Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hip-hop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hip-hop. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 października 2012

Okoliczny Element - Kosze zerwane [2012]


Ninja to taki gość, który pojawia się znienacka i robi swoje. W przypadku nowego albumu i zarazem pierwszego legalnego Okolicznego Elementu jest identycznie - nic nie zapowiadało tak dobrej płyty.

Wypuszczone przedpremierowo single zwiastowały regres formy Nin-Jah (tego z Okolicznego, nie wojownika) i Mejdeja, szczególnie w warstwie lirycznej. Jeden z drugim internauta zwiastował zza ekranu upadek Okolicznego i zjadanie własnego ogona - to, co było głównym atutem zespołu stało się trochę karykaturalne i nie do przyjęcia. Formuła melanżowa wydawała się wyczerpana, w dodatku premiera zaplanowana na chłodny październik nie pasowała do luźnego klimatu Okolicznego Elementu. Co mądrzejsi jako powód takiego stanu rzeczy wskazywali wejście na legalną ścieżkę i dostosowanie się do wymagań wytwórni Step.

Jednak to, co miało być końcem Okolicznego, stało się tak naprawdę drugim oddechem zespołu i w żaden sposób nie została zachwiana tożsamość grupy. Na "Koszach zerwanych" dobrze zostały wyważone poważne tematy z radosnymi i luźnymi, ale wciąż wszystko jest nawinięte w specyficznym klimacie Okolicznego. Mimo że Nin-Jah i Mejdej to rapersko mocna klasa średnia na polskim rynku, nie można im odmówić talentu do pisania fajnych i ciekawych tekstów, autentyczności i ucha do przyjemnych refrenów z vibem. Na dłuższą metę irytować może jednak ilość porównań i nawiązań, w szczególności do wcześniejszego dorobku zespołu, dość łatwych do wychwycenia i nieco jednostajne flow obu reprezentantów Opola.

Tak samo jak w przypadku poprzednich dwóch albumów, tak samo "Kosze zerwane" mają świetną warstwę muzyczną. Zarówno Mejdej, jak i Urbek zrobili tu kawał dobrej roboty - pierwszy wygrał hip-hop podkładem do "Szczęścia", drugi do "Zasad i kwasów". Z gościnnych zwrotek godna uwagi jest szczególnie Emilia w "Tysiące snów" i ewentualnie stary dobry Renault w "W witrynach zakupy", gdzie refren akurat fajnie został nawiązany do klasyki Wu-Tang Clan. Średnio wypadli Ras z Te-Trisem, a zupełnym nieporozumieniem jest obecność DJ BRK - człowieka, który powinien poprzestać na robieniu beatów, ewentualnie zbijaniu kasy na gimbusach z Grubsonem. Szufla, którego obecność jak na każdym materiale OE trudno zdefiniować, bo ni to członek zespołu z jedną zwrotką, ni gość, trzyma swój poziom i chronicznie powoduje uśmiech na twarzy - jakby ktoś szukał 100% Okolicznego i klimatu z "Balsam party" to odsyłam do kawałka właśnie z Szuflą.

Podsumowując, pewnie będzie to jedno z większych zaskoczeń w tym roku. Wbrew pozorom to płyta spójna i choć momentami mocno kontrastująca, to wciąż pod jednym mianownikiem i podążająca w jednym kierunku. "Kosze zerwane", które miały być wielkim zawodem i zdawały się nadawać na maksymalnie jeden odsłuch z obowiązku, stał się solidnym kandydatem do listy najlepszych pozycji w roku 2012. Może nie będą atakować najwyższych pozycji, ale z pewnością umilą swym letnim klimatem niejeden zimny jesienny wieczór.    

Tu posłuchasz "Koszy zerwanych", a poczytać o zeszłorocznych "Schodach donikąd" możesz tu.



PS. Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #16: Opole

środa, 10 października 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #16: Opole


Opole stolicą polskiej muzyki jest i basta. Myśląc Opole widzimy amfiteatr, z charakterystyczną więżą w tle, a na scenie gwiazdy muzyki - te z panteonu, te drugoligowe, czy wreszcie te dopiero stojące u progu kariery. Równocześnie jednak gdy renoma odbywającego się tam praktycznie nieprzerwanie od 1963 roku Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej stopniowo podupadała, aż stał się on nie festiwalem najlepszej polskiej muzyki, a koncertem zblazowanych muzyków i ostatnią szansą dla stetryczałych peerelowskich gwiazdeczek, to opolski rap wyrabiał sobie markę. Dla młodych Opole to powoli nie była już Rodowicz i Steczkowska, a Dinal czy Okoliczny Element, których nie łączyło tylko miejsce zamieszkania, ale także wyluzowany, nie do podrobienia styl, idący dodatkowo w parze z techniką. I nie zmieni tego nawet fakt, że rapowe Opole zaliczyło ostatnio spory regres, w dodatku na opinie wpływa miejscowa wytwórnia Step Records, której target oscyluje w granicach wczesnego gimnazjum.

Ten przydługi post będzie swoistym hołdem i pożegnaniem się z tym miastem, w którym przyszło mi spędzić trzy lata - przykrym wnioskiem z wyprowadzki jest fakt, że zamieniwszy 120 tysięczne miasto na ponad sześć razy większe, równocześnie wyjechałem na istną rapową pustynię. #kraków

PS. Oczywiście braknie tu komuś Jareckiego, ale łagodnie rzecz ujmując - "nie przekonuje mnie". East West Rockers też celowo pominięte, nie pasuje do koncepcji.

1. Dinal - W strefie jarania i w strefie rymowania



Absolutny klasyk, najważniejsza dla mnie płyta obok "Na legalu?", taka, którą znam na pamięć i podśpiewuję za każdym razem jak leci, a gdybym był Mesem to bym sobie wydziabał okładkę zamiast "Dark Side Of The Moon". Dinal wygrał nią rap, jest tu wszystko czego można oczekiwać od płyty i jest to najlepsza definicja luźnego opolskiego stylu. Chociaż chłopaki podkreślają, że "ma być fajnie, bo trudno" i porównaniami, metaforami i nawiązaniami sypią non stop (dowód), to tematycznie nie jest nudno - storytelling, kawałki o miłości, o zdrowym odżywianiu, stylowe bragga. Bardzo szkoda, że wydane w 2006 "WSJIWSR" to ostatnia płyta Wankeja i spółki. Każdy z nich poszedł w inną stronę (Wankej - naukowiec w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Opolskiego, coś tam chce nagrać ale nie wychodzi; Mejdej - Okoliczny Element; Urb - didżejska banda Gram-O-Phonics; Karol - nie wiem, chyba skończył z muzyką na dobre), ale i tak do zobaczenia w lepszych czasach. "WSJIWSR" ma także wersję z remixami zatytułowaną "Zagubione indeksy (Indeksy i rarytasy)" - polecam szczególnie "Modę na sos".

2. Dinal - Kaseta demonstracyjna



Trzy lata przed wydaniem "WSJIWSR" na nielegalnym rynku pojawiła się "Kaseta demonstracyjna" - winyl wydany własnym sumptem, z zajawki. Minęło 9 lat od premiery, a ona wciąż się nie nudzi i zaskakuje świeżością. W związku z wydaniem "Kasety..." miał miejsce pewnie jedyny kontakt opolskiej grupy z telewizją, kiedy to do programu MTV zaprosił ich O.S.T.R i tym samym chłopaki poszli śladem Madame Tussauds. Wypadli uroczo, polecam część pierwszą, z boku będzie druga.

3. Chuck D Fresh - Chuck D. Fresh



2001, spada na miasto bomba - Chuck D Fresh nowa płyta. W rolę tytułowego Chucka aka Miałem Każdą wcielił się Karol z Dinala, który na płytę zaprosił całą śmietankę opolskiej sceny. Najciekawsze, że płyta robiona jest dla żartów, a słusznie ktoś zauważa, że i tak ma najlepsze melodie i buja sakramencko.

4. Da Mastaz - Beatz on da streetz



Najbardziej amerykańska z polskich płyt, równocześnie wyśmiewająca cały hip-hop. Prawdziwe opowieści z osiedlowych uliczek, z suki, o ciuchach, dragach, deskorolce, r*chaniu biczys, nawet Ś.P. drukowany Ślizg się pojawia. Jedna piosenka zjada "Beatz on da streetz" cały Swag Jak Skurwysyn (prócz Zioła).

5. Monitor FM - Monitor fucks monitor 



Słuchając tego chcesz być ich funflem, razem jechać nad wodę maluchem lub bryką Jacka starego, ścigać się escortem lub skodą i robić murki na rolkach-demolkach. Płyta ma także walor edukacyjny - nie musisz brać marychy, żeby być odlotowy, nie pal trawki, bo się udusić możesz, a w lesie gaś ognisko - hitem tego kawałka jest także śpiew Wankeja, nie polecam słuchać głośno.

6. Monitor FM - Monitor ist zuruck



Monitor jest z powrotem, ale w gorszej formie i tym razem prosto z Westfalii (falii). Nie zmienia to jednak faktu, że to i tak TOP 10 niemieckiego rapu, z własną półką w Empiku o furach i tuningu audików. Niemiecka mniejszość narodowa, której pełno w tych rejonach, powinna być dumna.

7. Okoliczny Element - Pierwsza rozgrzewkowa



Debiutancki nielegal Okolicznego Elementu, czyli Nin-Jah i Mejdeja, to jedyna płyta nagrana na poważnie, która zbliżyła się chociaż trochę do poziomu Dinala. "Pierwsza rozgrzewkowa" to obowiązkowy materiał na każde lato, bo chociaż do raperów można mieć trochę zażaleń, to do klimatu nigdy. Płytę dopełnia klip nagrany na kultowych opolskich miejscówkach - pl. Teatralny, boisko na WSP, sklep Jeżyk, kamionka na 1 maja.

8. Okoliczny Element - Schody donikąd



Druga płyta Okolicznego to podtrzymanie klimatu i poziomu z debiutu - więcej w tym miejscu.

