Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 października 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #16: Opole


Opole stolicą polskiej muzyki jest i basta. Myśląc Opole widzimy amfiteatr, z charakterystyczną więżą w tle, a na scenie gwiazdy muzyki - te z panteonu, te drugoligowe, czy wreszcie te dopiero stojące u progu kariery. Równocześnie jednak gdy renoma odbywającego się tam praktycznie nieprzerwanie od 1963 roku Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej stopniowo podupadała, aż stał się on nie festiwalem najlepszej polskiej muzyki, a koncertem zblazowanych muzyków i ostatnią szansą dla stetryczałych peerelowskich gwiazdeczek, to opolski rap wyrabiał sobie markę. Dla młodych Opole to powoli nie była już Rodowicz i Steczkowska, a Dinal czy Okoliczny Element, których nie łączyło tylko miejsce zamieszkania, ale także wyluzowany, nie do podrobienia styl, idący dodatkowo w parze z techniką. I nie zmieni tego nawet fakt, że rapowe Opole zaliczyło ostatnio spory regres, w dodatku na opinie wpływa miejscowa wytwórnia Step Records, której target oscyluje w granicach wczesnego gimnazjum.

Ten przydługi post będzie swoistym hołdem i pożegnaniem się z tym miastem, w którym przyszło mi spędzić trzy lata - przykrym wnioskiem z wyprowadzki jest fakt, że zamieniwszy 120 tysięczne miasto na ponad sześć razy większe, równocześnie wyjechałem na istną rapową pustynię. #kraków

PS. Oczywiście braknie tu komuś Jareckiego, ale łagodnie rzecz ujmując - "nie przekonuje mnie". East West Rockers też celowo pominięte, nie pasuje do koncepcji.

1. Dinal - W strefie jarania i w strefie rymowania



Absolutny klasyk, najważniejsza dla mnie płyta obok "Na legalu?", taka, którą znam na pamięć i podśpiewuję za każdym razem jak leci, a gdybym był Mesem to bym sobie wydziabał okładkę zamiast "Dark Side Of The Moon". Dinal wygrał nią rap, jest tu wszystko czego można oczekiwać od płyty i jest to najlepsza definicja luźnego opolskiego stylu. Chociaż chłopaki podkreślają, że "ma być fajnie, bo trudno" i porównaniami, metaforami i nawiązaniami sypią non stop (dowód), to tematycznie nie jest nudno - storytelling, kawałki o miłości, o zdrowym odżywianiu, stylowe bragga. Bardzo szkoda, że wydane w 2006 "WSJIWSR" to ostatnia płyta Wankeja i spółki. Każdy z nich poszedł w inną stronę (Wankej - naukowiec w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Opolskiego, coś tam chce nagrać ale nie wychodzi; Mejdej - Okoliczny Element; Urb - didżejska banda Gram-O-Phonics; Karol - nie wiem, chyba skończył z muzyką na dobre), ale i tak do zobaczenia w lepszych czasach. "WSJIWSR" ma także wersję z remixami zatytułowaną "Zagubione indeksy (Indeksy i rarytasy)" - polecam szczególnie "Modę na sos".

2. Dinal - Kaseta demonstracyjna



Trzy lata przed wydaniem "WSJIWSR" na nielegalnym rynku pojawiła się "Kaseta demonstracyjna" - winyl wydany własnym sumptem, z zajawki. Minęło 9 lat od premiery, a ona wciąż się nie nudzi i zaskakuje świeżością. W związku z wydaniem "Kasety..." miał miejsce pewnie jedyny kontakt opolskiej grupy z telewizją, kiedy to do programu MTV zaprosił ich O.S.T.R i tym samym chłopaki poszli śladem Madame Tussauds. Wypadli uroczo, polecam część pierwszą, z boku będzie druga.

3. Chuck D Fresh - Chuck D. Fresh



2001, spada na miasto bomba - Chuck D Fresh nowa płyta. W rolę tytułowego Chucka aka Miałem Każdą wcielił się Karol z Dinala, który na płytę zaprosił całą śmietankę opolskiej sceny. Najciekawsze, że płyta robiona jest dla żartów, a słusznie ktoś zauważa, że i tak ma najlepsze melodie i buja sakramencko.

4. Da Mastaz - Beatz on da streetz



Najbardziej amerykańska z polskich płyt, równocześnie wyśmiewająca cały hip-hop. Prawdziwe opowieści z osiedlowych uliczek, z suki, o ciuchach, dragach, deskorolce, r*chaniu biczys, nawet Ś.P. drukowany Ślizg się pojawia. Jedna piosenka zjada "Beatz on da streetz" cały Swag Jak Skurwysyn (prócz Zioła).

5. Monitor FM - Monitor fucks monitor 



Słuchając tego chcesz być ich funflem, razem jechać nad wodę maluchem lub bryką Jacka starego, ścigać się escortem lub skodą i robić murki na rolkach-demolkach. Płyta ma także walor edukacyjny - nie musisz brać marychy, żeby być odlotowy, nie pal trawki, bo się udusić możesz, a w lesie gaś ognisko - hitem tego kawałka jest także śpiew Wankeja, nie polecam słuchać głośno.

6. Monitor FM - Monitor ist zuruck



Monitor jest z powrotem, ale w gorszej formie i tym razem prosto z Westfalii (falii). Nie zmienia to jednak faktu, że to i tak TOP 10 niemieckiego rapu, z własną półką w Empiku o furach i tuningu audików. Niemiecka mniejszość narodowa, której pełno w tych rejonach, powinna być dumna.

7. Okoliczny Element - Pierwsza rozgrzewkowa



Debiutancki nielegal Okolicznego Elementu, czyli Nin-Jah i Mejdeja, to jedyna płyta nagrana na poważnie, która zbliżyła się chociaż trochę do poziomu Dinala. "Pierwsza rozgrzewkowa" to obowiązkowy materiał na każde lato, bo chociaż do raperów można mieć trochę zażaleń, to do klimatu nigdy. Płytę dopełnia klip nagrany na kultowych opolskich miejscówkach - pl. Teatralny, boisko na WSP, sklep Jeżyk, kamionka na 1 maja.

8. Okoliczny Element - Schody donikąd



Druga płyta Okolicznego to podtrzymanie klimatu i poziomu z debiutu - więcej w tym miejscu.

9. Wiadroskład - The Giecikowe



"The Giecikowe" to tak naprawdę mniej poważna zaprawa przed Okolicznym. Tematyka około-imprezowa, wiadrowo-balsamowa. Jest też ciekawy cover "Ty" z drugiego Dinala, pochwała sportu i śmiechy z polskiej sceny. Drugi, tegoroczny Wiadroskład, nie jest warty wielkiej uwagi więc omijam, jakby ktoś uwierzył to niech sprawdzi sobie tu.

10. SMA - 83



Ta płyta to dobry materiał jak na warunki nielegali, ale ledwie średnia na warunki opolskie. SMA nie jest jakimś super raperem, produkcje nie są wybitne, ale słucha się tego przyjemnie, a już zwłaszcza singla.

11. Mocne Wersy - Miejski syf



Szczub to oficjalnie jeden z najbardziej denerwujących polskich raperów - Reno-hustler-swagger wannabe w jednym. Kosa podrzucił fajne podkłady i powinien zdecydowanie pozostać przy tym i mikrofon oddać SMA. Ten z kolei na swoim stałym, solidnym, ale bez fajerwerków poziomie z "83". Mocnych wersów tam w każdym razie nie uświadczysz, ale da się przesłuchać, chociaż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to materiał dla gimbusów ze Stepu, którzy chcą nieco odetchnąć od ulicy.

12. Various Artists, czyli lepsze i gorsze, ale opolskie

Inne polecane kawałki made in Oppeln lub gościnne -

Dinal - Czuję się klawo feat. Lilu)
Dinal - Palić i grabić
Dinal - Program 2
Dinal - Top Secret
DizkretPraktik - Braggadacio feat. Majkel, Wankej, Pjus
Lech Roch Pawlak - Na rowerze samochodem
Lilu - Nie Ma Drugiej Takiej feat. Pan Wankz)
Łona, Duże Pe, Dizkret, 2cztery7, Blef, Wankej - Znasz mnie
Potentat - Miasto/Zadbaj o swą godność
Ruffsoundz & Pan Wankz - Mark4
The Pryzmats - Dobry kot feat. Stasiak, Pan Wankz, DJ Ike
The Winkelz - Mała nadzieja
Wiadromix
Zkibwoy & DJ Ader - Skandale feat. Pan Wanxxx)
Zyg-Zak - Walcz...feat. Pan Wankz

I na koniec, przecież nazwa nie wzięła się znikąd, opolski raper na brzeskich bitach.



