Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tsp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tsp. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 października 2012

Dokąd idzie Podbeskidzie - po raz drugi

Walka - słowo klucz w obecnej sytuacji Górali
Ostatnie zwycięstwo pod koniec marca, 2 punkty zdobyte w ośmiu meczach, brak trenera i osiągnięte dno tabeli - tak w skrócie można opisać obecnie Podbeskidzie. Co najgorsze, sytuacja wygląda na daleką od opanowanej.

Kasperczyk świętuje awans
Gdy kilka dni temu stało się jasne, że trener Robert Kasperczyk po prawie trzech latach będzie musiał opuścić Podbeskidzie miałem mieszane uczucia. Z jednej strony trudno było wierzyć, że cokolwiek nowego wymyśli trener, którego zespół nosi szarfę najgorszego w kontynentalnej części Europy i który doprowadził do tak kiepskiej sytuacji w tabeli. Z drugiej jednak Kasperczyk już nie raz pokazał, że jest jednym z lepszych, bez cienia przesady, szkoleniowców pracujących w Polsce - kto inny wykrzesałby wszystko co najlepsze ze starych, zapomnianych ligowców (Dariusz Łatka, Bartłomiej Konieczny, Michał Osiński, Maciej Rogalski, Adam Cieśliński), z obcokrajowców pozyskanych za czapkę gruszek (Richard Zajac, Robert Demjan, Matej Nather, Juraj Dancik), kilku względnie młodych wychowanków (Mateusz Sacha, Piotr Koman, Tomasz Górkiewicz) czy zawodników wyszukanych gdzieś w niższych ligach (Sylwester Patejuk) i złożyłby z nich ekipę, która wygrałaby na Legii, na Wiśle i walczyłaby jak równy z równym z Lechem? Potencjał kadrowy Podbeskidzia w momencie awansu do najwyższej ligi oscylował gdzieś na granicy Ekstraklasy i I ligi, a mimo to udało się wywalczyć miejsce w połowie tabeli - w pewnym momencie będąc nawet w okolicach piątego czy szóstego miejsca. Recepta na sukcesy była prosta, oparta na walce, nieustępliwości, charakterze i te cechy miały uzupełniać niedostatki techniczne. Nie do przecenienia był także efekt świeżości beniaminka i casus pierwszego sezonu. To drugie podawałbym jednak pod wątpliwość, bo po świetnym sezonie w Pucharze Polski, gdy drużyna awansowała do półfinału eliminując po drodze m.in. ekstraklasowych Wisłę i Bełchatów naprawdę ciężko było nie znać tej drużyny, ich zalet, wad i podstawowych zasad taktycznych. I za te wszystkie sukcesy czapki z głów dla trenera Kasperczyka, bo jego wkład w nie jest nie do przecenienia.

Po zwolnieniu w takiej sytuacji jasne jest, że nowy szkoleniowiec ma za zadanie nic innego jak wyciągnąć drużyną spod kreski, co jak na razie powierzono Andrzejowi Wyrobie, dotychczasowemu drugiemu trenerowi. Ciężko ocenić tę nominację, zwłaszcza że ma być z założenia tymczasowa, ale moim zdaniem nawet gdyby Wyroba miał prowadzić drużynę na stałe, jest to lepsza decyzja niż zatrudnienie np. Czesława Michniewicza czy, nie daj Boże, Tomasza Kafarskiego - jedynym logicznym rozwiązaniem byłoby sięgnięcie po Michał Probierza, trenera zaprawionego w bojach, utalentowanego i mającego coś do udowodnienia po klapie z Wisłą Kraków. Nie można jednak zapominać, że...