9. Wiadroskład - The Giecikowe



"The Giecikowe" to tak naprawdę mniej poważna zaprawa przed Okolicznym. Tematyka około-imprezowa, wiadrowo-balsamowa. Jest też ciekawy cover "Ty" z drugiego Dinala, pochwała sportu i śmiechy z polskiej sceny. Drugi, tegoroczny Wiadroskład, nie jest warty wielkiej uwagi więc omijam, jakby ktoś uwierzył to niech sprawdzi sobie tu.

10. SMA - 83



Ta płyta to dobry materiał jak na warunki nielegali, ale ledwie średnia na warunki opolskie. SMA nie jest jakimś super raperem, produkcje nie są wybitne, ale słucha się tego przyjemnie, a już zwłaszcza singla.

11. Mocne Wersy - Miejski syf



Szczub to oficjalnie jeden z najbardziej denerwujących polskich raperów - Reno-hustler-swagger wannabe w jednym. Kosa podrzucił fajne podkłady i powinien zdecydowanie pozostać przy tym i mikrofon oddać SMA. Ten z kolei na swoim stałym, solidnym, ale bez fajerwerków poziomie z "83". Mocnych wersów tam w każdym razie nie uświadczysz, ale da się przesłuchać, chociaż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to materiał dla gimbusów ze Stepu, którzy chcą nieco odetchnąć od ulicy.

12. Various Artists, czyli lepsze i gorsze, ale opolskie

Inne polecane kawałki made in Oppeln lub gościnne -

Dinal - Czuję się klawo feat. Lilu)
Dinal - Palić i grabić
Dinal - Program 2
Dinal - Top Secret
DizkretPraktik - Braggadacio feat. Majkel, Wankej, Pjus
Lech Roch Pawlak - Na rowerze samochodem
Lilu - Nie Ma Drugiej Takiej feat. Pan Wankz)
Łona, Duże Pe, Dizkret, 2cztery7, Blef, Wankej - Znasz mnie
Potentat - Miasto/Zadbaj o swą godność
Ruffsoundz & Pan Wankz - Mark4
The Pryzmats - Dobry kot feat. Stasiak, Pan Wankz, DJ Ike
The Winkelz - Mała nadzieja
Wiadromix
Zkibwoy & DJ Ader - Skandale feat. Pan Wanxxx)
Zyg-Zak - Walcz...feat. Pan Wankz

I na koniec, przecież nazwa nie wzięła się znikąd, opolski raper na brzeskich bitach.



sobota, 29 września 2012

Jesteś Bogiem

Dasz radę, Pietrek

Jako przykładny hip-hopowiec nie mogłem odpuścić sobie obejrzenia w kinie"Jesteś Bogiem". To na pewno dobry film, pytanie tylko, ile w tej ocenie zasługi uruchomionych w głowie zakurzonych wspomnień z czasów dzieciństwa i pierwszych kontaktów z rapem, nieodłącznie kojarzonych przez moje pokolenie z Paktofoniką.

Nie ma sensu długo rozwodzić się nad samym zespołem, jego muzyką czy poziomem raperów. Nie można zaprzeczyć, że Magik miał nie lada talent do pisania tekstów, Fokus zachował do teraz świetne flow i unikatowy głos, a Rahim wyraźnie odstawał od nich - przykładem jego zwrotka w "Jestem Bogiem", po której bolą nie tylko uszy, ale i cała głowa od nadmiaru banalnych i bezsensownych rymów. Większego celu nie będzie miała także próba przełożenia "Kinematografii" na obecne czasy, bo o ile treść jest w porządku, to forma jej przedstawienia pozostawia sporo do życzenia. To płyta to absolutny TOP tamtych czasów i niech tak pozostanie, gdyby wyszła ona dziś  przeszłaby pewnie bez większego echa. Tego się jednak nigdy nie dowiemy, tak samo jak nie jesteśmy w stanie sprawdzić, co byłoby z zespołem, gdyby jej lider nie wyskoczył z okna swego katowickiego mieszkania. Nie ma co zaprzeczać, że głównym powodem mitologizowania PFK i Magika jest właśnie jego tragiczna śmierć, tak samo jak dzieje się to w przypadku śmierci innych gwiazd, z którymi fani oddają się radosnej nekrofili artystycznej i uważają za bożków. Historia Piotra Łuszcza i jego zespołu była na tyle interesująca i chwytliwa, że chyba nikogo nie dziwi, że postanowiona ją zekranizować.

Udało się to Leszkowi Dawidowi bardzo sprawnie. Film jest naprawdę bardzo dobrze nakręcony, scena z rapowaniem Magika na klatce przejdzie pewnie do klasyki polskiej, nomen omen, kinematografii. Świetnie zagrali aktorzy i to zarówno ci najważniejsi, czyli członkowie Paktofoniki, ale i ci drugoplanowi - Gustaw czy Kozak. Filmowi raperzy doskonale poradzili sobie z nie takim przecież prostym rapowaniem, momentami widz mógł zatracić, kto tak naprawdę rymuje - aktor czy raper z PFK. Paradoksalnie największą wadą filmu jest fabuła, przeciąganie jednych wątków, a olanie drugich. Trudno powiedzieć o czym jest film, bo nie jest to dokument o Paktofonice, nie film biograficzny o Magiku, nie zaszufladkowałbym go także jako zwykły film fabularny - mimo wszystko jest tu bardzo dużo wątków prawdziwych, które są jednak pomieszane z totalną fikcją. Nie jest o zespole, o chorobie Magika, o problemach młodzieży, o rzeczywistości schyłku lat 90-tych. Było zbyt dużo wątków i dlatego żaden z nich nie został tak naprawdę opowiedziany od A do Z, mamy za to chaos i niezdecydowanie.

Ważniejsze dla mnie jednak było to, co widziałem w tle. I tak przecież wiedziałem mniej więcej co będzie się  w filmie działo, że Magik skoczy, a zespół się rozpadnie, za to z wielką przyjemnością oglądałem całą "scenografię". Doskonale pamiętam czasy przegrywania kaset (sam miałem "Kinematografię" przegraną), walkmanów, baggów, nieoryginalnych koszulek piłkarskich w których grało się na pseudoboiskach, dyskietek, wszechobecnych polonezów z koralikami na siedzeniach, słuchawek, które gdy się zepsuły to lutował ojciec, a nie kupowało się nowe RÓŻOWE. Aż wreszcie muzyki tamtych czasów, z których najbardziej pamiętam m.in. Paktofonikę. Patrzę na ten film trochę jak na powrót do dzieciństwa i początków fascynacji rapem, kiedy każdy znał to na pamięć i oglądał VIVĘ tak długo, żeby się doczekać w końcu na klip do "Chwil ulotnych" lub "Jestem Bogiem". Druga sprawa, że irytujące jest to, co dzieje się obecnie wokół Magika, ten świat stworzony przez jego nastoletnich psychofanów, dla których rap kończy się na PFK i K44, denerwujący jest ten cały hajp, książki, ciuchy, podwyżki ceny płyty zaraz przed premierą filmu - co i tak nie przeszkodziło wdrapać się jej na czołowe miejsca bestsellerów. Z tego powodu cała "sprawa" Magika zaczyna się robić groteskowa.

Ważne jednak, żeby, parafrazując klasyk, minusy nie przysłoniły nam plusów, bo tych jest jednak więcej. Nawet gdy dojdziemy do wniosku, że gdyby nie był to film o Magiku i Paktofonice, to w kinie byśmy się nie zjawili albo w najlepszym wypadku zasnęlibyśmy po setnym wykręcaniu telefonu bohatera do dziewczyny.

sobota, 11 sierpnia 2012

Wizja Lokalna: BIELSKO-BIAŁA

Jakiś czas temu Polskę zalała fala projektu Wizja Lokalna - kolejne miasta, począwszy od Warszawy, prezentowały swoją scenę w jednym klipie i często wyglądało to groteskowo. Od niedawna także moje Bielsko ma swój klip i najbardziej cieszy fakt, że miejsce na blogu poświęcam jej nie z powodu wrodzonego lokalnego skądinąd patriotyzmu, ale po prostu na to zasługuje swym poziomem.

Przyznaję się bez bicia, że bielskiej sceny nie śledzę i co najwyżej ograniczam się do sprawdzenia promomixa lub singli, które zwykle totalnie mi nie podchodzą i zastanawiam się czy to promo czy prowo. Zawsze zazdrościłem innym miastom raperskich perełek i nie mogłem zrozumieć dlaczego w prawie 200 tysięcznym mieście nie znajdzie się żaden dobry raper, a np. z takiego Opola jest ich na pęczki. Czarę goryczy przelał The Pryzmats, jedna z lepszych obecnie hip-hopowych grup, która ma jeden wielki minus - jest z Żywca. Nowych twarzy z Bielska nie znam, kojarzę poszczególne osoby siedzące w tym kilka lat, ale często niekoniecznie z rapowania, bo np. z korytarza liceum jak W.E.N.A i pewnie gdzieś w czeluściach starego komputera znalazłbym jakieś kompromitujące nagrania Uszera czy Ziemasa. Bielska Wizja pokazała jednak, że ci co mieli zaliczyć progres to weszli na wyższy poziom, a dodatkowo pojawiło się trochę dobrych kotów (jak w The Pryzmats, skojarz follow-up) i wszystko się kręci.

Przede wszystkim jest bardzo świeżo - raczej każdy raper zgodnie z obowiązującymi trendami łamie sobie język na wielokrotnych i leci z przyzwoitym flow. Zdarzają się dobre punche i porównania, chociaż czasami mam wrażenie, że to przerost formy na treścią i dla się wyłapać zwykłe rymy dla rymów. Dodając do tego bardzo fajny podkład mamy jedną z moim zdaniem lepszych Wizji Lokalnych, mimo że występują w niej praktycznie no-name'y, w szoku (w szoku). Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że chłopaki lepiej wyglądają w kolektywie, aniżeli każdy z osobna. Brakuje może kilku osób z czasów, gdy żywo byłem bielskim podziemiem zainteresowany, ale teraz nie wiem nawet czy oni jeszcze nagrywają.

