysokiej klasy, równocześnie ciągle zaskakując czymś nowym. 

Jak podsumowanie roku, to muszę w tym miejscu wspomnieć także o śmierci jednego z najsłynniejszych i najlepszych raperów ever, członka legendarnej grupy Gang Starr, autora sagi Jazzmatazz i wreszcie założyciela Gang Starr Fundation, która pomogła wypłynąć na szerokie wody Jeru The Damaja, czy Group Home - Guru po długiej walce przegrał z rakiem w kwietniu ubiegłego roku. Po śmierci wielu muzyków z uwagi na jego niebagatelny wkład w kulturę oddało mu hołd, m.in. nagrywając dedykowane mu utwory (podobnie zrobił Guru w "Full Clip" dla Big L). 

Zdaję sobie sprawę, że mnóstwo płyt z roku poprzedniego nie słuchałem, ominąłem celowo (Eminem, Kanye) lub nie, z braku czasu czy wiedzy o nich, niektóre dopiero teraz przesłucham, cokolwiek, ale myślę, że i tak wybrane przeze mnie pozycje trudno byłoby pokonać. Pozostaje teraz tylko czekać, na to co ukaże się w ciągu następnych 12 miesięcy (już 11, wszokuwszoku) - o tym przy jakimś następnym wpisie, bo jak na razie zapowiada się bardzo ciekawie, a rok zaczął VNM wydając ""De nekst best"".

Polska płyta roku 2010 - BRODKA - GRANDA
Wyróżnienie - ELDO - ZAPISKI Z 1001 NOCY
Wpadka - MAŁOLAT

Zagraniczna płyta roku 2010 - HOCUS POCUS - 16 PIECES
Wyróżnienie - THE ROOTS - HOW I GOT OVER 

czwartek, 6 stycznia 2011

Folklor - 100% Rap Flavoured Ski Movie [2010]


Najbardziej oczekiwany polski film narciarski A.D. 2010 w końcu dostępny dla wszystkich. Po kilku miesiącach od touru po kilku polskich miastach i wyświetlania przy pękających w szwach salach kinowych, doczekaliśmy się "Folkloru" w internecie, w jakości HD, podarowanego w święta Bożego Narodzenia. Jaki był to prezent i czy faktycznie jest to najlepszy film tego typu rodem z Polski?

Oczekiwania były spore bo i elementy składowe produkcji nietuzinkowe. Riderzy? Sama polska czołówka - w rolach głównych team twotip, czyli Piotr Wojarski i Bartek Sibiga, a jako drugoplanowi aktorzy m.in. Szczepan Karpiel i Marek Doniec. Za reżyserie wziął się znany z wielu editów i niepowtarzalnego stylu filmowania Michał Całka aka Tenczys, a miejscówki na których przyszło jeździć ekipie z "Folkloru" były zróżnicowane - zaczynając od Katowic, na Saas Fe kończąc. Wszystko to okraszone w 100% polską muzyką, np. HIFI BandyHemp Gru czy Małpy i 2stego. Wszystko na pierwszy rzut oka brzmi niezwykle zachęcająco, ale także stawia wysoko poprzeczkę.

Na szczęście wszystko wyszło wyśmienicie - narciarze (dodając do tego pojawiających się także zagranicznych gości w osobach Jamesa Woodsa, Christiana Bieriego i wielu innych) trzymają wysoki i równy poziom, chociaż wypadałoby wyróżnić Bartka Sibigę za double rodeo, niespotykane dotąd w polskich produkcjach. Jazda jest poprzeplatana lifestylowymi ujęciami z imprezy, samochodu, alpejskimi landschaftami, gonieniem zwierząt i wizytą Bartka u lekarza, które wypadają równie ciekawie jak skoki w parkach czy sesje na osiedlowych rurach. Wizualnie, zwłaszcza oglądając w HD, wygląda to wszystko znakomicie i klimatycznie, więc wielkie słowa uznania pod adresem Tenczysa. Dodamy do tego, że "Folklor" został w całości sfinansowany z własnej kieszeni, bez pomocy sponsorów i mamy już cały obraz tej bardzo dobrej produkcji. W moim odczuciu jedynie muzyka jest level niżej, bo zamiast  mainstreamowych wykonawców jak np. Vienio, widziałbym bardziej w*urwionych undergroundowych W.E.N.Ę. lub Zkibwoya - jest to i tak moja własna subiektywna opinia, z która pewnie wielu się nie zgodzi. Podsumowując, odpowiadam twierdząco na pytanie zadane wcześniej - jest to najlepsza i najbardziej bijąca "polskością" i prawdziwym klimatem nart produkcja opatrzona napisem made in Poland, ale patrząc na progres i systematyczność wypuszczania nowych materiałów całego odpowiedzialnego za "Folklor" teamu pewnie za jakiś rok się to zmieni.