środa, 4 lipca 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #15: JMSN - †Priscilla†

Jeśli wierzyć w moc wirtualnych fanów, JMSN to nic nie znaczący muzyk z Detroit - ledwie 20 tysięcy fanów na fejsie to śmiech na sali, polskie raperzyny mają ich kilka razy więcej, nie mówiąc o ich kolegach zza oceanu.  Nie wiem za bardzo z czego to wynika, bo jego debiut "†Priscilla†" w swej konwencji depresyjnego r'n'b jest doskonały i The Weeknd może czuć oddech na plecach. Czuć tu emocje, nieszczęście, nostalgię smutek, rozpacz tak dosłowną, że Cruz spokojnie mógłby użyczyć swojego magicznego "krawata". Jak to zwykle bywa poszło o kobietę, wokół której zbudowany jest album (w całości napisany i wyprodukowany przez autora) - wielopoziomowy muzyczny majstersztyk okraszony dobrym głosem Christiana Berishaja. To może wyświechtany frazes, ale płyta zdaje się być przemyślana od początku do końca, jest spójną całością i naprawdę ciężko cokolwiek jej zarzucić na dobrą sprawę, bo wszystko tu współgra doskonale. Sam Berishaj ma jednak jedną rysę na życiorysie, ale o tym później, która jednak wielkiego wpływu na jego postrzeganie mieć nie powinna.

Zdecydowałem się na inny niż zwykle sposób przedstawienia płyty. Ten krótki opis na górze ma wprowadzić w klimat płyty i niejako przestrzec przed tym, co ukazują teledyski do niej - równie dobre, co skandaliczne i szokujące, ale tak samo ważne i godne uwagi, jak sama płyta. Bo jeśli ktoś umie robić klipy, to jest to JMSN.

1. Hotel


JMSN - Hotel from JMSN on Vimeo.


Klipy są ustawione chronologicznie według ukazywania się więc na początek "Hotel". Na dobrą sprawę jest to dość łagodny teledysk, raczej nic szczególnie szokującego w nim nie ma, ot półnagie tarzanie się w wodzie, ciemny wór z zagadkową zawartością i JMSN z kobietą. To jeszcze nie to.

2. Alone


ALONE - JMSN from JMSN on Vimeo.


Tu podobnie, z tym zastrzeżeniem, że worek z nieokreśloną zawartością zastępuje broń i wody mniej, kobieta też inna. Koniec teledysku już poddaje pod wątpliwość kondycję psychiczną Christiana, ale nadal dużo więcej rzeczy sobie wyobrażamy i dopowiadamy, niż widzimy naprawdę.

3. Something


JMSN - Something from JMSN on Vimeo.


Prawdziwa zabawa zaczyna się przy "Something". Pozornie niezrozumiały klip, z kobietą w wannie pływającą z rybami, chłopcem pod krzyżem z cieknącą z ust krwią czy JMSN, który gniecie i wpycha sobie do buzi ośmiornice, a później podtapia kobietę w wannie. Sam autor wyjaśnił każdy z tych elementów na swoim blogu i z tego opisu dowiadujemy się np. że chłopiec jest "złowrogą stroną jego samego chcącą poddać się młodzieńczym pragnieniom", ośmiornica "czymś wewnątrz jego, co nie chce odejść", a podtapianie "chrztem". Całość można przeczytać w tym miejscu. Bije pokłony, bo ten teledysk jest nie tylko dobrze nakręcony i mamy w nim ładne (artysta, nie zrozumiesz) obrazki (prócz ośmiornicy rzecz jasna, CO JEST OBRZYDLIWE), ale mnogość metafor i odniesień powala, sens ma nawet taki błahy element jak kolor wody w wannie pod którą znikają ryby.

4. Jameson


JMSN - Jameson from JMSN on Vimeo.


W tym teledysku również roi się od ukrytej symboliki, ponownie też JMSN sam wyjaśnia ich sens tu. Najważniejszą rolę odgrywa tu dziecko, będące reprezentacją "niewinnego chłopca wewnątrz" podmiotu lirycznego. Uwagę zwraca też nawiązanie do scen z filmu Larsa Von Triera "Antychryst" - butelka strącona nogą, sceny seksu czy dziecko (chociaż ich losy się nieco różnią). Warto jeszcze powiedzieć, że teledysk jest połączeniem dwóch pierwszych utworów na płycie - intra "Choices" i właśnie "Jameson".

5. Lights


JMSN - "Lights" Part: 1 †Priscilla† from JMSN on Vimeo.


"Lights" to pierwsza część video trylogii "†Priscilla†". Ciężko na dobrą sprawę wyjaśnić co się tam dzieje (tym razem brak legendy ze strony autora), co oczywiście wzmaga oczekiwanie na kolejne części. Jak na razie mamy płaczącego muzyka w kalesonach, który w strugach deszczu zakopuje trupa. Co to za trup i skąd się wziął nie wiadomo - dowiadujemy się w późniejszych częściach.

6. Somewhere


JMSN - "Somewhere" Part: II †Priscilla† from JMSN on Vimeo.


Wracamy się trochę w czasie w stosunku do "Lights", ale ciągle nie dowiadujemy się niczego o zmarłej kobiecie. Mamy za to Jamesona tańczącego w kalesonach (?) obok nieboszczyka.

7. Let U Go


JMSN - "Let U Go" Part III †Priscilla† from JMSN on Vimeo.


Na sam koniec idzie "Let U Go" - dowiemy się w końcu skąd wzięła się dziewczyna i w jakich okolicznościach została porwana, a przygotować się należy na krew i brutalność. Co do samej piosenki, to o ile dwie pierwsze części były krótkie i zawierały minimum treści, tak to jest już utworem w pełnym tego słowa znaczeniu.

Morał z trylogii płynie następujący - nie zabijajmy swych partnerek, bo nawet jeśli na początku przyjdzie radość, to najpewniej później (przy zakopywaniu) i tak pożałujemy. Dodatkowo często występuje również motyw krzyża, jednak najczęściej nie jest pokazany dosłownie - w "Let U Go" stoi on przy ścianie i mignie dosłownie przez ułamek sekundy, a w innym klipie znajdziemy go na szyi JMSN.

8. When She Turns 18


When She Turns 18 - Christian TV from Christian TV on Vimeo.


Przyszedł czas na wyżej wspomnianą niespodziankę. Oto widzimy Christiana Berishaja we wcześniejszym stadium jako Christian TV, zafascynowanego tandetnym popem, lipnymi teledyskami i śpiewającego o osiemnastce jakiejś dziewczyny. I to nie jest jakiś wyjęty zza szafy, zakurzony i stary teledysk - ma on ledwie dwa lata. Tak właśnie, jeszcze dwa czy trzy lata temu ten sam JMSN, który bez cienia przesady wydał jeden z lepszych, jak nie najlepszy, album 2012 i serwuje nam emocjonalną i dopracowaną pod każdym względem muzyczną bombę, pojechał w trasę z Backstreet Boys (!) i występował w programach typu You Can Dance. Co ciekawe, przy produkcji jego albumu "Diary of an 80's Baby" (co za głupi tytuł) maczał palce No I.D., czyli ten sam, który stoi za projektem Cocaine 80's, a teledysk wyreżyserowała ta sama ekipa, co z czasów JMSN.

Jeszcze pod jego starym pseudonimem ukazał się teledysk do "Girl I Used To Know", który to utwór znalazł się na "†Priscilli†". Mimo że video nie różni się specjalnie od większości klipów w podobnej tematyce, to i tak widać spory progres w porównaniu do "When She Turns 18".

 

Można się spierać co do wiarygodności Christiana Berishaja, bo nie da się ukryć, że zmianę przeszedł wielką. Nie ma jednak wątpliwości, że wybrał dobrą drogę - pytanie tylko czy wytrzyma tempo, bo jego największy konkurent The Weeknd potrafił wydać na podobnym, wysokim poziomie trzy EP-ki, a JMSN ma na koncie ledwie jedna płytę. Niemniej jednak dziękujemy Priscilli - za to, że miał się kim inspirować.

Kilka innych materiałów (inne utwory albo remixy) można znaleźć na na profilu Christiana TV na youtube. Ilość wyświetleń pokazuje, że również pod tym pseudonimem Berishaj nie był specjalnie znany. Cała "†Priscilla†" dostępna jest na soundcloud.

niedziela, 15 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #14: Zagranica 2011 vol. 2

Dobra, to już ostatnia część serialu pod tytułem "Płyty 2011". Następny post będzie już wyborem tych najlepszych albumów, więc stay tuned.

1. Kendrick Lamar - Section.80



Lamar dowodzi, że owiane złą sławą Compton to nie tylko kolebka gangsta rapu i muzyczne skoncentrowanie się na porachunkach gangów, przemocy, narkotykach, ciemnych interesach i złych kobietach. Mimo to na "Section.80" znajdziemy tematy bliskie ulicy, podane jednak w mniej banalny sposób - o zgubnym wpływie dragów przestrzega siostrę w "Keisha's Song", kobiety docenia za naturalne piękno bez makijażu w "No Make-Up", a o trudnym życiu w dzielnicach biedy wspomina w "Ronald Reagan Era" wyprodukowanym przez RZA. Tekstowo jest więc bardzo dobrze, kroku dotrzymują także bardzo dobre podkłady, ale niektórych może irytować głos K-Dot. "Section.80" to płyta kompletna, ciekawe tylko jaką drogą pójdzie teraz ta 24-letnia nadzieja Zachodniego Wybrzeża, bo jak na razie kusi go mainstream na czele z Aftermath.