W każdym razie jest dobrze, a nawet lepiej, wróże sporo szumu wokół tej Wizji Lokalnej, bo widzę, że nie tylko mi podeszła i dużą przyjemność sprawi mi pokazanie tego światu. Występują - Uszer, LU, Putek, ADK (wszyscy Zdolne Przedmieście), Beeres (Swag jak skurwysyn), Młody, Wicher, Ziemas, Staf.



czwartek, 19 kwietnia 2012

Karwan - Fabryka snów [2012]

Karwan jak żaden inny raper opanował sztukę łączenia z jednej strony szczeniackiego wkurwienia z luzem, serwowania najpierw opowieści rodem z ławki pod blokiem, by później zaskoczyć jakimiś głębokimi przemyśleniami. Bije z niego charyzma i prawdziwość, podana jednak w dość średniej formie. Tak było na wydanym trzy lata temu "Wielkim sercu", tak jest też na tegorocznej "Fabryce snów". 

Trudno jest ocenić tę płytę jednoznacznie. Wszystko jest na miejscu, bo można było w ciemno brać dużą ilość dobrych linijek i porównań, niezłe podkłady, do których Karwan zawsze miał ucho, czy charyzmę potrafiącą przykuć uwagę. Ciężko jednak nie wyzbyć się wrażenia, że po trzech latach wręcz trzeba oczekiwać progresu w kwestii flow i dykcji, szkoda też, że Jobix w wersji 2.0 nadal jest tu obecny. Barwa głosu i co za tym idzie pewnej monotonii nie da się raczej wyćwiczyć, więc tę kwestię pominę - Karwana bierze się po prostu z całym jego inwentarzem, także z nieco ciapowatym głosem i albo się na to godzisz albo nie.

Wspomnianą wyżej monotonię ciężej byłoby znieść na dłuższą mętę, gdyby nie liczni na "Fabryce snów" goście, którzy w większości zaprezentowali się dobrze. Zaczyna się na jednym z lepszych tracków na całej płycie "Znam te miejsca" featuringiem W.E.N.Y., który nieźle bawi się flow i razem z wypuszczonym singlem "Nic" podbija zajawkę na nową płytę. Luźny styl Rasa w "Zawijam stąd" udzielił się także samemu gospodarzowi, za to LaikIke1 potwierdził wysoką formę z "Milczmen..." i co by nie mówić - zjadł Karwana w kawałku "Coś się kończy". Dodatkowo miłym zaskoczeniem była zwrotka nieznanego przeze mnie Bojkota. Trochę więcej spodziewałem się z kolei po Zkibwoyu, po przesłuchaniu 2stego zacząłem się nieco obawiać o jego "Puzzle", a Kot Kuler ładnie wszedł w zwrotkę, by później nieco obniżyć loty w "Za najlepsze akcje". Za to Lilu była na tyle krótko, że ciężko ją osądzić, ale raczej in minus.

O ile Karwana z gośćmi można oceniać na czwórkę z minusem, tak duża różnorodność producentów na "Fabryce snów" poszła zdecydowanie w jakość i ten element chyba jest najmocniejszą stroną płyty. Największe perełki to np. rozpoczynające album "Mogę sobie pozwolić" produkcji Rav'a i "Selekcja" czy późniejsze "Zawijam stąd" (oba Quiza), ale naprawdę zbrodnią byłoby pominąć tu jakikolwiek z nich - z obowiązku dodam, że za muzykę wzięli się tu także 2sty, BobAir, Reno, Westone i Kudel.

Gdybym nie słyszał wcześniej "Wielkiego serca" na pewno wyżej oceniałbym "Fabrykę snów". Niby nic jej nie brakuje, ale mimo to spodziewałem się lepszej produkcji, zwłaszcza że obrosła ona w prawdziwą legendę i od jej zapowiedzi do wyjścia na światło dzienne minęło tyle czasu, że można było poprawić niektóre kwestie. Sytuacja więc podobna jak z zeszłorocznym krążkiem W.E.N.Y. - jest po prostu dobrze, ale miało być dużo lepiej. I wciąż najlepsze co wyszło spod ręki Karwana w tym roku to spontaniczny "Track Ogólny".

CAŁA PŁYTA

piątek, 13 kwietnia 2012

The Pryzmats - A Vista, czyli zapowiedź "Coś z niczego"

Zeszłoroczny "Balon" wzniósł się na tyle wysoko, że załatwił chłopakom z Żywca kupę fanów i mnóstwo pochwał ze strony zarówno słuchaczy, jak i tzw. znawców muzyki, co poskutkował nawet zwycięstwem w konkursie Make More Music. Trudno się dziwić, bo tak świeżego spojrzenia na rap, tekstów w myśl zasady "ma być fajne bo trudne" i żywych instrumentów brakowało na polskim podwórku od dawna. Minął lekko ponad rok, a The Pryzmats wraca z trzynastoma nowymi kawałkami i, jak wnioskuję po odsłuchu pierwszego, jednym zapewnieniem - będzie bardzo dobrze, a nawet lepiej.

Jest dowód, to się dzieje
Smaczku płycie dodaje obecność na niej długo niesłyszanego Wankza z Dinala, bo co jak co, ale sama jego zwrotka jest w pewnym rodzaju gwarantem jakości płyty. Nie wypada mi o tym mówić głośno, drogi pamiętniczku, ale mam nadzieję, że będzie ona na ciut wyższym poziomie niż ta ostatnia z JuNouMi vol. 4, choć ta też była niezła i trochę poszły łzy na koszulę na myśl o końcu Dinala. Poza Wankzem na płycie usłyszymy Stasiaka, Te-Trisa, znanego z "Balona" DJ Ike, wokalistę rockowego zespołu Lee Monday Adama Słomińskiego oraz Hannę Drewnowską, czyli właścicielkę tego miłego głosu z singla "A Vista"

Nie ma co długo rozwodzić się nad tym kawałkiem, bo jest nagrany w bardzo podobnej konwencji co prawie cały "Balon", którego swoją drogą zauważyłem chyba jako jeden z pierwszych w internetku i puściłem w świat miłą nowinę o "żywieckim Hocus Pocus", a później chwaliłem klipy. Raperzy Batman i Biały nadal przykładają się do formy, treści i humoru w tekstach, instrumenty brzmią przyjemnie i, jakby to powiedzieć, letnio, a wokalistka mile wyśpiewuje refren. Czego więcej chcieć od płyty wychodzącej akurat w środku wiosny? Jakby to określiła Omenaa Mensah jednym zdaniem - 30. kwietnia przygotujcie się na prawdziwy powiew chilloutu znad Soły.

"Coś z niczego" zamówisz sobie TUTAJ (uwielbiam informacje prasowe, S*KSTET!)



Gratis moje video z koncertu z Cieszyna, a na nim kilka kawałków z "Balona" (cały do odsłuchu na soundcloud).

sobota, 31 marca 2012

Siwy/Lewy - Serce bije w klatce schodowej EP [2012]

Jeśli wydaje ci się, że o polskim rapie wiesz już wszystko i zjadłeś na nim zęby, to jesteś w błędzie. Jeśli uważasz, że nic odkrywczego na rodzimej scenie powstać już nie może, to się mylisz. Siwy i Lewy swą debiutancką EP-ką na nowo definiują polski rap i aż ciężko uwierzyć, że tak długi czas udawało im się ukrywać przed światem pod klatką i na ławce.

Już sam zapowiadający materiał singiel "Prosto w łeb" jest czymś niesamowitym. Pokaż mi jakichkolwiek polskich raperów, którzy na swym pierwszym puszczonym w świat kawałku punchami demolują połowę sceny z taką werwą i przekonaniem. Dostaje się zarówno mainstreamowym graczom w stylu W.E.N.Y., ale i podziemnym wackom jak np. Huczu czy Mentos, którego swoją drogą usilnie proszę o rozwiązanie sprawy z Siwym i Lewym w sposób pokojowy, bo wierzę, że jednak Rasmentalism III wyjdzie. Gorzowski duet nie zapomina także o własnych, osobistych porachunkach z osiedla - "Ruda mendo" jest w praktyce wyrokiem na pewnego ryżego osobnika, po którym podnieść się nie sposób. O ile "Prosto w łeb" był jedynie ostrzeżeniem dla sceny i swoistym zameldowaniem się na niej, to w tym przypadku sprawy na pewno obiorą inny, bardzie brutalny, bieg. A że zatargi z raperami to nie przelewki niech świadczy inny kawałek, "Horrorstep", gdzie w niezwykle plastyczny sposób opisane są sceny z życia, o których zwykły śmiertelnik bałby się pomyśleć i nie wymyśliłaby ich nawet Katarzyna W. Sam słuchając tego miałem gęsią skórkę i dla pewności skryłem się pod kołdrą. Płytę dopełniają jeszcze hymn ulicy "Raport: realia", narysowany grubą kreską portret prawdziwej Polski, spontaniczny freestyle bonus track oraz "Wszystko do nas wraca", czyli kilka krótkich storytellingów, których nie powstydziłby się Sokół lub Fisz. Wszystko oczywiście zaserwowane na najgrubszych podkładach w tej części świata. Doczepić się można jedynie do kwestii technicznych, ale ten bród i niedociągnięcia działa tylko na ich korzyść i dodaje wiarygodności. Trudno przecież oczekiwać od prostych chłopaków z osiedla masteringu i studia za full pieniędzy, jak zapewne ciężko im wysupłać kasę na krojony chleb.

"Serce bije w klatce schodowej" ma wszystko to co powinna mieć doskonała płyta. Jest dobrze napisana i nawinięta, zróżnicowana tematycznie i przede wszystkim prawdziwa. Jak bardzo tego ostatniego brakuje na polskiej scenie uświadomiłem sobie dopiero teraz, po przesłuchaniu EP-ki z Gorzowa. Reasumując - wiem już, że ta płyta będzie wymieniana w każdym TOP rankingu polskiego rapu, wiem także że nie jeden młodzieniec będzie sobie dziergał na łydce wizerunek Siwego lub Lewego, a na plecach ich celne punchliny. Po prostu obok tej płyty nie można przejść obojętnie.         

