Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 marca 2012

Lana Del Rey - Born To Die [2012]

Żyjemy w czasach w których za jakimkolwiek sukcesem jednostki nie stoi tylko ona sama, ale także sztab ludzi odpowiedzialnych za promocję, reklamę, marketing, czy PR. Najlepszym tego przykładem jest Lana Del Rey - postać praktycznie od podstaw stworzona dla sukcesu i zarabiania pieniędzy, będąca jednocześnie także przykładem jakie negatywne skutki można w ten sposób odnieść.

"Born To Die" jeszcze przed premierą był okrzyknięty najlepszym albumem 2012 roku. Imponujące liczby wyświetleń singli i okupywane czołówki list przebojów mówiły same za siebie. Wtedy jednak stało się coś, co nigdy wcześniej (chyba?) nie miało precedensu - wielka mistyfikacja, jakiej dopuściła się artystka i jej ludzie wyszła na jaw. Śmiało można powiedzieć, że Lanę zabiła ta sama broń, którą sama umiejętnie wojowała, bo to dzięki internetowi w ogóle pojawiła się ona w świadomości słuchaczy i ten sam internet ją zniszczył.

Po Elizabeth Grant przejechano się z każdej strony, zaczynając od najbardziej rzucających się w oczy sztucznie wyglądających ust, kończąc na zarzutach jakoby za całą jej karierą stał bogaty tatuś. Upadła idealnie wpasowująca się w amerykańską mentalność wielka historia prostej dziewczyny wciąż mieszkającej w przyczepie z rodzicami. Ponadto okazało się, że "Born To Die" to nie jest wcale debiut 26-latki, a jej pierwszy album światło dzienne ujrzał w 2010 roku. Zatytułowana "Kill Kill" i sygnowana pseudonimem Lizzy Grant płyta okazała się kompletną klapą, nawet mimo dostępności na iTunes. Dziś próżno szukać jej w sieci, bo jest sukcesywnie kasowana - ja przezornie zdarłem ją jeszcze przed premierą "Born To Die" i wcale nie dziwię się, że przeszła bez echa. Oliwy do ognia dolał jeszcze występ wokalistki w jednym z najważniejszych programów telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych "Saturday Night Live", gdzie Lana zaprezentowała się dosłownie fatalnie i jej śpiew przypominał raczej to. Nie dziwię się wszystkim tym, którzy poczuli się zdegustowani całą szopką związana z Grant, bo oszukiwano praktycznie w każdej możliwej kwestii, a artystka jak miała okazję obronić się występem na żywo to spiepszyła ją jak Daniel Sikorski kolejną setkę.

Lana w wersji z cienkimi ustami
Szkoda tylko, że to zamieszanie odwróciło nieco uwagę od "Born To Die", a jest to naprawdę dobry materiał. Zostawiając na boku znane wcześniej single "Born To Die", "Video Games" i "Blue Jeans", jest tam jeszcze kilka piosenek trzymających ich poziom. Teksty nie są tak głupie jak mogłoby się wydawać, głos Lany brzmi naprawdę dobrze, w szczególności w refrenach, a sama muzyka jest momentami doskonała. Nie ma tzw. zapychaczy i całą płytę można spokojnie wziąć na raz, chociaż zdarzają się banalne i na wskroś pod publiczkę hity takie jak np. "National Anthem" czy dziwnie rapowana momentami "Lolita". Całość naprawdę zapada w pamięci i przykuwa uwagę. Nie rozumiem tylko zabiegu z umieszczeniem wszystkich asów na samym początku, co powodu że drugą część płyty jest po prostu słabsza i po szybkim punkcie kulminacyjnym wraz z dalszym ciągiem "Born To Die" zachwyt nieco maleje.