2. Looptroop Rockers - Professional Dreamers



Po kilkuletniej przerwie do Looptroop wrócił Cosmic i zespołowi wyszło to zdecydowanie na lepsze. Po umiarkowanym entuzjazmie związanym z "Good Things" w końcu dostałem to, czego oczekuję od Szwedów i bardziej czuć tu klasyczne stare albumy, niż nowoczesny poprzedni krążek. Świetne kompozycje Embee, niezłe single i teksty, które pokazują, że Looptroop nie można rozpatrywać jedynie w kategorii zespołu muzycznego - przykładem mocno zaangażowane politycznie "On Repeat", czy piękny tytułowy kawałek. Z ust psychofana nie zabrzmi to być może zbyt wiarygodnie, ale Promoe i koledzy to najlepszy zespół rapowy ze Starego Kontynentu i jak ktoś ma wątpliwości to wystarczy przesłuchać "Professional Dreamers".

3. Miles Kane - Colour Of The Trap



Pewnie nigdy bym nie sięgnął po tę płytę, gdyby nie klip zapowiadający jesienną ramówkę TVN, lecący przy okazji każdego bloku reklamowego. Stacja ta ma w zwyczaju bardzo udanie dobierać muzykę do owych zapowiedzi czekającego widzów sezonu i akurat w przypadku jesieni wybór padł na "Come Closer". Po krótkim researchu okazało się, że autorem kawałka jest Miles Kane, czyli wokalista The Rascals i połówka The Last Shadow Puppets, w dodatku o wyglądzie młodego Paula Mc Cartneya. Bardzo fajna to piosenka, a podobnych znajdzie się na "Colour Of The Trap" jeszcze przynajmniej kilka. Wielbicieli jego muzyki spodoba się zapewne nieoficjalna wiadomość, że Kane razem z Alexem Turnerem z Arctic Monkeys działają coś w kierunku drugiego albumu The Last Shadow Puppets.

4. Onra - Chinoiseries Pt. 2



Jak sama nazwa płyty wskazuje jest to kontynuacja projektu Onry z 2007 pod wiele mówiącym tytułem "Chinoiseries". Pomysł Francuza polega na przybliżeniu słuchaczom azjatyckich dźwięków (skąd pochodzi rodzina Bernarda) za pomocą wyszukanych w tamtejszych antykwariatach i nie tylko starych płyt winylowych, pocięciu ich i dodaniu kilku efekcików. Wszystko niby się udało, ale mimo to lepiej słucha mi się pierwszej części. Ta wydaje się nieco ciężka, długa, bez jakichś szczególnie przyciągających uwagę momentów. Słowem - bardzo poprawna i tyle, ale warta chociażby jednego odsłuchania ze względu na tematykę.

5. SBTRKT - SBTRKT



Kolejny debiutancki krążek na tej liście. SBTRKT to taki post-dubstepowy producent z Anglii, umiejętnie kojarzący ze sobą wiele gatunków i windujący muzykę taneczną na wyższy poziom niż cała masa idiotycznych papek znanych z klubów, czy muzycznych stacji telewizyjnych. Już singiel "Pharaohs" zwiastuje, że mamy do czynienia z czymś ponadprzeciętnym i uniwersalnym. Nie wiadomo jak potoczy się dalej kariera Aarona Jerome, ale podąża on dobrą drogą, bo takiej muzyki właśnie chcę sobie słuchać w aucie lub do śniadania. Kawał dobrej roboty.

6. Selah Sue - Selah Sue



Selah Sue to casus podobny do opisywanego nieco wyżej Milesa Kanea - piosenka z reklamy, w dodatku bardzo często granej, wkręca się niemiłosiernie i sięgasz po całość, a ta okazuje się być tak samo dobra. Album jest zróżnicowany i przyjemnie się go słucha, a poza znanym każdemu singlem poleciłbym czym prędzej zapoznanie się z np. "Raggamuffin" i "Black Part Love". Selah Sue wygląda i śpiewa trochę jak Amy Winehouse, ale liczę, że nie pójdzie jej drogą i zaskarbi sobie publiczność czymś więcej niż kilkoma piosenkami i jednym pogrzebem.

7. Stalley - Lincoln Way Nights



Stalley to młody stażem kot z Ohio, były koszykarz i posiadacz imponującej brody. "Lincoln Way Nights" to jedna z tych płyt, które przyjemnie się słucha i ma w sobie kilka perełek, za to jakoś specjalnie za nią nie tęsknisz jak się skończy. Kolejna solidna pozycja na tej liście, ale bez wielkich fajerwerków. Dodatkowo można ją legalnie ściągnąć z neta, bo to mixtape jest, ale doczekał się też fizycznego wydania w Maybach Music Group Rick Rossa.

8. The Roots - Undun



"Undun" to tak naprawdę historia młodego przestępcy Redforda Stevensena. Opowiedziana od tyłu, wieloma głosami, przy akompaniamencie najlepszej w poprzednim roku muzyki w kategorii hip-hop. Cała ta masa ludzi zaangażowana w produkcję tej płyty odwaliła cholernie dobrą robotę, serwując fanom istne mistrzostwo na każdej płaszczyźnie. Mało jest nawet grup, które trwają razem nieprzerwanie przez tyle lat, a wskaż mi takie, co nie osiadły na laurach i z każdym nowym albumem rozwalają świat. Pozycja obowiązkowa, jestem pewny że będzie to klasyk gatunku.

9. The Weeknd - House of Balloons/Thursday/Echoes of Silence



Gdzieś przeczytałem, że The Weeknd razem z Frankiem Oceanem zbawią muzykę R&B. Nie miałbym nic przeciwko, żeby ten gatunek szedł w tym kierunku, byłbym też wdzięczny gdyby takie darmowe mixtapy częściej wychodziły na światło dzienne. Zwrócić uwagę należy również na płodność Abela Tesfaye, bo wszystkie trzy EP wydał w tym samym roku, która idzie w parze z jakością. Ciężko tu wyróżnić jedną najlepszą płytkę, lepiej rozpatrywać The Weeknd jako nadzieję na lepsze jutro.

10. Those Dancing Days - Daydreams And Nightmare



Przyjemna płyta grupy gówniar ze Szwecji, indie pop z rockowym zacięciem i idealny materiał na soundtrack do H&M i innych świątyń dla nastolatków. Nie przeszkadza mi to jednak w małym zachwycie nad tym krążkiem - po debiucie polubiłem Those Dancing Days i nie widzę powodu dla którego miałbym przestać po "Daydreams And Nightmare". Może to trochę infantylna i wybitnie damska płyta, ale coż z tego skoro cieszy ucho na podobnym poziomie jak "In Our Space Hero Suits" z 2008. Aż dziwne, że ich popularność w Polsce jest odwrotnie proporcjonalna do ilości fanów sztucznych tworów typu Honorata Skarbek. Łakomy kąsek dla wannabe-hipsterów w wieku nastu lat.

11. Toro Y Moi - Underneath The Pine



Miałem problem z wyborem klipu, bo kilka ich Toro nagrał na potrzeby promocji tej płyty. Wybór ostatecznie padł na "Still Sound", bo na nim Chaz wygląda tak, jaka jest ta płyta - sympatycznie, przyjemnie, radośnie. Słucha jej się z wielką przyjemnością i to nie tylko zasługa wokalisty - muzyka stoi w rozkroku między bujającym funkiem, a elektronicznym popem. We wrześniu Toro Y Moi wydał jeszcze krótką EP "Freaking Out", gdzie na warsztat bierze m.in. "Saturday Love" Cherrelle, ale także kilka innych klasycznych utworów z lat minionych. Chazwick Bundick na prezydenta!

12. Tyler, The Creator - Goblin



"Tyler to istny fenomen" - pomyślałem, gdy jego płyta wydała ostatnie brzmienie. Nie z powodu wybitnego poziomu "Goblina", tylko z niezrozumienia szumu wokół niego. To znaczy rozgłos rozumiem, bo trudno przemilczeć kwestię gwałtów, mordów i wszelkiego rodzaju innych perwersji poruszanych przez młodzieńca albo nie przestraszyć się kołatek w "Yonkers" i prostego, ale interesującego klipu. Szkoda, że Tyler skutecznie zakrywa tymi chorymi rzeczami to, co tak naprawdę czuje i chce przekazać, jego sympatie do licznych kumpli, niespełniona miłość i żal z powodu wychowywania się niepełnej rodzinie. Dodatkowo można przyczepić się do produkcji, która razi brakami. Na pocieszenie dodam, że Tyler szykuje coś nowego i to podobno bez brzydkich treści. Na razie polecałbym zainteresowanie się kimś innym z bandy OFWGKTA, np. Frankiem Oceanem, ale nie zmienia to faktu, że Okonma jest bardzo ciekawym zjawiskiem, który mam nadzieję wyewoluuje w coś bardziej przystępnego.