Z pustego i Salomon nie naleje

Kamil Adamek - najjaśniejszy punkt drużyny
Nawet najlepszy trener (co właściwie potwierdza osoba Kasperczyka) nie jest w stanie na dłuższą metę zrobić wyników mając do dyspozycji słaby skład. Nie okłamujmy się, takim obecnie dysponuje Podbeskidzie na tle reszty ligowej stawki i nie ma różnicy czy porównujemy z górną półką czy dolnymi rejonami tabeli. Popełnione w letnim okienku transfery to kuriozum - oczywiście pozyskiwanie zawodników z niższych lig jest wielce chwalebne, jednak na tym nie należało poprzestawać. Z tych kilku transferów jak na razie broni się (i to jak!) Kamil Adamek, człowiek z okręgówki i kolejny z klucza młody-lokalny-szybki-mały do wypuszczenia w Polskę z Bielska (vide Tomasz Moskała, Adrian Sikora, Krzysztof Chrapek), reszta jest jedynie tłem dla przeciwników. Dwa ostatnie transfery, czyli Dariusz Pietrasiak i hit w postaci Ireneusza Jelenia, to działanie nieco po omacku i duże ryzyko. Obaj mogą odpalić i pchnąć zespół do przodu, ale równie dobrze mogą być to niewypały, bo na dzień dzisiejszy nie za bardzo wiadomo jak oboje się prezentują. Pewnym jest za to, że Pietrasiak w swojej normalnej formie to czołowy ligowy obrońca, a Jeleń, nawet gdyby prezentował połowę swych umiejętności znanych z Ligue 1, i tak zjada na śniadanie większość naszych ligowców. Stara gwardia, czyli zawodnicy którzy pozostali w klubie po zeszłym sezonie, to jak na razie w większości cienie zawodników sprzed roku, wyłączając obu bramkarzy, Marka Sokołowskiego, Dariusz Łatkę i Roberta Demjana. Do nich nie można mieć żalu, co innego do pozostałych - Juraj Dancik w zespole jest już chyba tylko z powodu zasług, zupełnie zagubili się Piotr Malinowski i Sławomir Cienciała, Piotr Koman wrócił do swojej "normalnej" formy, niewidoczny jest Sebastian Ziajka, a Matej Nather już nie jest skałą nie do przejścia. W obronie widoczny jest brak Bartłomieja Koniecznego, w pomocy nikt już nie szarpie jak Sylwester Patejuk, a w ataku brakuje po prostu pomysłu - długa piłka na Demjana nie jest już sposobem. Najgorsze jednak, że drużyna nie wyróżnia się już tym, do czego kibiców przyzwyczaiła rok temu - do walki z góralskim charakterem, do ostatniej minuty, ale niezwykle czystej i szlachetnej, bo mówimy o drużynie, która w jeden weekend przegrywa 0-6, by kilka tygodni później wygrać na Łazienkowskiej, a na koniec sezonu zgarnia tytuł Fair Play. W obecnym sezonie w kilku meczach to Podbeskidzie pierwsze strzelało bramkę, a mimo to nie udawało się dowieźć zwycięstwa do końca. Niektórzy doszukują się w tym przypadku błędu samego Kasperczyka, który miał źle przygotować drużynę do rozgrywek i ta traci szybko traci siły. Ponadto zespół wyróżnia się na tle ligowej stawki niezwykle toporną grą i żenująco słabą techniką użytkową - taki Bełchatów, który w ostatniej kolejce zwyciężył z Góralami i zamienił się miejscami w tabeli gra piłkę o poziom lepszą.

Grać na całego i walczyć do upadłego

Czy ktoś w ogóle pamięta takie hasło?
Jeśli ten zespół nie dostanie kopa wraz z przyjściem Jelenia lub nowego, charyzmatycznego trenera i nie zdobędzie kilku punktów do końca tej rundy, to w Bielsku będą dwa wyjścia, przy czym jedno gorsze od drugiego. Można albo wzorem podupadającej Odry Wodzisław kilka lat temu rozciągnąć do granic możliwości budżet i pościągać na ostatnią chwilę kilku dobrych zawodników z karta w ręku i uratować ligę rzutem na taśmę (Odrze akurat brakło punktu do utrzymania się) lub dać sobie spokój i budować zespół z myślą o nadchodzącym sezonie 2013/14 - spędzonym już klasę niżej. Wszak nie jest wstydem spaść z ligi, ważne żeby się podnieść, żeby nieobecność trwała jak najkrócej i pójść bardziej w stronę spokojnie budowanego Piasta niż Radomska czy Szczakowianki o których nikt już nie pamięta.            



sobota, 14 kwietnia 2012

Górale gonili, aż dogonili

Fot. K. Dzierżawa/ts.podbeskidzie.pl
Można już ze sporym prawdopodobieństwem stwierdzić, że dziś Śląsk w Bielsku pogrzebał swoje szanse na mistrzostwo. W dodatku prowadzenie i w rezultacie dwa punkty stracił w 90. minucie, gdy gola zdobył Robert Demjan. Najbardziej z wyniku cieszy się Legia, która może w tej kolejce odjechać wrocławianom na pięć punktów.