Jeszcze jakiś czas temu wszyscy myśleli, że objawiła się nowa gwiazda muzyki. Wpisująca się idealnie w dzisiejsze gusta retro wokalistka ze świetnym głosem, w dodatku z chwytającym za serce życiorysem i niezłym wyglądem nie mogła nie odnieść sukcesu. Szczyty zdobyła, to jasne, ale sposób w jaki to zrobiła pozostawia wiele do życzenia i skłania nawet do refleksji nad tym ile jest tak naprawdę autentyczności w otaczającym nas świecie. Nie zmieni to jednak faktu, że "Born To Die" to bardzo dobry i wyróżniający się materiał i często dostaje niesłusznie po głowie tylko dlatego, że internauci w pewnym momencie okazali się bardziej chytrzy od speców od marketingu.

niedziela, 15 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #14: Zagranica 2011 vol. 2

Dobra, to już ostatnia część serialu pod tytułem "Płyty 2011". Następny post będzie już wyborem tych najlepszych albumów, więc stay tuned.

1. Kendrick Lamar - Section.80



Lamar dowodzi, że owiane złą sławą Compton to nie tylko kolebka gangsta rapu i muzyczne skoncentrowanie się na porachunkach gangów, przemocy, narkotykach, ciemnych interesach i złych kobietach. Mimo to na "Section.80" znajdziemy tematy bliskie ulicy, podane jednak w mniej banalny sposób - o zgubnym wpływie dragów przestrzega siostrę w "Keisha's Song", kobiety docenia za naturalne piękno bez makijażu w "No Make-Up", a o trudnym życiu w dzielnicach biedy wspomina w "Ronald Reagan Era" wyprodukowanym przez RZA. Tekstowo jest więc bardzo dobrze, kroku dotrzymują także bardzo dobre podkłady, ale niektórych może irytować głos K-Dot. "Section.80" to płyta kompletna, ciekawe tylko jaką drogą pójdzie teraz ta 24-letnia nadzieja Zachodniego Wybrzeża, bo jak na razie kusi go mainstream na czele z Aftermath.

2. Looptroop Rockers - Professional Dreamers



Po kilkuletniej przerwie do Looptroop wrócił Cosmic i zespołowi wyszło to zdecydowanie na lepsze. Po umiarkowanym entuzjazmie związanym z "Good Things" w końcu dostałem to, czego oczekuję od Szwedów i bardziej czuć tu klasyczne stare albumy, niż nowoczesny poprzedni krążek. Świetne kompozycje Embee, niezłe single i teksty, które pokazują, że Looptroop nie można rozpatrywać jedynie w kategorii zespołu muzycznego - przykładem mocno zaangażowane politycznie "On Repeat", czy piękny tytułowy kawałek. Z ust psychofana nie zabrzmi to być może zbyt wiarygodnie, ale Promoe i koledzy to najlepszy zespół rapowy ze Starego Kontynentu i jak ktoś ma wątpliwości to wystarczy przesłuchać "Professional Dreamers".

3. Miles Kane - Colour Of The Trap



Pewnie nigdy bym nie sięgnął po tę płytę, gdyby nie klip zapowiadający jesienną ramówkę TVN, lecący przy okazji każdego bloku reklamowego. Stacja ta ma w zwyczaju bardzo udanie dobierać muzykę do owych zapowiedzi czekającego widzów sezonu i akurat w przypadku jesieni wybór padł na "Come Closer". Po krótkim researchu okazało się, że autorem kawałka jest Miles Kane, czyli wokalista The Rascals i połówka The Last Shadow Puppets, w dodatku o wyglądzie młodego Paula Mc Cartneya. Bardzo fajna to piosenka, a podobnych znajdzie się na "Colour Of The Trap" jeszcze przynajmniej kilka. Wielbicieli jego muzyki spodoba się zapewne nieoficjalna wiadomość, że Kane razem z Alexem Turnerem z Arctic Monkeys działają coś w kierunku drugiego albumu The Last Shadow Puppets.