***

Płyty, które doczekały się większej recenzji (chronologicznie)-
- Lykke Li - Wounded Rhymes
- Swollen Members - Dagger Mouth
- Theophilus London - Timez Are Weird These Days
- Mayer Hawthorne - How Do You Do
- Common - The Dreamer, The Believer

piątek, 13 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #13: Zagranica 2011 vol. 1

Zgodnie z zapowiedzią kontynuuję muzyczne wspomnienia roku poprzedniego. Polska muzyka za mną, teraz na warsztat biorę muzykę zagraniczną. Pobudki z powodu których akurat takie płyty się tu znajdują wyjaśniłem w odcinku z krajową muzyką. Poniższą listę, na której pomieszałem wszystkie gatunki od R&B, przez rap, po poprock, pozwoliłem sobie podzielić na dwie części po 12 propozycji. Płyty są oczywiście uporządkowane alfabetycznie więc nie ma się co cyferkami sugerować.

1. Adele - 21



Wahałem się czy ta płyta powinna się tu znaleźć. Napisano o niej już wszystko, wszyscy ją oceniali, tak samo jak samą Adele. Jej talent i umiejętności wokalne są nie do podważenia, wypadałoby się tylko zastanowić czy szum wokół niej jest do nich współmierny. Mam co do tego trochę wątpliwości, ale niech już będzie. Ludzie poczują się chociaż trochę lepiej obcując ze sztuką podawaną w komercyjnym opakowaniu.

2. Arctic Monkeys - Suck It And See



Małpy to synonim znaku jakości i tak samo jest w tym przypadku. Chłopaki z Sheffield porzucili już nieco ostre gitarowe granie znane z pierwszych dwóch płyt i skupili się bardziej na przemyślanych balladach rockowych, to nie stracili nic ze swojego charakteru. Mimo że po premierze poprzedniej płyty "Humbug" dużo osób zwiastowało koniec tej kapeli w sensie niezależności i rockowego pazura. Ciągle jednak słucha się ich z wielką przyjemnością, a "Suck It And See" jest tego najlepszym przykładem. 

3. Cocaine 80s - The Pursuit/Ghost Lady



Pozwoliłem sobie do jednego wora wrzucić obie produkcje spod szyldu Cocaine 80s, mimo że są nieco inne. Nowsze "Ghost Lady" jest trochę bardziej spokojne i poważne, z kolei "The Pursuit" jakby bardziej przebojowe. Mózgiem całego projektu jest No I.D. nad którego kunsztem muzycznym zdążyłem rozpływać się już przy okazji najnowszej płyty "The Dreamer, The Believer" Commona, który zresztą na obu EP-kach udziela się po jednym kawałku na każdą z płyt. Bardzo solidna muzycznie propozycja, w dodatku każdy może się w nią całkiem legalnie za darmo zaopatrzyć.

4.  Coldplay - Mylo Xyloto 



Kolejna, po Adele, nieco nie pasująca tu pozycja. Trochę na wyrost umieściłem na tej liście płytę Coldplay, bo ani ona bardzo dobra, ani nawet nie jestem ich fanem. Wszystko z powodu ich koncertu na Open'erze, na którym Chris Martin zrobił całkiem przyjemne show i naprawdę byłem pod wrażeniem ich premierowego w Polsce występu. "Mylo Xyloto" jest bardzo dobrze wyprodukowane, ma swoje dobre momenty jak np. single "Paradise" czy "Every Teardrop Is a Waterfall", ale momentami przynudza (jak to czasami Coldplay ma w zwyczaju). Miałem mieszane uczucia co do featuringu Rihanny, ale na szczęście "Princess of China" wyszło im lepiej niż Kai Paschalskiej.

5. CSS - La Liberacion



Cansei de Ser Sexy, bo tak należy rozszyfrowywać skrót CSS, to rockowo-elektroniczny zespół rodem ze słonecznej Brazylii. Bardzo sympatyczny zresztą, tak samo jak jego muzyka, taneczna i ostra momentami, oparta na humorystycznych tekstach. Praktycznie cała płyta jest po angielsku, poza tytułowym kawałkiem, tak samo jak praktycznie w całości jest to zespół żeński - z wyjątkiem jednego osobnik płci męskiej.

6. Florence and the Machine - Ceremonials



Gdy pisałem o Adele wspomniałem o moich wątpliwościach dotyczących szumu wokół niej. Dużo bardziej cenię Florence Welch i wydaje mi się, że jej głos jest dużo mocniejszy od Adele, mimo to jest mniej sławna od młodszej koleżanki. Nic to, ważne że drugi album zespołu jest równie świetny jak "Lungs". Debiut był nieco bardziej rockowy, teraz Florence dała prawdziwy pokaz siły swojego wokalu, któremu towarzyszą jakby wielowarstwowe, eleganckie kompozycje z udziałem orkiestry. Trzeba przesłuchać.

7. Foster The People - Torches



"Pumped Up Kicks" to takie "Somebody I Used To Know" pierwszej połowy roku 2011, z tą różnicą że jest fajne. Było wszędzie, w sklepach, radiu, a już w szczególności na tych śmiesznych f*jsbukowych tablicach. Cała debiutancka płyta Amerykanów jest w podobnym przyjemnym i wakacyjnym klimacie. Może nie wyróżnia się zbytnio na tle innych indie popowych płytek z jednym wybijającym się hitem, ale zdecydowanie warta jest poświęcenia kilkudziesięciu minut życia. Nie pożałujesz, a obiecuję że jeszcze nie raz do niej wrócisz - zwłaszcza, że poza singlowym "Pumped Up Kicks" ma w sobie kilka innych perełek, w tym moje ulubione "Waste".

8. Frank Ocean - Nostalgia, Ultra



Frank Ocean to jeden z przykładów (oprócz The Internet), że OFWGKTA to nie tylko chore rapowe piosenki o gwałtach i zarzynaniu, r*zpierdol i croud surfing na koncertach. Breaux potrafi całkiem ładnie podśpiewywać i zrobił tak nie tylko na całej "Nostalgia, Ultra", ale nawet na kawałku otwierającym "Watch The Throne" Kanye Westa i Jay-Z. Dodatkowemu smaczkowi tego mixtape dodaje kilka skradzionych podkładów - mój płytowy faworyt to poruszający "American Wedding" nagrany na "Hotel California" Eagles, a znajdzie się również "Strawberry String" od Coldplay i coś od MGMT. Żałuję, że sprawdziłem materiał Franka dopiero pod sam koniec roku, bo jest to jeden z lepszych krążków minionego roku w kategorii R&B.

9. Ill Bill & Vinnie Paz - Heavy Metal Kings



Pierwszy rapowy materiał i od razu taki mocny. Nie tylko w formie, ale i jeśli chodzi o poziom. Ill Bill i Vinnie Paz to pewniaki i mimo, że każdy album czy to Non Phixion czy Jedi Mind Tricks brzmi bardzo podobnie, zawsze ma swój specyficzny klimat. Tak samo jest w przypadku "Heavy Metal Kings", który zapowiadał najlepszy moim zdaniem kawałek na płycie - otwierający ja "Keeper Of The Seven Keys".

10. Is Tropical - Native To



Już nawet nie pamiętam gdzie usłyszałem po raz pierwszy Is Tropical, ale na pewno wdzięczny jestem temu kto to akurat udostępnił w sieci. "Lies" zdobyło me serce na tyle, że stało się jednym z najczęściej odtwarzanych przeze mnie utworów w 2011 i z chęcią był wrzucił tu klip do niego, ale nie wiem czy każdy jest gotowy na damską goliznę. Jest za to teledysk do "The Greeks" który powinien zrozumieć każdy chłopak i te nieliczne dziewczęta, które bawiły się w niewidzialną wojnę z patykami w rękach. Podsumowując całe "Native To" - bardzo dobry elektroniczno-gitarowy pop z Anglii, bo mimo że chłopaki nie chcą być szufladkowani tak to właśnie trzeba nazwać. Niczego w tym temacie nie muszę już pisać, wystarczy przesłuchać (lub oglądnąć klipy jeśli masz 18+). 

11. Jamie Woon - Mirrorwriting



To właśnie przez takich ludzi jak Jamie Woon wybory tych najlepszych będą trochę przeterminowane i ukażą się gdzieś pewnie pod koniec stycznia. "Mirrorwriting" czekało na dysku cierpliwie na swoją kolejkę, bo bardzo zależało mi na sprawdzenie typa, którym zachwyca się tyle portali muzycznych, a co po niektórzy umieszczają nawet na samym szczycie listy najlepszych płyt 2011. Nie było to dobre posunięcie, bo Jamie powinien zagościć u mnie dużo wcześniej - jego muzyka jest wypadkową świetnego głosu i przyjemnych melodii, płyta mixem spokojnych ballad i potencjalnych hitów jak chociażby "Lady Luck" widoczne u góry. Dodam jeszcze, że wydany w kwietniu krążek jest debiutem Brytyjczyka z malezyjsko-chińsko-szkocko-irlandzkimi korzeniami (uff). Ilu jeszcze takich Woonów siedzi po knajpach brzdąkając do kotleta i czeka na swoją szansę?