środa, 29 lutego 2012

Laikike1 - Milczmen Screamdustry [2012]

"Milczmen Screamdustry" to nie tylko jedna z bardziej oczekiwanych płyt tego roku, ale także kilku poprzednich. Od EP-ki "Bybzi Bybzi" minęło niemal sześć lat i przez ten czas Laik zdążył zbudować swoją pozycję nie tyle na kawałkach, bo te były raczej sporadyczne, ale właśnie na wyczekiwaniu umilanym rozkminianiem każdej linijki rapera zwanego złośliwie "naczelnym grafomanem polskiego podziemia". Po premierze nasuwa się jeden wniosek, posługując się cytatem z "Glidera" - nikt w Polsce jak Laik.

Dość długo przymierzałem się do tej recenzji, uznając że nie da się tego rzetelnie zrobić nie analizując wcześniej tekstów. Te, jak przystało na Laika, zagmatwane są do granic możliwości i naprawdę sam autor bardzo ułatwił odbiorcom odsłuch umieszczając niedawno całość w sieci, co i tak zadziałało swoją drogą jak woda na młyn dla psychofanów. Sam jestem zwolennikiem tekstów w których muzyk zmusza słuchaczy do małej umysłowej gimnastyki i rozwiązywania słownych zagadek, a tych raper z Bogatyni zapewnił masę (tak powiedział Młodzik, że Laik nie z Jeleniej jednak). Nie chodzi nawet o jakieś zagmatwane konstrukcje - żeby serio zrozumieć OCB jak u Skrzypka trzeba kojarzyć metafory, nawiązania do popkultury i muzyki, a nawet zaopatrzyć się w słownik i wertować go w poszukiwaniu slangowych i angielskich słówek które wtrąca. W tej kwestii Laik jest małym mistrzem i mimo że zahacza to pewnie momentami o grafomanię ciężko nie odnieść wrażenia, że naprawdę mamy do czynienia z czymś wyjątkowym, ale równocześnie trudnym. Drugą sprawą, abstrahując od formułowania wersów, jest sama tematyka tekstów, w których porusza ciekawe kwestie, od kondycji sceny i beefy, przez miłość do matki, po szufladkowanie szeroko pojętego ś*ierwa. Ciekawym zabiegiem jest połączenie dwóch kawałków, bo zamykające płytę "Screamdustry" (nie licząc hidden tracka) jest tak naprawdę dalszą częścią "Milczmena". Z kolei majstersztykiem można nazwać cały zabieg z "?", gdzie track zbudowany jest z sześciu zagadek i to niezbyt łatwych. Jednym zdaniem z "Napadu na Babel" gustuję w zwrotkach, które mają kilka den, Laik podsumowuje swoje teksty i jest to chyba najbardziej właściwy w tym przypadku wers. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że przeprowadza tym samym naturalną selekcję swoich słuchaczy, chociaż patrząc na moje ukochane forum Ślizgu to gimnazja zdają się też momentami płonąć, co zrobisz. Ponadto raper sprawnie operuje swoim głosem, jego natężeniem i emocjami, równie dobrze leci w*urwiony, jak spokojny, mimo że wcześniej raczej nie dał się poznać jako posiadacz jakiegoś wyjątkowego flow.

Doskonale uzupełnia się z nim Młodzik. Tak samo jak na "Bybzi Bybzi" wysmażył kilka bardzo fajnych podkładów, z których ciężko jest wyróżnić jeden i widzę w tym mały progres. O ile na debiutanckiej EP-ce był "Mój dyspstryk" i dopiero później kilka innych, to w przypadku "Milczemena" jednym tchem wymieniłbym "Usiądź weż krzesło", "Napad na Babel", "Folwark", czy "Da bad man riddim". Czapki z głów dla Młodzika, bo gdyby przyjrzeć się jego części, to jest to kilkanaście zupełnie różnych kompozycji. Co najważniejsze, żadna nie odstaje od reszty poziomem i o ile Laikowi można wytknąć kilka rzeczy, to do pracy Młodzika ciężko mieć jakiekolwiek "ale". 

Podsumowując, jest to bardzo ciężki w odbiorze i trudny do słuchania album. Gdy jednak przebrniemy przez trudne rymy Laika to nie da się ukryć, że 'Milczmen Screamdustry" zapowiada się na jeden z lepszych płyt 2012, ze świetnymi i wymagającymi historiami okraszonymi doskonałymi beatami. Zdaje sobie równocześnie sprawę, że równie dobrze przez wielu może zostać zmieszany z błotem i określany jako przekombinowany i męczący. Bo taki właśnie jest Laikike1 - czarno-biały, kochany i nienawidzony, ceniony i wyśmiewany, ale dla nikogo nie obojętny.

Tu całość do odsłuchu, poza tym warto sprawdzić jak Laik odpowiada na pytania fanów.

czwartek, 23 lutego 2012

C2C - Down The Road EP [2012]


Minął miesiąc od premiery tej płytki, a ja ciągle zbieram szczękę z podłogi i nie mogę wyjść z podziwu nad kunsztem czwórki sympatycznych Francuzów. "Down The Road" jest prawdziwą definicją turntablismu i dobrej muzyki.

Słowem wstępu - o ile coś tam wiem o rapowaniu, to DJ-ing (pozostałe fundamentu kultury hip-hop zresztą też, siara jak siemasz) jest mi obcy jak Bundesliga Mateuszowi Klichowi. Niby się gdzieś w pobliżu przewija, ale tak naprawdę nigdy nie miałem przyjemności się zagłębić w tę dziedzinę. I pewnie w życiu bym nie sprawdził "Down The Road", gdyby nie moja wielka miłość do Hocus Pocus, francuskiego zespołu będącego mixem tego co najlepsze w czarnej muzyce - hip-hopu, soulu i jazzu. Liderem kolektywu z Nantes (ich album "16 Pieces" wybrałem na najlepszą płytę 2010 roku) jest 20Syl, którego za deckami wspomaga Greem. Obaj panowie, łącząc siły z Atomem i Pfelem z Beat Torrentz, stworzyli C2C - DJ-ską supergrupę, która cztery razy z rzędu stawała na najwyższym stopniu podium Mistrzostw Świata w turntabliśmie.

"Down The Road" to nie jest płyta, jaką teoretycznie moglibyśmy się spodziewać po czwórce DJ-ów. Nie jest typowym albumem opartym na scratchach, dużo jest innych dźwięków takich jak skrzypce, trąbki, gitara, harmonijka i wiele innych, trudnych do rozszyfrowania. Są świetne melodie wspomagane wokalami, ale znalazło się także miejsce dla nieco mrocznego i tajemniczego "F·U·Y·A". Singiel ten, w połączeniu z teledyskiem, klimatem powala na nogi i daje w pysk, a tego co dzieje się w tym momencie tego kawałka odsłuchanego na dobrym sprzęcie nie da się opisać. Moją drugą największą perełką tego materiału jest "Arcades", zróżnicowany i wielowarstwowy majstersztyk ze świetnym refrenem.

Najlepiej niech tę płytę obrazuje fakt, że jej jedyną, ale za to OGROMNĄ wadą jest jej długość. Niby to tylko EP-ka, ale mimo wszystko pół godziny to stanowczo za mało. Zwłaszcza, że tytułowy kawałek występuje tu dwukrotnie, bo na końcu znajdziemy jeszcze nieco klubowy remix Irfane z Outlines - kolejnej arcyciekawej grupy rodem z Francji. Na szczęście jest jeszcze przycisk "repeat", już niestety nieco wyrobiony przez C2C.

Całą płytę można przesłuchać w tym miejscu.

niedziela, 15 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #14: Zagranica 2011 vol. 2

Dobra, to już ostatnia część serialu pod tytułem "Płyty 2011". Następny post będzie już wyborem tych najlepszych albumów, więc stay tuned.

1. Kendrick Lamar - Section.80



Lamar dowodzi, że owiane złą sławą Compton to nie tylko kolebka gangsta rapu i muzyczne skoncentrowanie się na porachunkach gangów, przemocy, narkotykach, ciemnych interesach i złych kobietach. Mimo to na "Section.80" znajdziemy tematy bliskie ulicy, podane jednak w mniej banalny sposób - o zgubnym wpływie dragów przestrzega siostrę w "Keisha's Song", kobiety docenia za naturalne piękno bez makijażu w "No Make-Up", a o trudnym życiu w dzielnicach biedy wspomina w "Ronald Reagan Era" wyprodukowanym przez RZA. Tekstowo jest więc bardzo dobrze, kroku dotrzymują także bardzo dobre podkłady, ale niektórych może irytować głos K-Dot. "Section.80" to płyta kompletna, ciekawe tylko jaką drogą pójdzie teraz ta 24-letnia nadzieja Zachodniego Wybrzeża, bo jak na razie kusi go mainstream na czele z Aftermath.

2. Looptroop Rockers - Professional Dreamers



Po kilkuletniej przerwie do Looptroop wrócił Cosmic i zespołowi wyszło to zdecydowanie na lepsze. Po umiarkowanym entuzjazmie związanym z "Good Things" w końcu dostałem to, czego oczekuję od Szwedów i bardziej czuć tu klasyczne stare albumy, niż nowoczesny poprzedni krążek. Świetne kompozycje Embee, niezłe single i teksty, które pokazują, że Looptroop nie można rozpatrywać jedynie w kategorii zespołu muzycznego - przykładem mocno zaangażowane politycznie "On Repeat", czy piękny tytułowy kawałek. Z ust psychofana nie zabrzmi to być może zbyt wiarygodnie, ale Promoe i koledzy to najlepszy zespół rapowy ze Starego Kontynentu i jak ktoś ma wątpliwości to wystarczy przesłuchać "Professional Dreamers".