4. Onra - Chinoiseries Pt. 2



Jak sama nazwa płyty wskazuje jest to kontynuacja projektu Onry z 2007 pod wiele mówiącym tytułem "Chinoiseries". Pomysł Francuza polega na przybliżeniu słuchaczom azjatyckich dźwięków (skąd pochodzi rodzina Bernarda) za pomocą wyszukanych w tamtejszych antykwariatach i nie tylko starych płyt winylowych, pocięciu ich i dodaniu kilku efekcików. Wszystko niby się udało, ale mimo to lepiej słucha mi się pierwszej części. Ta wydaje się nieco ciężka, długa, bez jakichś szczególnie przyciągających uwagę momentów. Słowem - bardzo poprawna i tyle, ale warta chociażby jednego odsłuchania ze względu na tematykę.

5. SBTRKT - SBTRKT



Kolejny debiutancki krążek na tej liście. SBTRKT to taki post-dubstepowy producent z Anglii, umiejętnie kojarzący ze sobą wiele gatunków i windujący muzykę taneczną na wyższy poziom niż cała masa idiotycznych papek znanych z klubów, czy muzycznych stacji telewizyjnych. Już singiel "Pharaohs" zwiastuje, że mamy do czynienia z czymś ponadprzeciętnym i uniwersalnym. Nie wiadomo jak potoczy się dalej kariera Aarona Jerome, ale podąża on dobrą drogą, bo takiej muzyki właśnie chcę sobie słuchać w aucie lub do śniadania. Kawał dobrej roboty.

6. Selah Sue - Selah Sue



Selah Sue to casus podobny do opisywanego nieco wyżej Milesa Kanea - piosenka z reklamy, w dodatku bardzo często granej, wkręca się niemiłosiernie i sięgasz po całość, a ta okazuje się być tak samo dobra. Album jest zróżnicowany i przyjemnie się go słucha, a poza znanym każdemu singlem poleciłbym czym prędzej zapoznanie się z np. "Raggamuffin" i "Black Part Love". Selah Sue wygląda i śpiewa trochę jak Amy Winehouse, ale liczę, że nie pójdzie jej drogą i zaskarbi sobie publiczność czymś więcej niż kilkoma piosenkami i jednym pogrzebem.

7. Stalley - Lincoln Way Nights



Stalley to młody stażem kot z Ohio, były koszykarz i posiadacz imponującej brody. "Lincoln Way Nights" to jedna z tych płyt, które przyjemnie się słucha i ma w sobie kilka perełek, za to jakoś specjalnie za nią nie tęsknisz jak się skończy. Kolejna solidna pozycja na tej liście, ale bez wielkich fajerwerków. Dodatkowo można ją legalnie ściągnąć z neta, bo to mixtape jest, ale doczekał się też fizycznego wydania w Maybach Music Group Rick Rossa.

8. The Roots - Undun



"Undun" to tak naprawdę historia młodego przestępcy Redforda Stevensena. Opowiedziana od tyłu, wieloma głosami, przy akompaniamencie najlepszej w poprzednim roku muzyki w kategorii hip-hop. Cała ta masa ludzi zaangażowana w produkcję tej płyty odwaliła cholernie dobrą robotę, serwując fanom istne mistrzostwo na każdej płaszczyźnie. Mało jest nawet grup, które trwają razem nieprzerwanie przez tyle lat, a wskaż mi takie, co nie osiadły na laurach i z każdym nowym albumem rozwalają świat. Pozycja obowiązkowa, jestem pewny że będzie to klasyk gatunku.

9. The Weeknd - House of Balloons/Thursday/Echoes of Silence



Gdzieś przeczytałem, że The Weeknd razem z Frankiem Oceanem zbawią muzykę R&B. Nie miałbym nic przeciwko, żeby ten gatunek szedł w tym kierunku, byłbym też wdzięczny gdyby takie darmowe mixtapy częściej wychodziły na światło dzienne. Zwrócić uwagę należy również na płodność Abela Tesfaye, bo wszystkie trzy EP wydał w tym samym roku, która idzie w parze z jakością. Ciężko tu wyróżnić jedną najlepszą płytkę, lepiej rozpatrywać The Weeknd jako nadzieję na lepsze jutro.