Śląsk zrobił tak naprawdę wszystko, żeby tego meczu nie wygrać. Trudno inaczej określić sytuację, gdy drużyna z aspiracjami na mistrza Polski, która w przypadku zwycięstwa siedziałaby dosłownie na plecach liderującej Legii, stwarza w spotkaniu z grającym już o nic beniaminkiem dosłownie kilka sytuacji. Na domiar złego gdy już trafia do siatki, zamyka się na własnej połowie i pozwala rozwinąć skrzydła walecznym, ale znajdującym się w lekkim dołku po dwóch kolejnych porażkach z outsiderami, Góralom. Wisienką na torcie indolencji Śląska niech będzie sytuacja z 88. minuty, gdy nie mające nic do stracenia Podbeskidzie rzuca wszystkie siły (łącznie ze stoperem Bartłomiejem Koniecznym) do ataku, a Łukasz Madej mając mnóstwo czasu na dokładny strzał i mając przed sobą tylko Mateusza Bąka nie trafia nawet w bramkę. Dwie minuty później Robert Demjan wykorzystał dokładną wrzutkę niezwykle ruchliwego dziś Sylwestra Patejuka i doprowadza do wyrównania. 

Śląsk stracił dziś ważne punkty, ale kto wie jak potoczyłby się losy spotkania, gdyby w 29. minucie boiska nie musiał opuścić z powodu kontuzji Sebastian Mila. Do jego zejścia z boiska gra wrocławian nie wyglądała źle - goście raczej kontrolowali wydarzenia boiskowe i raz nawet sam Mila znakomicie obsłużył Łukasza Gikiewicza, ale jego strzał sparował Bąk. Sytuację miał także Cristian Omar Diaz, ale po sprytnym uwolnieniu się spod opieki obrońcy nie zdołał pokonać golkipera gospodarzy uderzeniem z ostrego kąta. Swoje okazje miało także Podbeskidzie, głównie za sprawą szalejącego Patejuka. W najlepszej akcji meczu, po minięciu na lewym skrzydle kilku zawodników Śląska, zejściu do środka i klepce z Demjanem pomylił się jednak o pół metra. Pierwsza połowa była mało emocjonująca, a z rzadka atakujący piłkarze obu drużyn skupili się głównie na walce w środku boiska.

Drugą połowę lepiej zaczęli Górale, ale po strzale Sebastiana Ziajki w 47. minucie na posterunku był Marian Kelemen. Kwadrans później było już jednak 1-0, bo Piotr Celeban, podobnie jak w meczu rundy jesiennej, trafił do bramki bielszczan. Myli się jednak ten, kto myśli że piłkarze z Dolnego Śląska poszli za ciosem. Nie mając kompletnie żadnego pomysłu na grę, w szczególności gdy na tragicznej dziś murawie przy Rychlińskiego ciężko było stworzyć składną akcję i gdy wyłączony był z gry szybki Waldemar Sobota, dali się zepchnąć do obrony. Pierwsze poważne ostrzeżenie dla wicemistrzów Polski dał Ziajka, ale jego wolej przeleciał z metr nad bramką. Chwilę później powinno być już jednak 1-1 - joker Górali Piotr Malinowski będąc kilka metrów przed bramką najpierw jednak nie trafił w piłkę lewą nogą, by poprawiając prawą pomylić się minimalnie. Jeszcze chwilę przed sytuacją Madeja groźnie uderzył nad bramką Przemysław Kaźmierczak, ale kilka minut później Demjan rozwiał wątpliwości - Śląsk nie jest na dzień dzisiejszy wiarygodnym kandydatem na mistrza i powinien się z tą myślą pogodzić. Bo właśnie w takich meczach jak ten dzisiejszy, ze słabszym zespołem i przy prowadzeniu, zdobywa się tytuły. Szansa tli się jeszcze w dogodnym dla wrocławian terminarzu, jednak te mecze trzeba jednak umieć wygrać, a dziś podopieczni Oresta Lenczyka pokazali, że mogą mieć z duże problemy. 