12. Kanye West & Jay-Z - Watch The Throne



Gdy najlepszy raper mainstreamowy spotyka się w studio z jednym z bardziej kreatywnych i uzdolnionych producentów, a przy tym nie kiepskim raperem w celu nagrania płyty nie może to zakończyć się klapą. Tak jest właśnie w tym przypadku, bo "Watch The Throne" to materiał niesamowity. Chociażby ze względu na tematykę i formę, które określić można jako skrzyżowanie przepychu, blichtru, cudów na kiju, złota, konsumpcjonizmu, deszczu dolarów, maybachów i kilku jeszcze innych rzeczy. Po prostu "black excellence in Paris". Możesz kochać albo nienawidzić, ale docenić musisz za "Otis", za banger "Niggas in Paris" albo za "Who Gon Stop Me" pożyczone od Flux Paviliona.

wtorek, 10 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #12: Polska 2011

Koniec roku i początek następnego to czas wszystkich podsumowań, nie może ich więc braknąć także tutaj. Żeby jednak lepiej przygotować się do tego właściwego podsumowania roku 2011 postanowiłem sporządzić listę dziesięciu płyt, które z jakiegoś tam powodu zagościły w moich słuchawkach czy głośnikach i zwróciły moją uwagę na dłużej niż chwilę. Omijam oczywiście albumy, które doczekały się większej recenzji na blogu, tu tylko te pominięte i bez pogłębionej analizy. Na razie na warsztat biorę polskie płyty, później czas przyjdzie na propozycje z zagranicy, a zwieńczeniem będzie podsumowanie roku wraz z wyborem płyt roku. Jak łatwo zauważyć kolejność jest alfabetyczna, więc cyferkami nie ma się co sugerować. 

1. DJ Czarny/Tas - Passion, music, hip-hop



Kluczem do tej płyty jest słowo "zajawka" - po tych dwóch chłopakach z Poznania widać, że muzyka to ich pasja, a rytm serca wynosi jakieś 33 na minutę. Nie jest to klasyczny duet MC/producent, ale DJ/producent. Raperów jest tu stosunkowo mało, ale jest np. Ras czy Melodiq, a od strony muzycznej poznaniaków wspiera m.in. Kixnare. Pozycja obowiązkowa i trochę niedoceniana.

2. Fisz Emade - Zwierze bez nogi



To już kolejny ukłon braci Waglewskich w stronę oldschoolu i garażowego grania. Tym  razem jak na dłoni widać inspiracje szczególnie Beastie Boys, czego kwintesencją jest singiel o tym samym tytule co płyta. Kolejny raz prawdziwy popis swoich umiejętności dał Emade, z kolei Fisz zaprezentował się solidnie, chociaż bez fajerwerków. Warto jeszcze wspomnieć, że cegiełkę dodał do tej produkcji także DJ Eprom. Całość to bardzo solidny materiał, bardzo dobry muzycznie.

3. Hades - Nowe dobro to zło



Tak się złożyło, że w ubiegłym roku doczekaliśmy się dwóch solowych płyt raperów z HIFI Bandy. Diox wydał z Returnersami "Logikę Gry", a Hades z Galusem i DJ Kebsem "Nowe Dobro To Zło". Mocno średni to raperzy i takie też są te płyty - lepsza jest na nich zdecydowanie warstwa muzyczna, a raperzy nie zaskakują niczym szczególnym. Bliżej poznałem album Hadesa i w jego przypadku produkcyjnie jest to klasa zdecydowanie międzynarodowa. "Nowe Dobro To Zło" jest jednak trochę za długie i z tego powodu nieco nudne, ale warto sprawdzić chociażby dla beatów i tytułowego singla.

4. Iza Lach - Krzyk



Absolutny hit zeszłego roku, w dodatku całkowicie samodzielnie zrobiony. Wszystko na tej płycie jest przyjemne - od muzyki, przez teksty, po głos i wizerunek Izy. Dużo dał jej występ u Kuby Wojewódzkiego, później w Dzień Dobry TVN i ludzie jakby zapomnieli, że łodzianka ma już na koncie jeden album, który jednak większego szumu raczej nie narobił. Ten ma na to sporą szansę, bo mimo że jest mniej przebojowy niż "Granda" Brodki to pokazuje, że w Polsce można robić całkiem fajny pop równocześnie pojawiając się w mediach i być z daleka od radiowego gówna i komercji. Na plus otwartość na kolaboracje z raperami vide HuczuHucz, chociaż to może minus za łyknięcie prowo? W każdym razie super materiał.

5. Jimson - Ucieczka z wesołego miasteczka



Książe powrócił i ma się dobrze. Mimo, że to tylko cztery kawałki to i tak Internet płonie, Jimson nie wyszedł z formy tekściarskiej, a w dodatku dostał bardzo dobre beaty. Trochę to za krótkie i z tego powodu trudne do porównania z innymi płytami, ale może zwiastuje jakiś większy materiał? Byłoby fajnie, bo "Gorączka w parku igieł" ma już swoje lata.

6.  Łona i Webber - Cztery i pół 



Być może za bardzo liczyłem na tę płytę, ale zawiodłem się nieco. Nie to żeby była ona słaba, ale jakoś nie ma tego "czegoś" co przyciągnęłoby mnie do niej na dłużej. Zabawy Łony słowem jest mniej (chociaż "To nic nie znaczy" to majstersztyk), humoru też, więcej za to elektroniki Webbera. Dam jej ponownie szansę za jakiś czas i nie wykluczam, że jeszcze mi się jeszcze spodoba. Jak na razie powrót Łony połowicznie udany, ale tylko gdy wezmę poprawkę na moje wielkie oczekiwania.

7. Medium - Teoria równoległych wszechświatów




Medium wcale nie musi znaczyć średni, a zwłaszcza w przypadku tego albumu. "Teoria równoległych wszechświatów" to zdecydowanie materiał wybijający się ponad przeciętność i nie bez powodu wymieniany jest w gronie najlepszych albumów roku w wielu rankingach. Kielczanin momentami może zbyt bardzo kombinuje w tekstach, co utrudnia odbiór i generalnie sprawia, że jest to płyta do której trzeba siąść na spokojnie i mocno się w nią wsłuchać. Nie ma zastrzeżeń co do produkcji, tu Medium pokazał że nie bez powodu szansę na legalny debiut dał mu właśnie Asfalt.

8. Sokół i Marysia Starosta - Czysta brudna prawda



W życiu bym nie pomyślał, że jakikolwiek materiał od Sokoła zrobi na mnie takie wrażenie. Nigdy nie potrafiłem się przekonać do żadnego z projektów tego rapera, ale "Czysta brudna prawda" to album znakomity - Sokół ciągle trafnie opisuje rzeczywistość i raczy nas interesującymi storytellingami, do tego ma Marysię u boku, dzięki której materiał jest jakby delikatniejszy. Z wielką przyjemnością ogląda się klipy, w szczególności "Reset" - co ciekawe, łączy się on w pewnym momencie z teledyskiem Pezeta - "Co mam powiedzieć".

9. Starszy Brat - Beaty, rymy, weekend



Także Zkibwoy wraca, tym razem z Młd i Kedyfem. Jako Starszy Brat śpiewają o dorosłym życiu na zadziwiająco równym poziomie, nie bawiąc się w zbędne moralizatorstwo i bez spinki. Brudne już raczej nie wyjdą (chyba, że w następne święta), ale Jobix ciągle cieszy, bo nic nie stracił ze swojego stylu, a tylko dojrzał i spoważniał. Kroku dotrzymuje mu w szczególności Młd, który zdobył moje serce przeprowadzką do Bielska i tym samym został najlepszym raperem w tym mieście, nic to że z importu i bez żadnej konkurencji. A propos Zkibwoya jeszcze - podobno nowy Karwan za niedługo.

10. Tłusty Kot & DJ Bidi - Therapy



"Therapy" byłoby murowana płyta roku, gdyby nie kilka słabszych tracków. Nie ważne, że w kwestii lirycznej obaj raperzy są raczej mocno średni i ich flow nie powala - płyta ma po prostu wakacyjny luz, imprezowy klimat i doskonałe beaty. 2sty za niedługo pewnie wyda producencką i ciągle wypuszcza coraz to nowe blendy, a ja z chęcią chciałbym "Therapy 2" z kumplami z nC, bo ekipa to nie kiepska. Autorzy nie spodziewali się takiego sukcesu płyty, bo liczyli raczej na coś w rodzaju ciekawostki dla znajomych, a skończyło się na wersjach fizycznych, które dystrybuuje Asfaltshop

***

Płyty, które doczekały się większej recenzji (chronologicznie) -
The Pryzmats - Balon
Gooral - Ethno Electro
- W.E.N.A. - Dalekie Zbliżenia
- Rasmentalism - Hotel Trzygwiazdkowy
- Okoliczny Element - Schody Donikąd

poniedziałek, 7 listopada 2011

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #11: Pojedynek na klipy z goorami w tle


Tytuł prowokacyjny i przykuwający uwagę, wszak co lepiej sprzedaje się niż krew i ofiary, przegrani i wielcy zwycięzcy, czyli owoce wszelakich pojedynków? Mechanizm jest prosty, a zabieg odarty ze sprawiedliwości i nie fair. To wcale nie będzie pojedynek, żadna walka - złożyło się tak, że dwa teledyski z szeroko pojętej nowo-góralskiej elektroniki wyszły w tym samym momencie. Nawet dodający pikanterii całej zaaranżowanej przeze mnie sytuacji fakt, że oba zespoły są ściśle ze sobą powiązane osobą Stanisława Karpiela-Bułecki nie skłoni mnie do żadnych porównań. Ot, zwykłe zestawienie klipów z tego samego czasu i podobnego gatunku na kulturalnym blogu, nie żaden pudelek.pl!