3. Miles Kane - Colour Of The Trap



Pewnie nigdy bym nie sięgnął po tę płytę, gdyby nie klip zapowiadający jesienną ramówkę TVN, lecący przy okazji każdego bloku reklamowego. Stacja ta ma w zwyczaju bardzo udanie dobierać muzykę do owych zapowiedzi czekającego widzów sezonu i akurat w przypadku jesieni wybór padł na "Come Closer". Po krótkim researchu okazało się, że autorem kawałka jest Miles Kane, czyli wokalista The Rascals i połówka The Last Shadow Puppets, w dodatku o wyglądzie młodego Paula Mc Cartneya. Bardzo fajna to piosenka, a podobnych znajdzie się na "Colour Of The Trap" jeszcze przynajmniej kilka. Wielbicieli jego muzyki spodoba się zapewne nieoficjalna wiadomość, że Kane razem z Alexem Turnerem z Arctic Monkeys działają coś w kierunku drugiego albumu The Last Shadow Puppets.

4. Onra - Chinoiseries Pt. 2



Jak sama nazwa płyty wskazuje jest to kontynuacja projektu Onry z 2007 pod wiele mówiącym tytułem "Chinoiseries". Pomysł Francuza polega na przybliżeniu słuchaczom azjatyckich dźwięków (skąd pochodzi rodzina Bernarda) za pomocą wyszukanych w tamtejszych antykwariatach i nie tylko starych płyt winylowych, pocięciu ich i dodaniu kilku efekcików. Wszystko niby się udało, ale mimo to lepiej słucha mi się pierwszej części. Ta wydaje się nieco ciężka, długa, bez jakichś szczególnie przyciągających uwagę momentów. Słowem - bardzo poprawna i tyle, ale warta chociażby jednego odsłuchania ze względu na tematykę.

5. SBTRKT - SBTRKT



Kolejny debiutancki krążek na tej liście. SBTRKT to taki post-dubstepowy producent z Anglii, umiejętnie kojarzący ze sobą wiele gatunków i windujący muzykę taneczną na wyższy poziom niż cała masa idiotycznych papek znanych z klubów, czy muzycznych stacji telewizyjnych. Już singiel "Pharaohs" zwiastuje, że mamy do czynienia z czymś ponadprzeciętnym i uniwersalnym. Nie wiadomo jak potoczy się dalej kariera Aarona Jerome, ale podąża on dobrą drogą, bo takiej muzyki właśnie chcę sobie słuchać w aucie lub do śniadania. Kawał dobrej roboty.

6. Selah Sue - Selah Sue



Selah Sue to casus podobny do opisywanego nieco wyżej Milesa Kanea - piosenka z reklamy, w dodatku bardzo często granej, wkręca się niemiłosiernie i sięgasz po całość, a ta okazuje się być tak samo dobra. Album jest zróżnicowany i przyjemnie się go słucha, a poza znanym każdemu singlem poleciłbym czym prędzej zapoznanie się z np. "Raggamuffin" i "Black Part Love". Selah Sue wygląda i śpiewa trochę jak Amy Winehouse, ale liczę, że nie pójdzie jej drogą i zaskarbi sobie publiczność czymś więcej niż kilkoma piosenkami i jednym pogrzebem.

7. Stalley - Lincoln Way Nights



Stalley to młody stażem kot z Ohio, były koszykarz i posiadacz imponującej brody. "Lincoln Way Nights" to jedna z tych płyt, które przyjemnie się słucha i ma w sobie kilka perełek, za to jakoś specjalnie za nią nie tęsknisz jak się skończy. Kolejna solidna pozycja na tej liście, ale bez wielkich fajerwerków. Dodatkowo można ją legalnie ściągnąć z neta, bo to mixtape jest, ale doczekał się też fizycznego wydania w Maybach Music Group Rick Rossa.

8. The Roots - Undun



"Undun" to tak naprawdę historia młodego przestępcy Redforda Stevensena. Opowiedziana od tyłu, wieloma głosami, przy akompaniamencie najlepszej w poprzednim roku muzyki w kategorii hip-hop. Cała ta masa ludzi zaangażowana w produkcję tej płyty odwaliła cholernie dobrą robotę, serwując fanom istne mistrzostwo na każdej płaszczyźnie. Mało jest nawet grup, które trwają razem nieprzerwanie przez tyle lat, a wskaż mi takie, co nie osiadły na laurach i z każdym nowym albumem rozwalają świat. Pozycja obowiązkowa, jestem pewny że będzie to klasyk gatunku.

9. The Weeknd - House of Balloons/Thursday/Echoes of Silence



Gdzieś przeczytałem, że The Weeknd razem z Frankiem Oceanem zbawią muzykę R&B. Nie miałbym nic przeciwko, żeby ten gatunek szedł w tym kierunku, byłbym też wdzięczny gdyby takie darmowe mixtapy częściej wychodziły na światło dzienne. Zwrócić uwagę należy również na płodność Abela Tesfaye, bo wszystkie trzy EP wydał w tym samym roku, która idzie w parze z jakością. Ciężko tu wyróżnić jedną najlepszą płytkę, lepiej rozpatrywać The Weeknd jako nadzieję na lepsze jutro.

10. Those Dancing Days - Daydreams And Nightmare



Przyjemna płyta grupy gówniar ze Szwecji, indie pop z rockowym zacięciem i idealny materiał na soundtrack do H&M i innych świątyń dla nastolatków. Nie przeszkadza mi to jednak w małym zachwycie nad tym krążkiem - po debiucie polubiłem Those Dancing Days i nie widzę powodu dla którego miałbym przestać po "Daydreams And Nightmare". Może to trochę infantylna i wybitnie damska płyta, ale coż z tego skoro cieszy ucho na podobnym poziomie jak "In Our Space Hero Suits" z 2008. Aż dziwne, że ich popularność w Polsce jest odwrotnie proporcjonalna do ilości fanów sztucznych tworów typu Honorata Skarbek. Łakomy kąsek dla wannabe-hipsterów w wieku nastu lat.

11. Toro Y Moi - Underneath The Pine



Miałem problem z wyborem klipu, bo kilka ich Toro nagrał na potrzeby promocji tej płyty. Wybór ostatecznie padł na "Still Sound", bo na nim Chaz wygląda tak, jaka jest ta płyta - sympatycznie, przyjemnie, radośnie. Słucha jej się z wielką przyjemnością i to nie tylko zasługa wokalisty - muzyka stoi w rozkroku między bujającym funkiem, a elektronicznym popem. We wrześniu Toro Y Moi wydał jeszcze krótką EP "Freaking Out", gdzie na warsztat bierze m.in. "Saturday Love" Cherrelle, ale także kilka innych klasycznych utworów z lat minionych. Chazwick Bundick na prezydenta!

12. Tyler, The Creator - Goblin



"Tyler to istny fenomen" - pomyślałem, gdy jego płyta wydała ostatnie brzmienie. Nie z powodu wybitnego poziomu "Goblina", tylko z niezrozumienia szumu wokół niego. To znaczy rozgłos rozumiem, bo trudno przemilczeć kwestię gwałtów, mordów i wszelkiego rodzaju innych perwersji poruszanych przez młodzieńca albo nie przestraszyć się kołatek w "Yonkers" i prostego, ale interesującego klipu. Szkoda, że Tyler skutecznie zakrywa tymi chorymi rzeczami to, co tak naprawdę czuje i chce przekazać, jego sympatie do licznych kumpli, niespełniona miłość i żal z powodu wychowywania się niepełnej rodzinie. Dodatkowo można przyczepić się do produkcji, która razi brakami. Na pocieszenie dodam, że Tyler szykuje coś nowego i to podobno bez brzydkich treści. Na razie polecałbym zainteresowanie się kimś innym z bandy OFWGKTA, np. Frankiem Oceanem, ale nie zmienia to faktu, że Okonma jest bardzo ciekawym zjawiskiem, który mam nadzieję wyewoluuje w coś bardziej przystępnego.

***

Płyty, które doczekały się większej recenzji (chronologicznie)-
- Lykke Li - Wounded Rhymes
- Swollen Members - Dagger Mouth
- Theophilus London - Timez Are Weird These Days
- Mayer Hawthorne - How Do You Do
- Common - The Dreamer, The Believer

piątek, 13 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #13: Zagranica 2011 vol. 1

Zgodnie z zapowiedzią kontynuuję muzyczne wspomnienia roku poprzedniego. Polska muzyka za mną, teraz na warsztat biorę muzykę zagraniczną. Pobudki z powodu których akurat takie płyty się tu znajdują wyjaśniłem w odcinku z krajową muzyką. Poniższą listę, na której pomieszałem wszystkie gatunki od R&B, przez rap, po poprock, pozwoliłem sobie podzielić na dwie części po 12 propozycji. Płyty są oczywiście uporządkowane alfabetycznie więc nie ma się co cyferkami sugerować.

1. Adele - 21



Wahałem się czy ta płyta powinna się tu znaleźć. Napisano o niej już wszystko, wszyscy ją oceniali, tak samo jak samą Adele. Jej talent i umiejętności wokalne są nie do podważenia, wypadałoby się tylko zastanowić czy szum wokół niej jest do nich współmierny. Mam co do tego trochę wątpliwości, ale niech już będzie. Ludzie poczują się chociaż trochę lepiej obcując ze sztuką podawaną w komercyjnym opakowaniu.

2. Arctic Monkeys - Suck It And See



Małpy to synonim znaku jakości i tak samo jest w tym przypadku. Chłopaki z Sheffield porzucili już nieco ostre gitarowe granie znane z pierwszych dwóch płyt i skupili się bardziej na przemyślanych balladach rockowych, to nie stracili nic ze swojego charakteru. Mimo że po premierze poprzedniej płyty "Humbug" dużo osób zwiastowało koniec tej kapeli w sensie niezależności i rockowego pazura. Ciągle jednak słucha się ich z wielką przyjemnością, a "Suck It And See" jest tego najlepszym przykładem. 