Folklor from Michael Ten Calka on Vimeo.

Strona filmu, a w niej m.in. soundtrack i opis autora - www.folklormovie.com

czwartek, 16 grudnia 2010

POE - Złodzieje zapalniczek [2010]



W jednej z piosenek Ostrowski rozwija skrót POE jako "prawda o ewolucji". Niestety, prawda jest gorzka i widoczna "gołym" uchem - O.S.T.R. jest wtórny i nudny od dłuższego czas a deklarację o zrobieniu swojej części projektu w 3 dni odczytuję jako brak szacunku dla słuchacza. Płytę ratuje producent Emade, potwierdzając, że w swym fachu jest jednym z najlepszych w Polsce.

Nie znacza to jednak, że "Złodzieje zapalniczek" to słaby krążek. Jest to bardzo solidna pozycja, zdecydowanie wyróżniająca się na polskiej scenie hip-hopowej. Trudno jednak nie ulec wrażeniu, że O.S.T.R. ostatnich kilku lat to artysta, który w warstwie lirycznej nie poczynił żadnych postępów - ba, linijki takie jak np. "jak trunek - alkohol" wskazują raczej na spory regres łodzianina (kaliszanina?). Paradoksalnie najlepszy numer na krążku, "Nie odejdę stąd", tekstowo najbardziej kuleje i - jeśli wierzyć Ostrowskiemu, że teksty napisał w 3 dni w trakcie prowadzenia auta - wypada tylko współczuć temu, kto zapisywał takie bzdury. Później jest już tylko lepiej (np. "Twarz") a i jeśli chodzi o flow to O.S.T.R. nie daje zapomnieć, że jest ciągle wyróżniającą się postacią w Polsce. Również tak bardzo ostatnimi czasy krytykowany skrzeczący głos rapera nie przeszkadza jakoś szczególnie. Natomiast z Emade sytuacja jest zupełnie odwrotna. Beat w "Nie odejdę stąd" (poniżej) z głosem Mariki ma niesamowity vibe ale reszta produkcji jest już słabsza. Słabsza nie oznacza słaba -"Raj młodocianych bogów 2" czy "Nadzieja" to ciągle poziom nie do przeskoczenia dla znakomitej większości polskich beatmakerów.

Nie da się uniknąć w przypadku tego krążka porównań z pierwszym POE pod tytułem "Szum Rodzi Hałas" z roku 2005, który wtedy zrobił niesamowity, nomen omen, szum. Przy tej płycie takiego bym się nie spodziewał, chociaż rzesze psychofanów Adama już zwiastują kolejny klasyk, stawiając "Złodzieje zapalniczek" na półce ch(w)ały tuż obok swoich innych bożków - 2Paca, Magika i K44. Niestety, sam Ostry postarał się, żeby tak się nie stało a naprawdę wystarczyło się trochę bardziej postarać.

środa, 8 grudnia 2010

Separation + Batafli Lakaflaj [2010]

 Wydaje się, że w naszej części Europy na scenie freeski wyróżniają się dwie nacje - Polacy i Czesi. O Polakach było przy okazji "The Emotions", będzie także gdy w net zostanie wypuszczony "Folklor". Teraz kolei na Czechów. W jubileuszowym dwudziestym wpisie na blogasku zaprezentuję najnowszą produkcję naszych południowych sąsiadów - "Separation" oraz mniejszą ale równie ciekawą (nie tylko przez nazwę) - "Batafli Lakaflaj".