środa, 4 kwietnia 2012

Wynik jak nigdy, gra jak zawsze


Podbeskidzie przegrywa drugi mecz z rzędu z drużyną z dołu tabeli. Nie oznacza to jednak, że Cracovia była dziś lepsza - dwie bramki zdobyła w dość kontrowersyjnych okolicznościach i przy wydatnej pomocy przeciwnika. 

Spotkanie zaczęło się dla Cracovii fantastycznie, bo już w 8. minucie Marcin Budziński otworzył wynik meczu. Młodemu zawodnikowi Pasów niespecjalnie w tej sytuacji przeszkadzali obrońcy Podbeskidzia pozwalając z piłką przebiec kilkanaście metrów i na koniec oddać precyzyjny strzał. Wydawać by się mogło, że walcząca o utrzymanie w lidze Cracovia pójdzie za ciosem i zrobi wszystko, żeby wynik podwyższyć. Nic bardziej mylnego - goście kontrolowali w tym momencie grę, często sprawiając zagrożenie pod bramką Wojciecha Kaczmarka, a podopieczni Tomasz Kafarskiego w tym czasie irytowali niecelnością i ospałością. Pierwszą okazję do wyrównania miał chwilę po golu Budzińskiego Juraj Dancik, ale z bliska trafił z główki w bramkarza Pasów. Co nie udało się słowackiemu obrońcy, udało się Markowi Sokołowskiemu w 17. minucie. Kapitan bielszczan próbując dośrodkowywać z powietrza kapitalnie wrzucił piłkę za kołnierz Kaczmarka i goście zasłużenie wyrównali. Ciągłą przewagę Podbeskidzie mogło udokumentować w tej części gry jeszcze przynajmniej dwoma golami, ale za pierwszym razem mając przed sobą pustą bramkę fatalnie skiksował Liran Cohen, a później instynktownie strzał Sokołowskiego wybronił Kaczmarek. Kilka razy z dobrej strony pokazał się Sylwester Patejuk, z kolei w drużynie Cracovii ciężko było znaleźć jakieś pozytywy, poza grę Budzińskiego i kilkoma interwencjami Kaczmarka. Po 45. minutach wydawało się, że dalsze bramki dla Podbeskidzia są kwestią czasu.

Fot. cracovia.pl
Nieoczekiwanie jednak druga odsłona meczu rozpoczęła się bardzo podobnie do pierwszej. Na prowadzenie Cracovię wyprowadził Milos Kosanovic, po ładnym strzale z rzutu wolnego pośredniego podyktowanego za nakładkę Dariusz Łatki w polu karnym. Kontrowersję w tej sytuacji wywołało poprzedzające strzał muśnięcie piłki przez Vladimira Boljevicia, po którym piłka ledwo drgnęła. Po drugim golu Podbeskidzie zaczęło rzadziej atakować, ale mimo to kilkukrotnie zagroziło bramce gospodarzy. Cracovia dużo śmielej poczynała sobie w tym momencie na boisku i efekt przyszedł na piętnaście minut przed końcem spotkania, ale znowu w mocno kontrowersyjnych okolicznościach. Saidiego na ziemię powalił w mało groźnej sytuacji Ondrej Sourek, co zakończyło się dla niego szybszą wycieczką pod prysznic, a dla Pasów rzutem karnym. Powtórki jasno jednak wskazywały, że faul nastąpił zaraz przed polem karnym i po raz kolejny niedopatrzeniem wykazali się sędzia główny Szymon Marciniak wraz z asystentami. Jedenastkę na gola zamienił sam poszkodowany i praktycznie z niczego Cracovia wyszła na prowadzenie 3-1. Rozgrywający dobre zawody Saidi mógł w końcówce podwyższyć wynik, ale strzelił obok słupka.