10. Those Dancing Days - Daydreams And Nightmare



Przyjemna płyta grupy gówniar ze Szwecji, indie pop z rockowym zacięciem i idealny materiał na soundtrack do H&M i innych świątyń dla nastolatków. Nie przeszkadza mi to jednak w małym zachwycie nad tym krążkiem - po debiucie polubiłem Those Dancing Days i nie widzę powodu dla którego miałbym przestać po "Daydreams And Nightmare". Może to trochę infantylna i wybitnie damska płyta, ale coż z tego skoro cieszy ucho na podobnym poziomie jak "In Our Space Hero Suits" z 2008. Aż dziwne, że ich popularność w Polsce jest odwrotnie proporcjonalna do ilości fanów sztucznych tworów typu Honorata Skarbek. Łakomy kąsek dla wannabe-hipsterów w wieku nastu lat.

11. Toro Y Moi - Underneath The Pine



Miałem problem z wyborem klipu, bo kilka ich Toro nagrał na potrzeby promocji tej płyty. Wybór ostatecznie padł na "Still Sound", bo na nim Chaz wygląda tak, jaka jest ta płyta - sympatycznie, przyjemnie, radośnie. Słucha jej się z wielką przyjemnością i to nie tylko zasługa wokalisty - muzyka stoi w rozkroku między bujającym funkiem, a elektronicznym popem. We wrześniu Toro Y Moi wydał jeszcze krótką EP "Freaking Out", gdzie na warsztat bierze m.in. "Saturday Love" Cherrelle, ale także kilka innych klasycznych utworów z lat minionych. Chazwick Bundick na prezydenta!

12. Tyler, The Creator - Goblin



"Tyler to istny fenomen" - pomyślałem, gdy jego płyta wydała ostatnie brzmienie. Nie z powodu wybitnego poziomu "Goblina", tylko z niezrozumienia szumu wokół niego. To znaczy rozgłos rozumiem, bo trudno przemilczeć kwestię gwałtów, mordów i wszelkiego rodzaju innych perwersji poruszanych przez młodzieńca albo nie przestraszyć się kołatek w "Yonkers" i prostego, ale interesującego klipu. Szkoda, że Tyler skutecznie zakrywa tymi chorymi rzeczami to, co tak naprawdę czuje i chce przekazać, jego sympatie do licznych kumpli, niespełniona miłość i żal z powodu wychowywania się niepełnej rodzinie. Dodatkowo można przyczepić się do produkcji, która razi brakami. Na pocieszenie dodam, że Tyler szykuje coś nowego i to podobno bez brzydkich treści. Na razie polecałbym zainteresowanie się kimś innym z bandy OFWGKTA, np. Frankiem Oceanem, ale nie zmienia to faktu, że Okonma jest bardzo ciekawym zjawiskiem, który mam nadzieję wyewoluuje w coś bardziej przystępnego.

***

Płyty, które doczekały się większej recenzji (chronologicznie)-
- Lykke Li - Wounded Rhymes
- Swollen Members - Dagger Mouth
- Theophilus London - Timez Are Weird These Days
- Mayer Hawthorne - How Do You Do
- Common - The Dreamer, The Believer

piątek, 13 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #13: Zagranica 2011 vol. 1

Zgodnie z zapowiedzią kontynuuję muzyczne wspomnienia roku poprzedniego. Polska muzyka za mną, teraz na warsztat biorę muzykę zagraniczną. Pobudki z powodu których akurat takie płyty się tu znajdują wyjaśniłem w odcinku z krajową muzyką. Poniższą listę, na której pomieszałem wszystkie gatunki od R&B, przez rap, po poprock, pozwoliłem sobie podzielić na dwie części po 12 propozycji. Płyty są oczywiście uporządkowane alfabetycznie więc nie ma się co cyferkami sugerować.

1. Adele - 21



Wahałem się czy ta płyta powinna się tu znaleźć. Napisano o niej już wszystko, wszyscy ją oceniali, tak samo jak samą Adele. Jej talent i umiejętności wokalne są nie do podważenia, wypadałoby się tylko zastanowić czy szum wokół niej jest do nich współmierny. Mam co do tego trochę wątpliwości, ale niech już będzie. Ludzie poczują się chociaż trochę lepiej obcując ze sztuką podawaną w komercyjnym opakowaniu.