Nie ma się co długo rozpisywać - Czesi przyzwyczaili fanów freeskiingu, że regularnie wypuszczają swoje nowe produkcje, za każdym razem lepsze i bardziej profesjonalnie wykonane. Nie inaczej było tym razem bo "Separation" stanowi krok do przodu od czasu "Stylu" dokumentującego zimę 2008 i wręcz skok w porównaniu do "Search" z sezonu 2007. Trudno wyróżnić jakikolwiek segment bo wszyscy - Jirka Volak, Robin Holub, Filip Taraba i Pepe Kalensky - trzymają podobny, wysoki poziom i dotyczy to zarówno sekwencji na "kikrach" jak i na boksach i railach. Muzyka to głównie dynamiczny dubstep, idealnie współgrający z filmem a lifestylowe przerywniki nie są w żadnym wypadku monotonne i nudne.


Separation Movie from illegal production on Vimeo.

***

Uzupełnieniem powyższej produkcji jest "Batafli Lakaflaj". Znajduje się tam wszystko, czego próżno szukać w "Separation", czyli street, zawody i freeride. Według opisu, w filmie główną rolę "gra" Robin Holub ale przez obraz przewijają się także jego koledzy z "Separation" oraz inni czescy freeskierzy - m.in. Martin Horak i Dan Koudelka. Przez chwilę pojawiają się rownież polskie akcenty w osobie Szczepana Karpiela i Jana Krzysztofa. Nie jest to może film na miarę "Separation" ale wart zdecydowanie tych kilkudziesięciu minut.


Bataflí Lakaflaj from Fullface Productions on Vimeo.

środa, 1 grudnia 2010

Kno - Death In Silent [2010]



Z recenzją "Death In Silent" czekałem dość długo bo od jej premiery minęły prawie dwa miesiące. Przez ten czas zdanie na jej temat trochę zmieniłem, jednak główna myśl pozostała bez zmian - solowy debiut Kno to kawał dobrej muzyki.

Już po pierwszym kontakcie z płytą, spojrzeniu na jej tytuł, tracklistę i okładkę, nasuwa się myśl, że nie będzie to płyta radosna, przyjemna i bujająca - wszak tematy typu śmierć, cmentarz, samotność, płacz (jedynie "Smile" łamie tę konwencję) kojarzą się jednoznacznie smutnie. Po dalszym poznaniu płyty okazuje się, że to pierwsze powierzchowne spojrzenie nie było wcale mylne. Kno zaserwował płytę pełną emocji, w większości niezbyt przyjemnych, mroczną i tajemniczą. Piosenki idealnie nadające się na jesienne spacery, klimatyczne, różnorodne tematycznie (chociaż pod wspólnym, smutnym mianownikiem) i doskonałe muzycznie. Warstwa liryczna również na wysokim poziomie, z kolei po rapowaniu samego Kno spodziewałem się czegoś więcej. Można mu jednak wybaczyć nudne momentami flow, mając na uwadze to co zrobił z podkładami i jego dobry głos. Co do gości - członek Cunninlynguists zaprosił solidnych, m.in.Tonedeffa, Tunji czy kolegów z CL - Nattiego i Deacona The Villain. Ze wszystkich piosenek na czoło wysuwa się "Rhythm Of The Rain", singiel wypuszczony przed premierą krążka, do którego powstała także okładka - moim zdaniem lepsza od "Death In Silent". Kolejnym singlem był "La Petite Mort (Come Die With Me)" opowiadający o przyjemnej, metaforycznej "małej śmierci" - również z osobną okładką oraz z klipem (do oglądnięcia poniżej). Poza tym na większą uwagę zasługuje także "Loneliness", "Spread Your Wings", "I Wish I Was Dead", "Not At The End" i "Graveyard" z beznadziejnym teledyskiem. Reszta, podobnie jak cała płyta, także bardzo konkretna.