1.



We wstępie przedstawiłem jedną z powszechnie znanych zasad w mediach, teraz czas na coś co zawsze przykuwa uwagę nie tylko w prasie czy telewizji - NAGOŚĆ. Skąpo ubrane kobiety reklamują w dzisiejszych czasach wszystko, od farb przez linie lotnicze, po osiedlowe obskurne warsztaty samochodowe i inne średnio kojarzące się z c*ckami rzeczy. I właśnie golizna najbardziej zwraca (NO HOMO) uwagę w najnowszym klipie "Ja siedze robie muze" Goorala. No bo czym się bardziej ekscytować? Nieco psychodeliczne kolory, zbliżenia, oddalenia, Gooral jako murzyn, jako owinięty kablem, jako oblewany i smarujący się farbą - dużo tego. Mało za to dynamiki jak na tak energetyczną piosenkę, tak samo jak... sensu. Przynajmniej ja się takowego za bardzo nie doszukałem i rozumiem to jako pokręconą wizję artysty. Szkoda, bo potencjał był w tej piosence i aż prosiło się o fajny teledysk. Zdecydowanie przegrywa z klimatyczną "Karczmareczką", ale Mateusz Górny swym aktem pewnie nie jednej białogłowej w głowie zakręcił.

2.



Zakopane jako wielka metropolia albo inaczej - Warszawa z kilkutysięcznymi szczytami w tle. Trudno to sobie wyobrazić, ale z pomocą przychodzi wtedy Future Folk i ich "Janko". W pakiecie dostajemy jeszcze kilku panów przemierzających miejską dżunglę w ekstremalny sposób - parkour to w dzisiejszych czasach coś jakby synonim wielkomiejskiej wolności. Pojawia się też cały zespół, czyli spacerujący Staszek, prowadzący fiata DJ Matt Kowalsky i przygrywający na skrzypcach Szymon Chyc-Magdzin. Niby wszystko na miejscu, ale jakby to nie to - zbyt grzecznie jak na taki vibe, bez przytupu, a ja liczyłem na narty i mimo wszystko góry, nie ulice stolicy. O samym singlu już pisałem i w tej kwestii bez zmian - jest to bardzo przyjemny utwór, ze sporymi szansami na sukces (w dodatku biorąc pod uwagę ostatni hype wokół Karpiela-Bułecki!), więc czekam na coś więcej.

środa, 28 września 2011

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #10: Dwudziesty ósmy dzień wrześniowy

Wyjątkowy (dziesiąty!) rocznicowy odcinek JJSSTT - 14 lat minęło od prawdziwej osiedlowej akcji chłopaków z Molesty. "Skandal" Warszawiaków to jedna z najbardziej znanych płyt polskiego hip-hopu, a storytelling o bęckach uzdolnionych chuliganów powinien znać każdy szanujący się słuchacz rodzimego rapu. Marzeniem byłby teledysk, np. na 15 rocznicę. 

Nic więcej, to trzeba znać na pamięć, na wyrywki w środku nocy i już, kto nie pamięta to z policji, jesteś w błędzie jeśli myślisz inaczej, pała to pała (RACZEJ RACZEJ).

sobota, 27 sierpnia 2011

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #9: TupajNogo z Mentosem, czyli disco i funk w najlepszym wydaniu


Z disco jest podobnie jak z muzyką etniczną - wielu reaguje na nią alergicznie i ma niczym nieusprawiedliwioną niechęć do niej, jest kojarzona z tandetą, odpustem i beznadzieją. Media również niespecjalnie pomagają w zmianie sposobu myślenia o tym gatunku, nazywając nim byle g*wno do tańczenia, a kojarzone wyjątkowo buracko i pejoratywnie DISCO polo przelewa ostatecznie czarę goryczy. Wielu muzyków próbuje zmienić wizerunek tej muzyki i jedną z takich osób jest członek składów Rasmentalism (+Ras) i Gram-O-Phonics (+DJ DBT i Urb) producent MentXXL. Z funkiem jest dużo lepiej, bo mimo wszystko ta muzyka (a przynajmniej nazwa) nie jest tak znana między Odrą a Bugiem i nie nękana żyje nieźle dzięki np. takim ludziom jak Chojny. To naprawdę wybitna kopalnia świetnej muzyki, już nie mówiąc o tym ilu teraźniejszych artystów czerpie z niej garściami, samplując, remixując, czy robiąc z nią cokolwiek innego.

Ment opublikował niedawno mix (jest ich więcej i na każdą okazję), który z powodzeniem można puścić nawet na drętwej s*udenckiej (NIENAWIDZĘ) imprezie bez obawy o frekwencję na parkiecie. Dodatkowo na f*cebooku regularnie dzieli się swymi dyskotekowymi-perełkami - wszystko na dole, smacznego (zwłaszcza, że szperałem tylko do końca czerwca).

1. 



Jeśli ktoś zapytałby mnie jak w jednym zdaniu określić ten mix, to odpowiedziałbym że jest to 20 minut podróży w czasie do radosnych dyskotekowych czasów, kiedy tupało się nóżką w takt najlepszej muzyki. Bez obawy o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne. Czasy się jednak zmieniły i żeby w spokoju pobawić się przy dobrej muzyce trzeba się sporo napocić, bo często wieczorki szumnie zwane "latami 70 i 80-tymi" albo po prostu "czarnymi" zakrawają na profanację. Ratunkiem może być np. Grandmarket Seventies, czyli najlepsza impreza w tej strefie klimatycznej lub inne sprawdzone balety od pewnych DJ-ów.

Na mixie takie tupajnogi jak Talkback - Can't Let You Go czy Eva Gina - Without You (e-vagina, internetowy żart).

2.




  Ment XXL - Strong by mentxxl

"Strong" Mentosa to nic innego jak zremixowane "Stronger Than Before" Chaki Khan. Zaczyna się idealnie, później jest trochę gorzej z powodu zbyt dużego kombinowania. Mam na dzwonku w telefonie od dłuższego czasu i zmieniać nie mam zamiaru!

3.




Spargo to pochodząca z Holandii grupa popowa. Ciężko znaleźć informacje po polsku lub nawet po angielsku o niej, więc ograniczę się tylko do poinformowania, że bardzo warto ściągnąć składankę "Best of...", a wokalista to niezły sceniczny wariat, czego przykładem powyższe "Just For You".

4.




O ile wpisywanie ksywki Ago w google nie daje żadnych porządnych informacji, to już rozszyfrowanie kto kryje się pod tą ksywką daje pewne efekty - Agostino Presta to włoski muzyk działający od wczesnych lat 80-tych. Wyróżnia się nie tylko muzyką, ale także bujną grzywą, której zapewne nie powstydziłby się żaden rockman ani nawet koń. Włoska wikipedia przyporządkowała Ago do nurtu italodisco i chyba w takich kategoriach należy rozpatrywać jego twórczość, ale "Stop your life" jakby odrywa się nieco od tej muzyki.

5.

 

Khemistry, czyli dwie panie i pan ze stolicy Stanów Zjednoczonych to kolejna mało znana, ale wyjątkowo bujająca propozycja - "Who's fooling who". Murowany hit.

6.
 


Na sam koniec nie tyle "tupajnoga" co "przytulaniec", ale chodzi bardziej o wyłapanie podobieństwa "Genie""My Comet" Onry - doskonałej pozycji dla wszystkich, którym spodobał się ten odcinek JJSSTT.

PS. Czekam teraz na zapowiedziany pierwszy klip do nowego Rasmentalismu i na bank pojawi się okolicznościowa notka o płycie, więc stay tuned, bo nie będzie takiego słodzenia Mentowi jak teraz!  

wtorek, 12 lipca 2011

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #8: Shocking Blue


Powracam do cyklu JJSSTT, tym razem tematem będzie zespół Shocking Blue. Grupa należy do tzw. one hit wonder, czyli gwiazd jednego przeboju. W przypadku Holendrów jest to utwór "Venus", który znalazł się nawet na pierwszym miejscu prestiżowej listy Billboarda na początku 1970 roku. Później było gorzej z tymi hitami, aż w końcu zespół się rozpadł w roku 1974, a wokalistka Mariska Veres wiedziona przez swój charakterystyczny głos nagrywała materiały solo. Zostawili po sobie jednak całkiem fajne piosenki, przy których "Venus" wydaje się być średnią produkcją. Cover jednej z nich, "Love Buzz", był pierwszym singlem i znalazł się na debiutanckiej płycie Nirvany. Muzyka to po prostu dobry, klasyczny rock, więc powinno się podobać. Ograniczyłem się do trzech moich ulubionych kawałków, wzbogaconych o "Venus" (ma generować ruch, żart), jednak zaświadczam, że dobrych utworów Shocking Blue jest jeszcze co najmniej kilka - polecam "The Very Best Of" albo inne tego typu, oficjalne lub nie, kompilacje.