2. Arctic Monkeys - Suck It And See



Małpy to synonim znaku jakości i tak samo jest w tym przypadku. Chłopaki z Sheffield porzucili już nieco ostre gitarowe granie znane z pierwszych dwóch płyt i skupili się bardziej na przemyślanych balladach rockowych, to nie stracili nic ze swojego charakteru. Mimo że po premierze poprzedniej płyty "Humbug" dużo osób zwiastowało koniec tej kapeli w sensie niezależności i rockowego pazura. Ciągle jednak słucha się ich z wielką przyjemnością, a "Suck It And See" jest tego najlepszym przykładem. 

3. Cocaine 80s - The Pursuit/Ghost Lady



Pozwoliłem sobie do jednego wora wrzucić obie produkcje spod szyldu Cocaine 80s, mimo że są nieco inne. Nowsze "Ghost Lady" jest trochę bardziej spokojne i poważne, z kolei "The Pursuit" jakby bardziej przebojowe. Mózgiem całego projektu jest No I.D. nad którego kunsztem muzycznym zdążyłem rozpływać się już przy okazji najnowszej płyty "The Dreamer, The Believer" Commona, który zresztą na obu EP-kach udziela się po jednym kawałku na każdą z płyt. Bardzo solidna muzycznie propozycja, w dodatku każdy może się w nią całkiem legalnie za darmo zaopatrzyć.

4.  Coldplay - Mylo Xyloto 



Kolejna, po Adele, nieco nie pasująca tu pozycja. Trochę na wyrost umieściłem na tej liście płytę Coldplay, bo ani ona bardzo dobra, ani nawet nie jestem ich fanem. Wszystko z powodu ich koncertu na Open'erze, na którym Chris Martin zrobił całkiem przyjemne show i naprawdę byłem pod wrażeniem ich premierowego w Polsce występu. "Mylo Xyloto" jest bardzo dobrze wyprodukowane, ma swoje dobre momenty jak np. single "Paradise" czy "Every Teardrop Is a Waterfall", ale momentami przynudza (jak to czasami Coldplay ma w zwyczaju). Miałem mieszane uczucia co do featuringu Rihanny, ale na szczęście "Princess of China" wyszło im lepiej niż Kai Paschalskiej.

5. CSS - La Liberacion



Cansei de Ser Sexy, bo tak należy rozszyfrowywać skrót CSS, to rockowo-elektroniczny zespół rodem ze słonecznej Brazylii. Bardzo sympatyczny zresztą, tak samo jak jego muzyka, taneczna i ostra momentami, oparta na humorystycznych tekstach. Praktycznie cała płyta jest po angielsku, poza tytułowym kawałkiem, tak samo jak praktycznie w całości jest to zespół żeński - z wyjątkiem jednego osobnik płci męskiej.

6. Florence and the Machine - Ceremonials



Gdy pisałem o Adele wspomniałem o moich wątpliwościach dotyczących szumu wokół niej. Dużo bardziej cenię Florence Welch i wydaje mi się, że jej głos jest dużo mocniejszy od Adele, mimo to jest mniej sławna od młodszej koleżanki. Nic to, ważne że drugi album zespołu jest równie świetny jak "Lungs". Debiut był nieco bardziej rockowy, teraz Florence dała prawdziwy pokaz siły swojego wokalu, któremu towarzyszą jakby wielowarstwowe, eleganckie kompozycje z udziałem orkiestry. Trzeba przesłuchać.