We wstępie wspomniałem, że zdanie na jej temat zmieniłem wraz z upływem czasu  - po początkowym zachwycie wszystkim co z nią związane i kilkukrotnym odsłuchu z wypiekami (chleb, ciasto, skojarz follow-up) na twarzy, odstawiłem ją na "półkę". Powróciwszy jakiś czas później stwierdziłem, że klimat mimo wszystko zbyt ciężki i przygnębiający. Nie zmienia to jednak faktu, że debiut to wyśmienity i wprost idealny do jesiennego kopania liści i biegania po kałużach w rytmie deszczu. Słowem podsumowania - klimatyczny i muzyczny r*zpierdol z dobrymi raperami a sam Kno potwierdza, że południe to nie tylko grille na zębach, d*iwki i Dom Perignon na ich c*ckach, powpowpow.


niedziela, 21 listopada 2010

The Emotions [2010]



Film zapowiadałem początkiem września, jakiś tydzień przed jego premierą w Zakopanem. Życzyłem sobie wtedy, żeby "The Emotions" było chociaż tak dobre jak zeszłoroczne "Into The White". To się nie udało ale, cytując klasyka, "i tak jest z*jebiście".

"The Emotions" jest obrazem dokumentującym zagraniczne wojaże ekipy znanej z zeszłorocznego "Into The White" - Michała Trzebuni, Piotra Gnalickiego, Kostka Strzelskiego, Łukasza Murawskiego, wspieranych momentami przez Michała Całkę czy Andrzeja Lesiewskiego. Dzięki pomocy licznych sponsorów, m.in. z branży informatycznej, mogli dojechać swym camperem i sprawdzić się we Włoszech (Alagna), Austrii (Sant Anton am Arlberg, Krippenstein) i Francji (La Grave). Wyszedł z tego bardzo ciekawy film, nie tyle narciarski co górski - mózg produkcji Michał Trzebunia prezentuje w "The Emotions" wiele przebitek obrazujących zwierzęta i piękne alpejskie landschafty. Żałuję jedynie, że nie ma żadnych ujęć z parku lub szaleńczych szarpnięć ze skał w BC ale ich brak usprawiedliwiony jest stricte freeridowym profilem filmu. Polecam z czystym sumieniem i nadzieją, że za rok znowu będzie dobrze.

The Emotions from Michal Trzebunia on Vimeo.

Blog "Monte Rosa Freeride Trip" -  http://monterosa-theemotions.blogspot.com/

wtorek, 26 października 2010

The Foreign Exchange - Authenticity [2010]


Jesień trochę już trwa, od jakiegoś czasu przychodzi nam chodzić po wyścielonych kolorowymi liśćmi chodnikach, coraz szybciej robi się ciemno a temperatura nie rozpieszcza. Jak w tę rzeczywistość wpisuje się pierwsza jesienna płyta? 

Niezwykły duet producenta Nicolaya oraz znanego z zespołu Little Brother rapera Phonte trudno zaklasyfikować do jednego rodzaju muzyki. O ile pierwszą płytę The Foreign Exchange "Connected" (stworzoną na odległość, za pośrednictem okayplayer.com) można zaliczyć do hip-hopu, to na drugiej "Leave It Alle Behind", z nominowanym do nagrody Grammy "Daykeeper", przeważa r&b - nie tylko w wykonaniu Phonte ale także na podkładach Nicolaya. Trzecie dziecko pt. "Authenticity" duetu holendersko-amerykańskiego zdaje się zrywać całkowicie z hip-hopem. W zamian otrzymujemy spójny materiał, z ciekawym efektem stopniowania nastroju - od spokojnego początku do zaskakująco radosnego końca. Najlepszym utworem zdaje się być singiel "Maybe She'll Dream Of Me " poza tym "Laughing At Your Plans" oraz nieco dyskotekowe "Dont' t Wait". Tekstowo oczywiście o miłości, tęsknocie, bezpieczeństwie. Wszystko to świetnie zaśpiewane przez Phonte i nielicznych gości w osobach m.in. YahZarah (była na singlu z pierwszej płyty "Sincere")  lub Dariena Brockingtona na specyficznych podkładach Nicolaya (dużo fortepianu, elektronika, gitara) daje album, którego słucha się od początku do końca z wielką przyjemnością. I to nie tylko, jakby się zdawało po okładce, ponurą jesienią.