1.



Tak jak pisałem wcześniej, "Venus" wyniósł grupę na szczyty przebojów w Europie i USA. Jest się oficjalnie l*musem jeśli jej się nie zna, bo naprawdę ciężko tej piosenki nie kojarzyć, zwłaszcza że do teraz pojawia się w radio. Singiel doczekał się licznych coverówprofanacji, pojawiał się w wielu filmach, a nawet został sparodiowany przez Muppety.

2.



Kawałek "Send Me a Postcard Darling" pochodzi z tego samego albumu grupy, co "Venus". Jest to chyba moja ulubiona ich piosenka, uroku dodają jej jeszcze brudne bębny i gitara - znak tamtych czasów, kiedy produkcja wyglądała dużo gorzej niż dziś. Co ciekawe, utwór znalazł się na winylowej wersji krążka, ale gdy pojawiło się w 1989 roku CD został wyrzucony - podobnie jak m.in. "Never Marry a Railroad Man". Trochę siara.

3.



Czwarty album, który zwał się trzecim, Shocking Blue z 1971 roku otwierał "Shocking You".  Znalazł się również na singlu razem z "Waterloo". Był to ogromny hit w Japonii, ale nie tylko.

4. 



Na żadnym albumie nie znalazł się z kolei "Hot Sand". Umieszczony na singlowym wydaniu "Venus", zjada swoją sławniejszą siostrę z taką samą łatwością, jak Mateusz Kowalski trzaska przy niej tricki w "Easy Livin"

Tak oto kończy się jubileuszowy, 50 wpis na blogu! 
 

poniedziałek, 14 lutego 2011

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #7: Srento zakochanych



Do walentynek stosunek mam a*alny, wielka bujda na kółkach w kształcie ogromnych pięciozłotówek (na pieniądzach, skojarz), ale notka o nich jest warta jak Poznań opublikowania, bo ludzie szukają piosenek o miłości i później wypalają płyty za 0,89 z nimi, ZAKOCHANI, a mi rosną wyświetlenia. U mnie 10 utworów, które pierwsze przyszły do głowy (tego jest strasznie dużo, zaskakujące albo nie, bo najlepszy temat), ale nie popowa biesiada bez sensu. Zróżnicowana tematyka, bo miłość nie tylko do płci przeciwnej. Poza tym i tak żadna się nie liczy w obecnych czasach bez ogłoszenia na fejsie, oh. Inny znak naszych czasów to niemiłość, mam 20 lat i nie potrzebuję miłości, nie wierzę w nią, jako uniwersalne wytłumaczenie samotności z powodu własnej brzydoty, jestem studentem i piwo to moje paliwo.

1.



Na początku polecimy klasycznie, do kobiety, ale nie wychwalając kształty jak Mos Def. Piękny utwór, wchodzi do głowy i nie chce wyjść. Wiele takich soulowych jest, nawet inne od The O'Jays, ale ta jedna z moich ulubionych, często śpiewam. "You and me" skojarz z "Skandale" Zkibwoya (przekupna miłość!).

2.



Najważniejsza zasada miłości, razem godziny po pierwsze. Nie wiem z jakiego powodu ktoś podstawił "Home" do filmu z warszawskiego Yard Sale, ale dziękuję, bo dzięki temu poznałem jedną z najlepszych piosenek ever, super klimat.

3.



Trochę gejada, ale jak poznałem to się zakochałem i nawet mimo podejrzliwego wzroku konkubiny nie pozbyłem się uczucia. W "Fall in love" wszystko jest idealne, od głosu, przez tekst, do pianinka, to muzyka dla wrażliwych.

4.



Piosenka (w sumie jedno zdanie) o poważnym problemie, wracającym często po scysji zakochanych. Życzę, żeby każda kończyła się tak jak tytuł tej piosenki, miłosnym wyznaniem "I love you so", najlepiej bez zastanawiania się dlaczego. Wybrałem dubstepowy remix, bo lepszy od nudnego oryginału.

5.



To akurat nadaje się na jakieś konkretne zbliżenia. Marvin Gaye był mistrzem, także tego typu piosenek, oprócz "Let's get it on" wystarczy wymienić "Sexual Healing". Soulowi czarni jak Barry White są w tym najlepsi.

6.



Uwielbiam "Is this love", a nie wiem dlaczego. Nic więcej nie napiszę.

7.



Nie wiem dlaczego ta wersja "Ty" nie weszła na drugi Dinal, w oryginale zawsze denerwowały mnie te jęki w tle. O miłości w stylu bez żadnej siary, dobry featuring Lilu i refren męski. Kwintesencją trueschoolowej piosenki o miłości jest wers "niektórzy mają schizy z winy love, a my j*inty i płyty winylowe", magia słowa od gościa co się chce wprosić na nasz ślub, socjolove prawie. Alternatywna wersja piosenki jest o b*antach, na Wiadroskładzie, także godna uwagi.

8.



Nie kojarzę innej piosenki o miłości do rodziców w polskim rapie. "Słowo dla" to wspomnienia młodości i hołd dla rodziców Brudnych Serc, których już nie będzie razem, na producenckim Quizie.

9.



Mayer obiekt miłości w "Green Eyed Love" znalazł sobie niecodzienny, butelkę płynu przypominającego ten do spryskiwaczy. Cała jego płyta jest w klimacie miłości, jak winyl w kształcie serca, pomysł roku 2009.

10.



Banalne byłoby umieszczenie tu "I Used To Love H.E.R." Commona, bo identyczna tematyka praktycznie, jednak ja wolę piosenkę Freestyle - "Can't Let You Go". Metaforycznie o miłości do muzyki - w Polsce warto sprawdzić Reno - "Życie".

piątek, 21 stycznia 2011

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #6: Polityka

Na szybko dwie całkiem świeże piosenki w których poruszono ważne, polityczne kwestie.

1.



"Dreadful" nie jest może jakąś wielce polityczną piosenką, ale z dwóch powodów jest warta umieszczenia jej w tym miejscu. Po pierwsze, Cali P (znany raczej z filmów freeski - prawie w całości soundtrack na "Like A Lion" Tannera Halla lub "Cyaan Stop" nagrane z Cookie The Herbalist użyte w "Everyday Is A Saturday") bardzo ładnie tu poleciał. Po drugie, porusza on w kontekście znienawidzonego Babilonu chyba najbardziej gorący temat ostatniego roku, czyli kwestię katastrofy prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. W tekście znajduje się wzmianka o "roztrzaskaniu samolotu i śmierci lidera", a na klipie pojawiają się urywki telewizyjnych relacji, z wizerunkiem m.in. Putina czy Kaczyńskiego. Pokazuje to nad wyraz wyraźnie jak ogromne echo miał ten wypadek, skoro wspomina o nim nawet mało znany muzyk reggae. Dodatkowo później na ekranie pojawia się jeszcze nazwisko Arthur Budzinski , również znajomo brzmiące, ale jego sprawa dotycząca molestowania przez księży jest zdecydowanie mniej znana, przynajmniej w Polsce.

2.



Sprawa wejścia do szwedzkiego parlamentu partii Sverigedemokraterna (SD) stała się w tym kraju obiektem demonstracji i licznych protestów. Porównuje się skrajnie prawicowe SD do niemieckiego NSDAP, przywołując historię legalnego dojścia do władzy Adolfa Hitlera. Może nie jest to aż taka skala problemu (partia uzyskała w głosowaniu 5,7% i zajmuje 40 miejsc na 349 w parlamencie, a liczba członków to mniej niż 6 tysięcy), ale wygląda niepokojąco, zwłaszcza, że poparcie ugrupowania ostatnimi laty bardzo wzrosło. Obok tej sprawy obojętnie nie przeszli muzycy z Looptroop Rockers, określający dzień wyborów dniem "wstydu dla najbardziej oświeconego narodu". Ich odpowiedzią na elekcję SD jest piosenka "On Repeat". Video do tego utworu to w dużej mierze urywki z wystąpień Hitlera i zestawionego z nim lidera Sweden Democrats, Jimmiego Åkessona. Jedynym pozytywem tej sprawy zdaje się być całkiem wysoka forma Looptroop (i powrót Cosmica), co doskonale rokuje przed mającą mieć premierę w marcu nową płytą zespołu.

wtorek, 21 grudnia 2010

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #5: Hocus Pocus live

Jubileuszowy odcinek JJSSTT będzie niestandardowy, bo tylko z jedną pozycją. Wpis nie traci tym jednak niczego ze swojej niezwykłości, wszak jakość się liczy, nie ilość, a ta jest najwyższych lotów.