3. Cocaine 80s - The Pursuit/Ghost Lady



Pozwoliłem sobie do jednego wora wrzucić obie produkcje spod szyldu Cocaine 80s, mimo że są nieco inne. Nowsze "Ghost Lady" jest trochę bardziej spokojne i poważne, z kolei "The Pursuit" jakby bardziej przebojowe. Mózgiem całego projektu jest No I.D. nad którego kunsztem muzycznym zdążyłem rozpływać się już przy okazji najnowszej płyty "The Dreamer, The Believer" Commona, który zresztą na obu EP-kach udziela się po jednym kawałku na każdą z płyt. Bardzo solidna muzycznie propozycja, w dodatku każdy może się w nią całkiem legalnie za darmo zaopatrzyć.

4.  Coldplay - Mylo Xyloto 



Kolejna, po Adele, nieco nie pasująca tu pozycja. Trochę na wyrost umieściłem na tej liście płytę Coldplay, bo ani ona bardzo dobra, ani nawet nie jestem ich fanem. Wszystko z powodu ich koncertu na Open'erze, na którym Chris Martin zrobił całkiem przyjemne show i naprawdę byłem pod wrażeniem ich premierowego w Polsce występu. "Mylo Xyloto" jest bardzo dobrze wyprodukowane, ma swoje dobre momenty jak np. single "Paradise" czy "Every Teardrop Is a Waterfall", ale momentami przynudza (jak to czasami Coldplay ma w zwyczaju). Miałem mieszane uczucia co do featuringu Rihanny, ale na szczęście "Princess of China" wyszło im lepiej niż Kai Paschalskiej.

5. CSS - La Liberacion



Cansei de Ser Sexy, bo tak należy rozszyfrowywać skrót CSS, to rockowo-elektroniczny zespół rodem ze słonecznej Brazylii. Bardzo sympatyczny zresztą, tak samo jak jego muzyka, taneczna i ostra momentami, oparta na humorystycznych tekstach. Praktycznie cała płyta jest po angielsku, poza tytułowym kawałkiem, tak samo jak praktycznie w całości jest to zespół żeński - z wyjątkiem jednego osobnik płci męskiej.

6. Florence and the Machine - Ceremonials



Gdy pisałem o Adele wspomniałem o moich wątpliwościach dotyczących szumu wokół niej. Dużo bardziej cenię Florence Welch i wydaje mi się, że jej głos jest dużo mocniejszy od Adele, mimo to jest mniej sławna od młodszej koleżanki. Nic to, ważne że drugi album zespołu jest równie świetny jak "Lungs". Debiut był nieco bardziej rockowy, teraz Florence dała prawdziwy pokaz siły swojego wokalu, któremu towarzyszą jakby wielowarstwowe, eleganckie kompozycje z udziałem orkiestry. Trzeba przesłuchać.

7. Foster The People - Torches



"Pumped Up Kicks" to takie "Somebody I Used To Know" pierwszej połowy roku 2011, z tą różnicą że jest fajne. Było wszędzie, w sklepach, radiu, a już w szczególności na tych śmiesznych f*jsbukowych tablicach. Cała debiutancka płyta Amerykanów jest w podobnym przyjemnym i wakacyjnym klimacie. Może nie wyróżnia się zbytnio na tle innych indie popowych płytek z jednym wybijającym się hitem, ale zdecydowanie warta jest poświęcenia kilkudziesięciu minut życia. Nie pożałujesz, a obiecuję że jeszcze nie raz do niej wrócisz - zwłaszcza, że poza singlowym "Pumped Up Kicks" ma w sobie kilka innych perełek, w tym moje ulubione "Waste".

8. Frank Ocean - Nostalgia, Ultra



Frank Ocean to jeden z przykładów (oprócz The Internet), że OFWGKTA to nie tylko chore rapowe piosenki o gwałtach i zarzynaniu, r*zpierdol i croud surfing na koncertach. Breaux potrafi całkiem ładnie podśpiewywać i zrobił tak nie tylko na całej "Nostalgia, Ultra", ale nawet na kawałku otwierającym "Watch The Throne" Kanye Westa i Jay-Z. Dodatkowemu smaczkowi tego mixtape dodaje kilka skradzionych podkładów - mój płytowy faworyt to poruszający "American Wedding" nagrany na "Hotel California" Eagles, a znajdzie się również "Strawberry String" od Coldplay i coś od MGMT. Żałuję, że sprawdziłem materiał Franka dopiero pod sam koniec roku, bo jest to jeden z lepszych krążków minionego roku w kategorii R&B.

9. Ill Bill & Vinnie Paz - Heavy Metal Kings



Pierwszy rapowy materiał i od razu taki mocny. Nie tylko w formie, ale i jeśli chodzi o poziom. Ill Bill i Vinnie Paz to pewniaki i mimo, że każdy album czy to Non Phixion czy Jedi Mind Tricks brzmi bardzo podobnie, zawsze ma swój specyficzny klimat. Tak samo jest w przypadku "Heavy Metal Kings", który zapowiadał najlepszy moim zdaniem kawałek na płycie - otwierający ja "Keeper Of The Seven Keys".

10. Is Tropical - Native To



Już nawet nie pamiętam gdzie usłyszałem po raz pierwszy Is Tropical, ale na pewno wdzięczny jestem temu kto to akurat udostępnił w sieci. "Lies" zdobyło me serce na tyle, że stało się jednym z najczęściej odtwarzanych przeze mnie utworów w 2011 i z chęcią był wrzucił tu klip do niego, ale nie wiem czy każdy jest gotowy na damską goliznę. Jest za to teledysk do "The Greeks" który powinien zrozumieć każdy chłopak i te nieliczne dziewczęta, które bawiły się w niewidzialną wojnę z patykami w rękach. Podsumowując całe "Native To" - bardzo dobry elektroniczno-gitarowy pop z Anglii, bo mimo że chłopaki nie chcą być szufladkowani tak to właśnie trzeba nazwać. Niczego w tym temacie nie muszę już pisać, wystarczy przesłuchać (lub oglądnąć klipy jeśli masz 18+). 

11. Jamie Woon - Mirrorwriting



To właśnie przez takich ludzi jak Jamie Woon wybory tych najlepszych będą trochę przeterminowane i ukażą się gdzieś pewnie pod koniec stycznia. "Mirrorwriting" czekało na dysku cierpliwie na swoją kolejkę, bo bardzo zależało mi na sprawdzenie typa, którym zachwyca się tyle portali muzycznych, a co po niektórzy umieszczają nawet na samym szczycie listy najlepszych płyt 2011. Nie było to dobre posunięcie, bo Jamie powinien zagościć u mnie dużo wcześniej - jego muzyka jest wypadkową świetnego głosu i przyjemnych melodii, płyta mixem spokojnych ballad i potencjalnych hitów jak chociażby "Lady Luck" widoczne u góry. Dodam jeszcze, że wydany w kwietniu krążek jest debiutem Brytyjczyka z malezyjsko-chińsko-szkocko-irlandzkimi korzeniami (uff). Ilu jeszcze takich Woonów siedzi po knajpach brzdąkając do kotleta i czeka na swoją szansę?

12. Kanye West & Jay-Z - Watch The Throne



Gdy najlepszy raper mainstreamowy spotyka się w studio z jednym z bardziej kreatywnych i uzdolnionych producentów, a przy tym nie kiepskim raperem w celu nagrania płyty nie może to zakończyć się klapą. Tak jest właśnie w tym przypadku, bo "Watch The Throne" to materiał niesamowity. Chociażby ze względu na tematykę i formę, które określić można jako skrzyżowanie przepychu, blichtru, cudów na kiju, złota, konsumpcjonizmu, deszczu dolarów, maybachów i kilku jeszcze innych rzeczy. Po prostu "black excellence in Paris". Możesz kochać albo nienawidzić, ale docenić musisz za "Otis", za banger "Niggas in Paris" albo za "Who Gon Stop Me" pożyczone od Flux Paviliona.

wtorek, 10 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #12: Polska 2011

Koniec roku i początek następnego to czas wszystkich podsumowań, nie może ich więc braknąć także tutaj. Żeby jednak lepiej przygotować się do tego właściwego podsumowania roku 2011 postanowiłem sporządzić listę dziesięciu płyt, które z jakiegoś tam powodu zagościły w moich słuchawkach czy głośnikach i zwróciły moją uwagę na dłużej niż chwilę. Omijam oczywiście albumy, które doczekały się większej recenzji na blogu, tu tylko te pominięte i bez pogłębionej analizy. Na razie na warsztat biorę polskie płyty, później czas przyjdzie na propozycje z zagranicy, a zwieńczeniem będzie podsumowanie roku wraz z wyborem płyt roku. Jak łatwo zauważyć kolejność jest alfabetyczna, więc cyferkami nie ma się co sugerować. 

1. DJ Czarny/Tas - Passion, music, hip-hop



Kluczem do tej płyty jest słowo "zajawka" - po tych dwóch chłopakach z Poznania widać, że muzyka to ich pasja, a rytm serca wynosi jakieś 33 na minutę. Nie jest to klasyczny duet MC/producent, ale DJ/producent. Raperów jest tu stosunkowo mało, ale jest np. Ras czy Melodiq, a od strony muzycznej poznaniaków wspiera m.in. Kixnare. Pozycja obowiązkowa i trochę niedoceniana.

2. Fisz Emade - Zwierze bez nogi



To już kolejny ukłon braci Waglewskich w stronę oldschoolu i garażowego grania. Tym  razem jak na dłoni widać inspiracje szczególnie Beastie Boys, czego kwintesencją jest singiel o tym samym tytule co płyta. Kolejny raz prawdziwy popis swoich umiejętności dał Emade, z kolei Fisz zaprezentował się solidnie, chociaż bez fajerwerków. Warto jeszcze wspomnieć, że cegiełkę dodał do tej produkcji także DJ Eprom. Całość to bardzo solidny materiał, bardzo dobry muzycznie.