7. Foster The People - Torches



"Pumped Up Kicks" to takie "Somebody I Used To Know" pierwszej połowy roku 2011, z tą różnicą że jest fajne. Było wszędzie, w sklepach, radiu, a już w szczególności na tych śmiesznych f*jsbukowych tablicach. Cała debiutancka płyta Amerykanów jest w podobnym przyjemnym i wakacyjnym klimacie. Może nie wyróżnia się zbytnio na tle innych indie popowych płytek z jednym wybijającym się hitem, ale zdecydowanie warta jest poświęcenia kilkudziesięciu minut życia. Nie pożałujesz, a obiecuję że jeszcze nie raz do niej wrócisz - zwłaszcza, że poza singlowym "Pumped Up Kicks" ma w sobie kilka innych perełek, w tym moje ulubione "Waste".

8. Frank Ocean - Nostalgia, Ultra



Frank Ocean to jeden z przykładów (oprócz The Internet), że OFWGKTA to nie tylko chore rapowe piosenki o gwałtach i zarzynaniu, r*zpierdol i croud surfing na koncertach. Breaux potrafi całkiem ładnie podśpiewywać i zrobił tak nie tylko na całej "Nostalgia, Ultra", ale nawet na kawałku otwierającym "Watch The Throne" Kanye Westa i Jay-Z. Dodatkowemu smaczkowi tego mixtape dodaje kilka skradzionych podkładów - mój płytowy faworyt to poruszający "American Wedding" nagrany na "Hotel California" Eagles, a znajdzie się również "Strawberry String" od Coldplay i coś od MGMT. Żałuję, że sprawdziłem materiał Franka dopiero pod sam koniec roku, bo jest to jeden z lepszych krążków minionego roku w kategorii R&B.

9. Ill Bill & Vinnie Paz - Heavy Metal Kings



Pierwszy rapowy materiał i od razu taki mocny. Nie tylko w formie, ale i jeśli chodzi o poziom. Ill Bill i Vinnie Paz to pewniaki i mimo, że każdy album czy to Non Phixion czy Jedi Mind Tricks brzmi bardzo podobnie, zawsze ma swój specyficzny klimat. Tak samo jest w przypadku "Heavy Metal Kings", który zapowiadał najlepszy moim zdaniem kawałek na płycie - otwierający ja "Keeper Of The Seven Keys".

10. Is Tropical - Native To



Już nawet nie pamiętam gdzie usłyszałem po raz pierwszy Is Tropical, ale na pewno wdzięczny jestem temu kto to akurat udostępnił w sieci. "Lies" zdobyło me serce na tyle, że stało się jednym z najczęściej odtwarzanych przeze mnie utworów w 2011 i z chęcią był wrzucił tu klip do niego, ale nie wiem czy każdy jest gotowy na damską goliznę. Jest za to teledysk do "The Greeks" który powinien zrozumieć każdy chłopak i te nieliczne dziewczęta, które bawiły się w niewidzialną wojnę z patykami w rękach. Podsumowując całe "Native To" - bardzo dobry elektroniczno-gitarowy pop z Anglii, bo mimo że chłopaki nie chcą być szufladkowani tak to właśnie trzeba nazwać. Niczego w tym temacie nie muszę już pisać, wystarczy przesłuchać (lub oglądnąć klipy jeśli masz 18+). 

11. Jamie Woon - Mirrorwriting



To właśnie przez takich ludzi jak Jamie Woon wybory tych najlepszych będą trochę przeterminowane i ukażą się gdzieś pewnie pod koniec stycznia. "Mirrorwriting" czekało na dysku cierpliwie na swoją kolejkę, bo bardzo zależało mi na sprawdzenie typa, którym zachwyca się tyle portali muzycznych, a co po niektórzy umieszczają nawet na samym szczycie listy najlepszych płyt 2011. Nie było to dobre posunięcie, bo Jamie powinien zagościć u mnie dużo wcześniej - jego muzyka jest wypadkową świetnego głosu i przyjemnych melodii, płyta mixem spokojnych ballad i potencjalnych hitów jak chociażby "Lady Luck" widoczne u góry. Dodam jeszcze, że wydany w kwietniu krążek jest debiutem Brytyjczyka z malezyjsko-chińsko-szkocko-irlandzkimi korzeniami (uff). Ilu jeszcze takich Woonów siedzi po knajpach brzdąkając do kotleta i czeka na swoją szansę?