PS TFE trzyma poziom nie tyko płytą - kolejny raz sroga okładka, zarówno do singla jak i do "Authenticity". W prostocie siła!

niedziela, 17 października 2010

Brodka - Granda [2010]


O tej płycie wspominałem jakiś czas temu w pierwszym odcinku JJSSTT , wtedy do odsłuchu możliwy był jeden kawałek. Rokował on na nie tylko całkiem dobry materiał ale przede wszystkim na nową jakość w polskiej muzyce popowej.

Teraz, po 3 tygodniach od premiery i kilkudziesięciu przesłuchaniach "Grandy", mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że pierwsza część zdania poprzedniego w 100% się sprawdziła ale z drugą już można polemizować. Momentami Brodka brzmi jak Nosowska, niektórzy doszukują się analogii z Anią Dąbrowską czy La Roux. Trochę to razi ale nie przykrywa dobrego ogólnego wrażenia po przesłuchaniu płyty. Tak zapowiadany przez autorkę muzyczny eklektyzm wypadł bez zarzutów - jest elektrycznie, momentami rockowo, z domieszką folkową. Są kawałki spokojne jak "Kropki i kreski" czy 'Syberia" , energiczna "Granda", jest zabawa syntezatorami w utworze "Krzyżówka dnia". Tekstowo żartobliwie (np. "W pięciu smakach", klip poniżej), namiętnie (""Saute") i po francusku vide zamykające płytę "Excipit". Wyróżnić należy także "K.O.""Szyszę"  Wyrzucając niepotrzebny i skippowany, myślę, że nie tylko przeze mnie, "Hejnał" zostanie nam 10 przyjemnych utworów (+ "Bez Tytułu") nowej i dojrzałej (nie tylko wyglądem) zwyciężczyni "Idola".

Podsumowując, nie jest to może album niesamowity, jednak w morzu popowej tandety, indie-popowa "Granda" jawi się jako nadzieja na lepsze jutro. Oby tylko było więcej Brodki w Brodce (choć może to jest Brodka?) i będzie świetnie.

(...) a uwierz wolałbym Masta Ace i Marco Polo!

Sezon 2010/11 na uczelni trwa już jakieś dwa tygodnie, teraz 9 miesięcy nauki, tak to życie toczy się po O*olu!

Scenariusz jak co roku - kampus zapełnia się na powrót s*udentasami, nowi organizują się na portalach społecznościowych w ramach zapoznawczego spotkania (żeby się lepiej poznać, w końcu nie dane im będzie rozmawiać o zainteresowaniach i blabla w trakcie roku) a właściciele punktów xero zacierają ręce. Wakacje? Cóż, nie dany mi był w tym roku ani relaks na rajskiej plaży ani nawet na brudnopiaskowej polskiej. Zamiast tego było dużo pyłu we włosach, setki metrów kabli i łańcuchów do mierzenia i sklejanie książek po nocach. O niezapomniane emocje zadbał natomiast kot, urządzając sobie na moich oczach loty z 4 piętra bez zabezpieczeń. Widocznie wspólne oglądanie seriali nie dostarczało mu takich silnych wrażeń.

Na deser piosenka Ashera Rotha rzecz jasna o ciekawszej części s*udiowania, studia to nie tylko xerówki, płaszcze, kawa w papierowym kubku czyli dorosłe życie 2.0 bo sam wypełniasz lodówkę, byle tylko się nią nie zachłysnąć i dotrwać do pudeł w Tesco!

czwartek, 19 sierpnia 2010

Onra - Long Distance [2010] + Stuck In The Eighties

Dziś będzie muzycznie i narciarsko ale pod wspólnym mianownikiem - w klimacie lat 80-tych. Disco, syntezatory, kolorowe ciuchy i dywany na karku!



„Long Distance” to znakomita mieszanka dźwięków syntezatorów rodem z lat 80-tych, funku, soulu i alternatywnego hip-hopu. Wszystkie te elementy wymieszał z doskonałymi proporcjami i zaserwował słuchaczom Arnaud Bernard, szerszej (chociaż i tak wąskiej) publiczności znany jako Onra.