3. Hades - Nowe dobro to zło



Tak się złożyło, że w ubiegłym roku doczekaliśmy się dwóch solowych płyt raperów z HIFI Bandy. Diox wydał z Returnersami "Logikę Gry", a Hades z Galusem i DJ Kebsem "Nowe Dobro To Zło". Mocno średni to raperzy i takie też są te płyty - lepsza jest na nich zdecydowanie warstwa muzyczna, a raperzy nie zaskakują niczym szczególnym. Bliżej poznałem album Hadesa i w jego przypadku produkcyjnie jest to klasa zdecydowanie międzynarodowa. "Nowe Dobro To Zło" jest jednak trochę za długie i z tego powodu nieco nudne, ale warto sprawdzić chociażby dla beatów i tytułowego singla.

4. Iza Lach - Krzyk



Absolutny hit zeszłego roku, w dodatku całkowicie samodzielnie zrobiony. Wszystko na tej płycie jest przyjemne - od muzyki, przez teksty, po głos i wizerunek Izy. Dużo dał jej występ u Kuby Wojewódzkiego, później w Dzień Dobry TVN i ludzie jakby zapomnieli, że łodzianka ma już na koncie jeden album, który jednak większego szumu raczej nie narobił. Ten ma na to sporą szansę, bo mimo że jest mniej przebojowy niż "Granda" Brodki to pokazuje, że w Polsce można robić całkiem fajny pop równocześnie pojawiając się w mediach i być z daleka od radiowego gówna i komercji. Na plus otwartość na kolaboracje z raperami vide HuczuHucz, chociaż to może minus za łyknięcie prowo? W każdym razie super materiał.

5. Jimson - Ucieczka z wesołego miasteczka



Książe powrócił i ma się dobrze. Mimo, że to tylko cztery kawałki to i tak Internet płonie, Jimson nie wyszedł z formy tekściarskiej, a w dodatku dostał bardzo dobre beaty. Trochę to za krótkie i z tego powodu trudne do porównania z innymi płytami, ale może zwiastuje jakiś większy materiał? Byłoby fajnie, bo "Gorączka w parku igieł" ma już swoje lata.

6.  Łona i Webber - Cztery i pół 



Być może za bardzo liczyłem na tę płytę, ale zawiodłem się nieco. Nie to żeby była ona słaba, ale jakoś nie ma tego "czegoś" co przyciągnęłoby mnie do niej na dłużej. Zabawy Łony słowem jest mniej (chociaż "To nic nie znaczy" to majstersztyk), humoru też, więcej za to elektroniki Webbera. Dam jej ponownie szansę za jakiś czas i nie wykluczam, że jeszcze mi się jeszcze spodoba. Jak na razie powrót Łony połowicznie udany, ale tylko gdy wezmę poprawkę na moje wielkie oczekiwania.

7. Medium - Teoria równoległych wszechświatów




Medium wcale nie musi znaczyć średni, a zwłaszcza w przypadku tego albumu. "Teoria równoległych wszechświatów" to zdecydowanie materiał wybijający się ponad przeciętność i nie bez powodu wymieniany jest w gronie najlepszych albumów roku w wielu rankingach. Kielczanin momentami może zbyt bardzo kombinuje w tekstach, co utrudnia odbiór i generalnie sprawia, że jest to płyta do której trzeba siąść na spokojnie i mocno się w nią wsłuchać. Nie ma zastrzeżeń co do produkcji, tu Medium pokazał że nie bez powodu szansę na legalny debiut dał mu właśnie Asfalt.

8. Sokół i Marysia Starosta - Czysta brudna prawda



W życiu bym nie pomyślał, że jakikolwiek materiał od Sokoła zrobi na mnie takie wrażenie. Nigdy nie potrafiłem się przekonać do żadnego z projektów tego rapera, ale "Czysta brudna prawda" to album znakomity - Sokół ciągle trafnie opisuje rzeczywistość i raczy nas interesującymi storytellingami, do tego ma Marysię u boku, dzięki której materiał jest jakby delikatniejszy. Z wielką przyjemnością ogląda się klipy, w szczególności "Reset" - co ciekawe, łączy się on w pewnym momencie z teledyskiem Pezeta - "Co mam powiedzieć".

9. Starszy Brat - Beaty, rymy, weekend



Także Zkibwoy wraca, tym razem z Młd i Kedyfem. Jako Starszy Brat śpiewają o dorosłym życiu na zadziwiająco równym poziomie, nie bawiąc się w zbędne moralizatorstwo i bez spinki. Brudne już raczej nie wyjdą (chyba, że w następne święta), ale Jobix ciągle cieszy, bo nic nie stracił ze swojego stylu, a tylko dojrzał i spoważniał. Kroku dotrzymuje mu w szczególności Młd, który zdobył moje serce przeprowadzką do Bielska i tym samym został najlepszym raperem w tym mieście, nic to że z importu i bez żadnej konkurencji. A propos Zkibwoya jeszcze - podobno nowy Karwan za niedługo.

10. Tłusty Kot & DJ Bidi - Therapy



"Therapy" byłoby murowana płyta roku, gdyby nie kilka słabszych tracków. Nie ważne, że w kwestii lirycznej obaj raperzy są raczej mocno średni i ich flow nie powala - płyta ma po prostu wakacyjny luz, imprezowy klimat i doskonałe beaty. 2sty za niedługo pewnie wyda producencką i ciągle wypuszcza coraz to nowe blendy, a ja z chęcią chciałbym "Therapy 2" z kumplami z nC, bo ekipa to nie kiepska. Autorzy nie spodziewali się takiego sukcesu płyty, bo liczyli raczej na coś w rodzaju ciekawostki dla znajomych, a skończyło się na wersjach fizycznych, które dystrybuuje Asfaltshop

***

Płyty, które doczekały się większej recenzji (chronologicznie) -
The Pryzmats - Balon
Gooral - Ethno Electro
- W.E.N.A. - Dalekie Zbliżenia
- Rasmentalism - Hotel Trzygwiazdkowy
- Okoliczny Element - Schody Donikąd

sobota, 24 grudnia 2011

Święta aka Wszystkiego Najlepszego życzy r*dakcja [2011]

Wskazówka, jak obchodzić święta bez zbędnej napinki -


+ klasyka, jak pieprzony karpi i kutia -



+ klasyczna kolęda (jak Zalewska) wersja 2.0!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Common - The Dreamer, The Believer [2011]

Ferrari testers, Armani dressers, exquisite thick bitches that body bless us - tak zaczyna się najnowsza płyta Commona. Zdziwieni? Obiecuję, że po zagłębieniu się w tę płytę nie raz otworzycie jeszcze szerzej buzię. Ale uspokajam - starego lirycznego Commona jest tu dużo więcej niż obrzydliwie bogatego i pyskatego rapera rodem z "Watch The Throne", a jeszcze więcej pięknej muzyki.

Chicagowski muzyk fanów przyzwyczaił do głębokich tekstów, spokojnych utworów, stosunkowo rzadko wychodząc poza te ramy. Do największych klasyków hip-hopu w ogóle zaliczyć można spokojnie kilka jego płyt, w szczególności "Be", piękne od początku do końca. Wyprodukowane w większości przez będącego wtedy dopiero w przedsionku wielkiej sławy Kanye Westa oraz wciąż wielkiego choć już bardzo chorego J Dillę, który z kolei odpowiadał za wcześniejsze albumy. Słuchaczom dała kilka ponadczasowych numerów, żeby wymienić tylko tytułowe "Be""Love Is" czy "Go", a autorowi kilka nagród w tym dla najlepszego tekściarza. Poziom podtrzymany został na wydanym dwa lata później "Finding Forever", ale już "Universal Mind Control" to zupełnie inna kwestia - producentem został Pharell i jego The Neptunes co zdecydowanie odbiło się na płycie. "Wczesny" Kanye czy J Dilla dużo lepiej pasowali do Commona niż elektroniczne zabawy The Neptunes, a sam Lonnie wydawał się być w nieco słabszej formie.

Muzycznie "The Dreamer, The Believer" to zdecydowanie powrót na dobre tory. Z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że paradoksalnie najlepszy w tym przypadku wybór producenta był trochę strzałem w stopę - No I.D. mimo że ukrywający się za beatami i co najwyżej objawiający się refrenem (pięknym!) co rusz wysuwa się przed Commona. Muzyka to na pewno bardzo mocny, jak nie najmocniejszy, punkt tej płyty. Zaburza ją jedynie nieco kanyewate "Raw" i boombapowe "Ghetto Dreams", jednak oldschoolowa konwencja tego kawałka tłumaczy użycie najprostszych patentów. Dla mnie jako psychofana Mayera Hawthorna smaczkiem dodatkowym było zsamplowanie go w "Blue Sky".

Ocenę lirycznej części płyty warto zacząć właśnie od "Ghetto Dreams", nagranego z Nasem hołdu dla pięknych lat 90-tych. Idealnie współgra z tym trackiem klip, gdzie podchodzące już pod czterdziestkę legendy rapu przenoszą się w przeszłość, do swej młodości, marzeń i kobiet pukanych w samochodach. Kozaka Common zgrywa także w "Sweet" i chociaż na teledysku uderzając się w pierś wygląda groźnie, to w rezultacie wychodzi to nieco komicznie. Konwencja Lonniego jako twardziela ujawnia się jednak tylko w kilku utworach, w większości więc "The Dreamer, The Believer" to stary dobry Common - spokojny, przemyślany i uduchowiony, chociaż w tym przypadku nieco wtórny i bez fajerwerków. Uznajmy, że kilka lat temu założył on (sweter, skojarz follow-up) taką a nie inną stylistykę i trzyma się jej, czego przykładem "Cloth", "Celebrate""Windows" czy nawet ten nieszczęśnie zaczynający się "The Dreamer". Tak jak pisałem wcześniej, kilka razy wspomaga go śpiewem No I.D. i raz John Legend i jest to doskonałe dopełnienie jego zwrotek.