12. Kanye West & Jay-Z - Watch The Throne



Gdy najlepszy raper mainstreamowy spotyka się w studio z jednym z bardziej kreatywnych i uzdolnionych producentów, a przy tym nie kiepskim raperem w celu nagrania płyty nie może to zakończyć się klapą. Tak jest właśnie w tym przypadku, bo "Watch The Throne" to materiał niesamowity. Chociażby ze względu na tematykę i formę, które określić można jako skrzyżowanie przepychu, blichtru, cudów na kiju, złota, konsumpcjonizmu, deszczu dolarów, maybachów i kilku jeszcze innych rzeczy. Po prostu "black excellence in Paris". Możesz kochać albo nienawidzić, ale docenić musisz za "Otis", za banger "Niggas in Paris" albo za "Who Gon Stop Me" pożyczone od Flux Paviliona.

sobota, 26 marca 2011

Lykke Li - Wounded Rhymes [2011]


Od beztroskiego "Youth Novels" minęło prawie trzy lata, więc z dużą niecierpliwością czekano na nowy album Lykke Li. Teraz, gdy ujrzał on już światło dzienne wiadomo, że Szwedka tego czasu nie zmarnowała, chociaż nie koniecznie można odnieść takie wrażenie od razu.

Nie od początku było kolorowo - po pierwszych odsłuchach singla "Get Some" nie byłem zbyt przychylnie nastawiony na przyszłość "Wounded Rhymes". Dziwny w treści i formie kawałek nijak nie przypominał pogodnych utworów z pierwszej płyty, których pewnie podświadomie oczekiwałem. Następnie ukazał się dużo lepszy "I Follow Rivers" (video na dole), aż wreszcie wyszła całość. Wrażenia po pierwszym odsłuchu, jak po "Get Some" - średnie i jakoś nie specjalnie zachęcające do kolejnego puszczenia. Później z każdym kolejnym coraz bardziej się wkręcało. Rozpoczynające płytę "Youth Knows No Pain" przykuwa uwagę zgrabnie dobranymi bębnami, a "Love Out Of Lust" tak samo jak "Sadness Is A Blessing" i "I Know Places" upodobają sobie szczególnie zwolennicy Lykke z 2008 roku. Trochę więcej życia znajdziemy w "Get Some", czy "Rich Kids Blues". Pierwsza refleksja jaka nasuwa się po porównaniu oby krążków Szwedki (prócz nieco innego klimatu) to fakt, że "Wounded Rhymes" jest jakby bardziej spójne, nastrojowe i co za tym idzie dojrzałe, w odróżnieniu od bardziej przebojowego i strasznie katowanego (w większości z pozytywnym skutkiem) przez wszelkiego rodzaju remixy "Youth Novels". Niby jest potencjalny hit w postaci "Get Some", ale mimo wszystko chyba nie takiego kalibru jak "Little Bit" albo "Everybody But Me". Sama Lykke pozostała ta sama, z miłym dla ucha głosem robiącym klimat, wszechstronna i z głową pełną pomysłów na niebanalne utwory. Słychać różnorodność i jest pełna paleta emocji, od miłości do nienawiści, ale odniosłem wrażenie, że po świetnym początku płyta traci nieco z każdym kawałkiem.

Ogólnego wrażenia to jednak nie zmienia i pozostanę przy zdaniu, że "Wounded Rhymes" z każdym odsłuchem przypada do gustu coraz bardziej. Polecam, tak samo jak szukanie młodych zdolnych na myspace (Lykke została w 2007 zauważona właśnie dzięki piosence umieszczonej na tym portalu, podobnie jak np. Arctic Monkeys), a nie w tandetnych programach TV.

Darmowy odsłuch tu, a pod dołem jeszcze gratis, żeby zachować "rapowy" charakter blogaska, joł(?).



poniedziałek, 14 marca 2011

I Blame Coco - The Constant [2010]


Jakiś czas temu w jednej z gazety zobaczyłem ofertę z serii "Zagraniczna płyta - polska cena" i moją uwagę przykuła jedna pozycja - "The Constant" I Blame Coco. Nie tyle okładka (prosta), co dopisek na niej informujący, że za tą właśnie płytą stoi nie kto inny, jak córka Stinga. Byłem lekko zniesmaczony taką promocją, ale po krótkim okresie obrażania się sięgnąłem po nią i zdecydowanie nie żałuję.