Opisywana przeze mnie na samym początku blogowej "działalności" płyta francuskiej grupy Hocus Pocus zdecydowanie przetrwała próbę czasu. Po pół roku nadal chętnie do niej wracam. Więcej, niektóre piosenki mają nawet serduszko u mnie na last.fm, co jest najlepszym dowodem miłości do kawałka, jak wypełnienia pola "status związku" na f*cebooku dla par, internetowe życie 2.0. Uczucie do krążka "16 Pieces" spotęgowało jeszcze poniższe video, czyli zapis koncertu, jaki zespół wraz z przyjaciółmi dał (dawno temu swoją drogą, ale nie było okazji wcześniej) we francuskiej rozgłośni radiowej (chyba, bo mój francuski opiera się na google translate). Ich muzyka brzmi jeszcze lepiej zaserwowana w takiej postaci, z żywymi instrumentami - magicznie można powiedzieć, w końcu to Hocus Pocus, POETA, czy nie?

PS. Pięknie byłoby usłyszeć to na żywo na żywo, "must have" koncertowe!


Hocus Pocus feat. Oxmo Puccino, Akhenaton, Ben L'oncle Soul
Załadowane przez: hocuspocus. - Obejrzyj ostatnio promowane klipy wideo.

czwartek, 25 listopada 2010

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #4: Samplowanie rąk nie brudzi

Czwarty odcinek JJSSTT łączy się w pewnym sensie z poprzednim wpisem o "The Emotions" bo do jego napisania zainspirował mnie jeden z utworów użytych w filmie. Piosenka wydawała się dziwnie znajoma i po krótkim diggingu w sieci i we własnych muzycznych zbiorach okazało się, że kawałków z tym samym samplem jest dużo więcej niż na początku mi się wydawało. Od soulu, przez hip-hop z różnych stron świata, po chill-out i muzyką elektroniczną. Myślę, że bez problemu uda się wychwycić podobieństwa nawet największym muzycznym laikom.

1.



Na początek oryginał (?). Piosenka "Private Number" duetu soulowego William Bell i Judy Clay jest jednym z  z największych przebojów czarnoskórego Bella. Datowana na 1968 rok, znalazła się w top 10 hitów w Wielkiej Brytanii.

2.



Od tego cała zabawa w poszukiwanie się zaczęła. Podstawiony do jednego z segmentów "The Emotions" kawałek Pretty Lights - "Finally Moving". Polecam zapoznanie się także z innymi utworami, które wyszły spod ręki (samplera?) Amerykanina, zwłaszcza, że zwykł on umieszczać je za darmo w internecie.

3.



Z tym "Finally Moving" skojarzyłem. "Det Loser Sig" (wg google "Ropuszcza się") popełnił szwedzki raper Timbuktu, wespół z m.in. Supreme z Looptroop, z którym to zespołem zdarzało mu się koncertować i występować gościnnie. Co ciekawe, w czasie nagrywania swojego pierwszego albumu "T2: Kontrakultur" pracował razem z Thomasem Ruciakiem - synem polskiego saksofonisty Alfreda Banasiaka.

4.



Teraz kolejność już zupełnie przypadkowa. "Players Club" to piosenka Rappin' 4-Tay czyli Anthonego Forte -  rapera z Kalifornii. Umieszczony na jego drugiej płycie "Players Club" uplasował się na 36 miejscu listy Billboard Hot 100. Poza tym wielkich sukcesów Forte na koncie nie ma, chyba, że za takie uznamy gościnne występy u 2Paca, Too Shorta czy Master P.

5.


Metaform to kolejny Kalifornijczyk w zestawieniu. Obraca się głównie w kręgu muzyki hip-hopowej, czego przykładem jest współpraca z Zion I, Pharcyde czy Hieroglyphics. Płyta, z której pochodzi "Crush" zatytułowana "Standing on the Shoulders of Giants", w całości została stworzona z sampli.

6.



Piosenka "You Wish" z pewnością koszmarem nie jest, na co mógłby zdradliwie wskazywać pseudonim autora. Słucha jej się lekko, przyjemnie i wydaje się, że jest najbliższa klimatem oryginałowi Bella. Żeby być konsekwentnym muszę napisać, że autorem jest nie grzeszący zbytnią skromnością brytyjski DJ George Evelyn aka Nightmares On Wax aka DJ EASE (w rozwinięciu Experimental Sample Expert).

7. 



Przy piosence Timbuktu wspomniałem o polskim akcencie w osobie Thomasa Ruciaka, a teraz już w pełni po polsku i od Polaków. "Cały czas" jest debiutem warszawskiej grupy 2cztery7, który ukazał się na pierwszym winylu, z czterech dotychczasowych edycji, serii JuNouMi. Piosenka z czasu, kiedy Pjus szumnie określał się mianem "potrafiącego uprawiać styl raggamuffin", Stasiak był trochę g*ubszy a Mes nie wyglądał jak członek Buena Vista Social Club.

piątek, 5 listopada 2010

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #3: Every Day Is A Saturday


Jak wyobrażasz sobie życie, w którym każdy dzień jest sobotą? Jakkolwiek by to wyglądało, taki żywot byłby pewnie piękny. Dla chłopaków z Poor Boyz tym pięknem jest dzień spędzony na nartach. Gdziekolwiek - w parku, w BC czy na streecie - byle tylko z dwoma deskami przypiętymi do muskularnych nóg, NO HOMO. W 3 odcinku JJSSTT soundtrack z super produkcji "Every Day Is A Saturday".

Na początek kilka słów o samym filmie. Stoi za nim wspomniana wcześniej ekipa filmowa Poor Boyz Productions, reżyseruje go Jeff Thomas wraz z Tylerem Hamletem. "Every Day Is A Saturday" jest krokiem do przodu w historii filmów narciarskich - po raz pierwszy freeski zostało w pełni uwiecznione kamerą HD. Najczęściej przed nią pojawia się Tanner Hall, niszczący trickami w pajpie na X Games i w BC ale zobaczymy również m.in. Simona Dumonta, Dane Tudora, Charlesa Gagnier, Andreasa Hatveita czy nieżyjącego już CR Johnsona. Afterbangi, double flipy, kilka razy łamane raile, srogie linie a nawet przejazd po kablu wyciągu - to wszystko można znaleźć w "Every Day Is A Saturday"!

1.



Utwór "Ghosts N Stuff" Deadmau5 będący równocześnie podkładem trailera oraz segmentu Tima Durtschiego (jeden z lepszych). Niesamowity bangier muzyka z Kanady Joela Zimmermana, przybierającego czasami wygląd wielkiej myszy rodem z prac Takashiego Murakami.

2.



K'naan to sympatyczny somalijczyk, znany ze współpracy z wieloma popularnymi muzykami takimi jak Mos Def czy Nelly Furtado. Z ogarniętej wojną domową Somalii uciekł najpierw do USA by później przenieść się do Kanady. Jego piosenkę "Wavin Flag" z tej samej płyty co "Take A Minute" zatytułowanej "Troubadour" kojarzy chyba każdy. "Take A Minute" zostało podłożona pod part Dana Tudora.

3.



Pod nazwą Trouble Andrew kryje się pro snowboarder Trevor Andrew. Kanadyjczyk w przerwach od jazdy zajmuje się  nagrywaniem electroniczno-rockowych kawałków, takich jak "Chase Money". I przyznać trzeba, że wychodzi to Andrewowi całkiem przyjemnie bo piosenka użyta w segmencie teamu Nike 6.0 to nie jedyna godna uwagi i warto sprawdzić jego myspace.

4.




Część przeznaczona CR Johnsonowi, T-Hallowi i Johnowi Spriggsowi wybrzmiewa w takt jamajskich rytmów Cookie The Herbalista i jego utworu "Cyaan Stop". Mozna było się spodziewać, że gdzie Tanner tam i reggae. Segment to kwintesencja pozatrasowej zabawy a Cookie wydaje się wynalazkiem typu "one hit wonder" na potrzeby filmów freeskiingowych podobnie jak Kya Bamba.

5.



Na koniec Zion I wespół z Brotherem Ali w piosence "Caged Bird Pt. 1", pochodzącej z ostatniej płyty Amerykanów "The Take Over". Jako psychofanatyk Zion I nie mogłem sobie odmówić umieszczenia tego w tym zestawieniu. Pod "Caged Bird Pt. 1" jeździ Charley Ager, który mimo że part ma średni to wzbudza wielką sympatię bo widać w nim wielką radość z tego co robi.

Oczywiście nie jest to wszystko - prócz pokazanych wyżej piosenek na "Every Day Is A Saturday" można usłyszeć m.in. Black SabbathCunninlynguists, Zion I w kontynuacji "Caged Bird Pt. 1" lub grupę Loverboy. Pełna lista tu. Każda praktycznie z innej bajki ale wszystko to brzmi bardzo dobrze i jest znakomitym dopełnieniem wizji.