Francuz (chociaż oczy trochę zdradzają jego wietnamskie korzenie) z Paryża na płytę zaprosił m.in. T3 z legendarnego składu Slum Village czy Olivera Daysoula. Ten ostatni użyczył swojego głosu do tytułowej piosenki, bujającej niczym Prince z najlepszego okresu. Podobne świetne brzmienie ma kawałek "High Hopes" z gościnnym udziałem Reggie B. - mój ulubiony utwór na „Long Distance”. Hip-hop znajdziemy w piosence z T3 "The One", chociaż ciągle jest to hip-hop w wydaniu „slamwilydżowym” czyli z ogromnymi wpływami soulu lub funku. Potencjał dyskotekowy mają "Mechanical"'Wonderland" a smak lat 80-tych zaznamy przesłuchując "To the Beat" z Walterem Mecca. Odnoszę wrażenie, że „Long Distance” jest płytą znakomitą na wiele okazji, że mogłaby spokojnie lecieć na imprezie tak samo jak w aucie w czasie powrotu z baciarki (P*ŁEŚ? NIE JEDŹ, PAMIĘTAJ!).
Można zarzucić Onrze, że brzmi prawie jak J Dilla, jak Madlib, że brak mu wyraźnego, własnego stylu jednak mimo wszystko nie można zaprzeczyć, że płyta nie ma TEGO CZEGOŚ co pozwala ją przesłuchać bez zbędnego skippowania utworów a fakt, że brzmi podobnie do wielkich producenckiego świata uznajmy za plus dla Bernarda. Dodam jeszcze, że okładka wygląda nad wyraz godnie dla tego krążka.
Poniżej LP w półtorej minutowym zwiastunie i dodatkowo "High Hopes".





***

Nie będę się długo rozwodził nad "Stuck In The Eighties". Świetne ujęcia, dobre tricki i równie znakomite miejscówki (Norwegia, Szwecja, US and A) a wszystko przy soundtracku z tytułowych lat 80-tych XX wieku. Widać po chłopakach zajawę i to, że są po prostu grupą kumpli o podobnych zainteresowaniach i dobrze się przy tym bawią. Bo przecież o to chodzi, nie?


STUCK IN THE EIGHTIES - by happyproductions from Happypro on Vimeo.

czwartek, 6 maja 2010

Hocus Pocus - 16 Pieces [2010]



Chciałbym napisać, że jest to najlepsza płyta w tym roku. Niestety, wrodzony profesjonalizm nie pozwala mi tego zrobić. Nie dlatego, że ta płyta nie zasługuje na takie miano. Ano dlatego, że nie przesłuchałem dotychczas ani jednej (oprócz tej) całej płyty datowanej na 2010 rok. Mogę jednak z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że ciężko będzie zrobić cokolwiek lepszego. 

"16 Pieces" to płyta, której nie mogę praktycznie zarzucić niczego. Zaczynając na okładce, prostej acz ciekawej, przez głos i flow 20Syla na samych podkładach kończąc. A te są, jak zawsze w przypadku Francuzów, doprawdy znakomite. Świetne połączenie żywych instrumentów jak perkusja czy gitara, z samplami, tworzące spójna całość, wręcz nakazującą bujania głową. Jakbym miał wyróżnić jakieś kawałki szczególnie to na pewno na takie miano zasługuje "WO:OO""Signes Des Temps" z wkręcającym się w głowę refrenem i gościnnym udziałem m.in. Mr. J. Medeirosa lub otwierające płytę "Beautiful Losers", do którego nakręcono (narysowano?) świetny klip, który można zobaczyc poniżej. Jedyne do czego można się przyczepić tej płycie to fakt, że jest praktycznie w całości po francusku. W takim razie bez znajomości języka Thierrego Henry trudno jarać się warstwą liryczną albumu jednak jestem przekonany, że i ta jest na najwyższym poziomie. Innych wad nie widzę, czekam na kolejne klipy,remixy i następną płytę oby tak samo dopieszczona jak "16 Pieces".