Żeby nie było niejasności, to wcale nie zarzucam wokalistce, że sama wpadła na taki pomysł - podejrzewam, że najchętniej zrobiłaby wszystko, żeby odciąć się w tej kwestii od sławnego ojca i pewnie stąd pomysł na pseudonim. Niestety, kamuflaż nie udał się i teraz przy niemal każdej okazji obok Coco wtrąca się gdzieś Stinga lub The Police, co jest dość krzywdzące, bo płyta broni się sama. Jak? Przede wszystkim swoim zróżnicowaniem i wysoką jakością każdego z elementów. Są ballady o miłości i młodości, jest momentami ostro i smutno, później delikatnie i radośnie, a wszystko podane w konwencji elektroniczno-popowo-rockowej. Jest jeden jedyny, ale za to znakomity duet ze szwedzką gwiazdką Robyn (Coco płytę nagrywała głównie w Szwecji). Uwagę zwraca również głos wokalistki, chropowaty i przepity, ale dobrze radzący sobie zarówno w spokojnym "Playwright Fate", jak i mocniejszym "Caesar", i wyśpiewane nim wpadające w ucho refreny, jak np. w  "Quicker". Album równy i charakterystyczny, tak jak produkcje Stinga.

Trzeba mieć oko na Coco, bo samym debiutem dość mocno zamieszała i żal tylko, że często jedynym powodem przez który wspomina się o niej jest jej ojciec. Można tylko życzyć (słuchaczom i jej), aby wraz z kolejnymi wydawnictwami Eliot Pauline Sumner ta tendencja się zmieniła, bo młoda zasługuje na więcej niż sztuczny fame z powodu taty, co wcale nie jest takie oczywiste w światku muzycznym (casus beznadziejnych synów Cugowskiego). Polecam w całości.

niedziela, 17 października 2010

Brodka - Granda [2010]


O tej płycie wspominałem jakiś czas temu w pierwszym odcinku JJSSTT , wtedy do odsłuchu możliwy był jeden kawałek. Rokował on na nie tylko całkiem dobry materiał ale przede wszystkim na nową jakość w polskiej muzyce popowej.

Teraz, po 3 tygodniach od premiery i kilkudziesięciu przesłuchaniach "Grandy", mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że pierwsza część zdania poprzedniego w 100% się sprawdziła ale z drugą już można polemizować. Momentami Brodka brzmi jak Nosowska, niektórzy doszukują się analogii z Anią Dąbrowską czy La Roux. Trochę to razi ale nie przykrywa dobrego ogólnego wrażenia po przesłuchaniu płyty. Tak zapowiadany przez autorkę muzyczny eklektyzm wypadł bez zarzutów - jest elektrycznie, momentami rockowo, z domieszką folkową. Są kawałki spokojne jak "Kropki i kreski" czy 'Syberia" , energiczna "Granda", jest zabawa syntezatorami w utworze "Krzyżówka dnia". Tekstowo żartobliwie (np. "W pięciu smakach", klip poniżej), namiętnie (""Saute") i po francusku vide zamykające płytę "Excipit". Wyróżnić należy także "K.O.""Szyszę"  Wyrzucając niepotrzebny i skippowany, myślę, że nie tylko przeze mnie, "Hejnał" zostanie nam 10 przyjemnych utworów (+ "Bez Tytułu") nowej i dojrzałej (nie tylko wyglądem) zwyciężczyni "Idola".

Podsumowując, nie jest to może album niesamowity, jednak w morzu popowej tandety, indie-popowa "Granda" jawi się jako nadzieja na lepsze jutro. Oby tylko było więcej Brodki w Brodce (choć może to jest Brodka?) i będzie świetnie.