"The Dreamer, The Believer" to świetny album zamykający niezły rok w rapie. Common mimo kilku wycieczek w inne klimaty, które uznamy za małą próbę dla fanów, pozostał raczej wierny starej stylistyce. Kroku dotrzymuje mu No I.D. (a nawet czasem wyprzedza), który sprawił że płytę można traktować po prostu jako doskonałą muzykę, nie zamykając jej w sztywnych ramach hip-hopu. Równocześnie odciągnął uwagę od wszystkich wad po stronie Commona i sprawił, że ten materiał to murowany kandydat na płytę roku, w każdej możliwej kategorii.   

środa, 7 grudnia 2011

Folklor II definitely with Banger Certificate [2011]


Mój tegoroczny Mikołaj nie przyjechał na saniach, tylko na nartach i nie z workiem prezentów, a z drugą częścią najlepszego polskiego filmu freeskiingowego. Szóstego dnia grudnia, o godzinie szóstej internetową premierą miało najnowsze dzieło Michała Całki pt. "Folklor II". Jaki to film i przede wszystkim - czy dorównuje ubiegłorocznej produkcji?

Trudno uciec od w/w pytania, bo przecież generalnie nic się nie zmienia - koncepcja zekranizowania zimy spędzonej w najpiękniejszych narciarsko zakątkach Austrii, Włoch "przybrudzonej" nieco miejskim klimatem Śląska została zachowana, ekipa z południa Polski ta sama, muzyka ciągle hip-hopowa i tylko z rodzimej sceny. Wreszcie ten sam szef, Michał "Tenczys" Całka (który już kombinuje coś nowego), ze swym unikalnym stylem, którego znakiem rozpoznawczym są niepowtarzalne kolorki, wszechobecne refleksy i moc dobrych ujęć. Na pierwszy (nawet na drugi) rzut oka nie widać specjalnej różnicy między dwoma filmami, ale czy to jest zaleta czy wada należy rozpatrywać indywidualnie - pochwalić za kontynuowania wcześniejszego dzieła i przyznać, że w tym temacie i tak już powiedzono wszystko, czy może narzekać na nudę.

Frunie Szczepan Karpiel!
Wybieram to pierwsze, bo każdym trickiem, każdym segmentem i każdym ujęciem "Folklor II" potwierdza swoją klasę. Nie uświadczysz tu nudnych i przydługich przejazdów, pseudo-lifestylowych i nic nie wnoszących pierdół których pełno na amatorskich filmach. Wszystko idealnie pocięte, w dobrych proporcjach zestawiony park ze streetem i nieco na uboczu widoczny przez chwilę freeride. Jest za to zgrana ekipa, niekłamana radość z odjechanego tricku, szczęście w oczach i irokez ala Colby West na głowie, a na deser tradycyjnie krew (chociaż dużo mniej niż w Jedynce u Bartka Sibigi) i gleby. Najlepszą moim zdaniem część zostawiono na sam koniec i jest to part wszechstronnego Marka Dońca, nakręcony przez Roadkill Productions i będący czymś w rodzaju bonusu. Z równą gracją skacze on z dachu burzonego już Dworca PKP w Katowicach, co sunie po puszku gdzieś w Austrii, by później szaleć na wallu. To jeden z tych narciarzy, którzy śmiało mogliby wystąpić w jakiejś grubszej amerykańskiej produkcji i na pewno nie odstawałby. W parku coraz to lepszymi ewolucjami popisują się na przemian mistrz kraju Szczepan Karpiel i Bartek Sibiga który ponownie sieka double, a w mieście rury i nie tylko katują Piotrowie Pinkas i Wojarski wespół z Marcinem Pośpiechem. W "Folklorze II" zagościli także m.in. Robert Szul, Rafał Ramatowski, niezniszczalny Grzegorz "Cerata" Orłowski i znajomi zza południowej granicy na czele z Natalią Slepecką i Mario Skalą. Do udanych trzeba zaliczyć tour po kilku polskich miastach - ekipa Folkloru odwiedziła KatowicachKrakowie, Zakopanem, Wrocławiu i Warszawie i nigdzie nie narzekano na frekwencję. To bardzo miły sygnał świadczący o rozwoju, chociaż ci bardziej konserwatywni freeskierzy zapewne nie jedno brzydkie słowo powiedzieliby o rychłej komercjalizacji tego sportu. 

Swoje zarzuty kieruję tylko w jednym kierunku i jest to nomen omen kolejna wspólna cecha obu produkcji. Ponownie kuleje nieco muzyka, z której przekonały mnie tylko utwory Sokoła i Marysi Starosty i Kamp!. Zdaję sobie jednak sprawę, że wybór najbardziej niestety rażących  w tym przypadku śląskich artystów na czele z G*ubsonem miał tu nieco patriotyczne zabarwienie, wynikające niejako z zamysłu produkcji Skromnego Południa, poza tym wiadomo - de gustibus non est disputandum.

Film premierę internetową miał TU - na stronie portalu freeskiingowego www.newschoolers.com. I to jest chyba najlepsze podsumowanie tego filmu, mówiący sam przez siebie znak jakości. Na dole oprócz filmu zamieszczam video relacja z premiery w Katowicach.

Folklor II The Movie from Michael Ten Calka on Vimeo.


TwoTip at the MS "Folklor II" premiere in Katowice from TwoTip on Vimeo.

wtorek, 15 listopada 2011

Okoliczny Element - Schody Donikąd [2011]


Jestem z Opola, jakie wnioski? - pyta Nin-Jah w piosence "Balsam Party" na pierwszym materiale Okolicznego Elementu pt. "Pierwsza Rozgrzewkowa". W kontekście rapu wnioski mogą być tylko takie - będzie luz w (podwójnych) rymach, masa żartów, follow-upów i wakacyjny klimat, z wiadrem na ziemi i piwem lub Balsamem w dłoni.  

Zacznijmy od tego, że wbrew pozorom i opinii o OE, to nie jest płyta dla każdego. Przynajmniej jeśli założymy, że słuchamy nie tylko dla samego faktu słuchania, ale znajdujemy przyjemność w wyłapywaniu wszelkiego rodzaju technicznych smaczków i zagadek serwowanych przez raperów. Nie zrozumiemy połowy linijek bez uprzedniego zapoznania się z kilkoma klasycznymi projektami, nazwijmy to około-Dinalowymi - Chuck D. Fresh, Da Mastaz, Potentat, Wiadroskład, wymienioną wcześniej "Pierwszą Rozgrzewkową", wreszcie dwie ponadczasowe płyty - "Kasetę Demonstracyjną" i "W Strefie Jarania i w Strefie Rymowania". Przyda się także znajomość topografii Opola, a już kwintesencją wczutki będzie chęć zrozumienia smutnej i wypełnionej naiwną (za koszami i zarzyganym boiskiem WSP) nostalgią okładki. Zresztą już dawno nie aktualnej i nie okej, bo obecny obraz tej miejscówki (bo te schody z okładki nie są donikąd) to elegancki Orlik, a kosze zerwane i tu dorysowane zostały zastąpione pięknym obiektem za grube pieniądze. Swoją drogą służącym chyba każdemu tylko nie, tradycyjnie wyśmiewanym i szykanowanym, s*udentom z Uni. 

Po przebrnięciu przez temat zagmatwanych linijek Mejdeja i Nin-Jah, słowo na temat podkładów. Te w większości wyprodukował oczywiście Mej, chociaż pod różnymi ksywkami. To chyba takie mrugnięcie okiem do fanów wielu stylów na jednym albumie w stylu "a może nie skojarzą?". Momentami jest ciężko jak "Miasto Wstaje", żeby kilka piosenek dalej wszedł bangier "Imprezy i Bzdury" (skojarz), a później reggaeująca oda do (g)andzi w "Drzewach Andzi". Z kolei najlepszymi na płycie "Koszami..." Urbek dał znać, że nadal jest w wysokiej formie, nawet mimo przeprowadzki do przebrzydłej stolicy i znikomego kontaktu z klimatem Oppeln.

Całkiem liczni goście nie zawiedli i zaprezentowali się na swym normalnym poziomie, może za wyjątkiem Lilu. Łodzianka swoimi zwrotkami zrobiła dużo świetnego w "Coś Dobrego Coś Złego", a wejście i flow w "Imprezy i Bzdury" zaprzecza tezie o słabości płci pięknej w hip-hopie (chyba, że to ta mityczna jedna jaskółka?). Wtóruje jej Reno, od tej pary nie odstaje Majkel, Hukos i szerzej nieznany Gruby EMS, z kolei Jareckiego tradycyjnie należałoby jedynie przemilczeć. Szufla, gościnnie występujący na poprzednim materiale, tu pojawia się już w roli oficjalnego członka OE i dodaje swymi charakterystycznym stylem nieco uśmiechu.

Okolicznemu udało się powtórzyć wszystko to, co ujęło ludzi w "Pierwszej Rozgrzewkowej" - nienudzące się wersy, mocne beaty, dobrze zbalansowany klimat między zadumą i zabawą. Smaczku dodają jeszcze liczne skity, wycięte z filmu "Hydrozagadka". Nie jest to nowy Dinal, ale nadal kwintesencja opolskiego stylu i nie wiem co jest takiego w tym mieście, ale nie byłoby polskiego rapu bez Opola i takich płyt, jak ta. Bo chyba dlatego jest nazywane stolicą polskiej piosenki, nie?

środa, 28 września 2011

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #10: Dwudziesty ósmy dzień wrześniowy

Wyjątkowy (dziesiąty!) rocznicowy odcinek JJSSTT - 14 lat minęło od prawdziwej osiedlowej akcji chłopaków z Molesty. "Skandal" Warszawiaków to jedna z najbardziej znanych płyt polskiego hip-hopu, a storytelling o bęckach uzdolnionych chuliganów powinien znać każdy szanujący się słuchacz rodzimego rapu. Marzeniem byłby teledysk, np. na 15 rocznicę. 

Nic więcej, to trzeba znać na pamięć, na wyrywki w środku nocy i już, kto nie pamięta to z policji, jesteś w błędzie jeśli myślisz inaczej, pała to pała (RACZEJ RACZEJ).