Cracovia w końcu wygrała mecz, jednak nie w takim stylu na jaki wskazywałby wynik, bo równie dobrze odwrotny rezultat Podbeskidzie mogłoby osiągnąć w samej tylko pierwszej połowie. Nie zmienia to jednak faktu, że trzy punkty dużo dają w tej trudnej sytuacji Pasom, ale ciężko teraz wyrokować czy dadzą cokolwiek więcej niż nieco lepsze samopoczucie. Dystans do bezpiecznej lokaty wynosi obecnie cztery punkty przy rozegranym jednym spotkaniu więcej, a Cracovię czeka teraz mecze m.in. z Polonią Warszawa, Ruchem Chorzów czy Wisłą Kraków.

via Tylko Piłka

sobota, 31 marca 2012

Łódź lepsza na wodzie

Fot. K. Dzierżawa/ts.podbeskidzie.pl
ŁKS wygrywa w Bielsku z Podbeskidziem po ładnej bramce Wojciecha Łobodzińskiego i pierwszy raz od 28. października zgarnia pełną pulę. Nie był to jednak porywający pojedynek, bo piłkarze dostosowali dziś grę do tragicznej pogody i murawy na stadionie przy Rychlińskiego.

Opis całego meczu można tak naprawdę sprowadzić do kilku zdań. Winę za mało akcji ofensywnych, dużo błędów i niecelnych zadań zwalić można w pełni na znajdującą się w fatalnym stanie z powodu opadów deszczu murawę. 

Trochę lepiej w piłkę wodną grał dziś ŁKS - w pierwszej połowie dwukrotnie groźnie strzelał Grzegorz Bonin, ale najpierw strzał efektownie obronił Richard Zajac, a później piłka minęła bramkę. Ze strony gospodarzy warto jedynie odnotować strzał Sebastiana Patejuka w 41. minucie z rzutu wolnego, który minął o metr bramkę ŁKS. Trzy minuty później jedną z nielicznych składnych akcji w tej części przeprowadzili łodzianie - Marek Saganowski po długim zagraniu Adama Gieragi wypuścił na wolne pole Wojciecha Łobodzińskiego, a ten po kilku krokach strzelił nie do obrony w górny róg bramki Podbeskidzia.

Jeszcze gorzej było w drugiej odsłonie. Mocniej zaczął ŁKS, ale strzał Łobodzińskiego z ostrego kąta na raty wybronił Zajac. Chwilę później dobrą okazję, i chyba najlepszą w całym spotkaniu, stworzyli sobie gospodarze. Sebastian Ziajka przegrał jednak pojedynek 1 na 1 z Pavle Velimiroviciem, co gorsza lądując po tym jeszcze w ogromnej kałuży. Do końca meczu oglądaliśmy już tylko serię głównie niegroźnych dośrodkowań i pojedynków w środku pola, poprzeplatanych małą ilością ładnych akcji. Piłka co chwilę albo zatrzymywała się w kałużach albo nabierała niespodziewanego poślizgu w najmniej oczekiwanym momencie. Trudno więc winić w tej sytuacji piłkarzy, ale warto zauważyć że to łodzianie lepiej dostosowali się do warunków na boisku - dużo częściej niż Podbeskidzie używali oni strefy boiska od strony trybuny odkrytej gdzie wody było mniej i to właśnie po akcji z tamtej strony padła jedyna bramka dzisiejszego pojedynku.

ŁKS zdobył dziś bardzo ważne trzy punkty. Nie tylko w kontekście walki o utrzymanie, ale także z powodu morale, które z pewnością wzrosną w zespole. Doświadczenia i dobrych piłkarzy duet Pyrdoł-Świerczewski ma pod dostatkiem, ale czasami brakowało zawodnikom z Łodzi po prostu szczęścia vide mecz z Zagłębiem. W przypadku tego meczu wydaje się, że największym szczęściem było mokre boisko, na którym kompletnie nie radziło sobie Podbeskidzie i wystarczyła jedna akcji, aby przywieźć z Bielska komplet punktów.   

via Tylko Piłka

sobota, 24 marca 2012

Lechia lepsza, ale wciąż bez wygranej na wiosnę

Fot. lechia.pl
Beniaminek niczym rasowy bokser wypunktował doświadczoną Lechię wykorzystując wszystkie błędy gospodarzy i wygrywając w stosunku 3-2. Emocjonujące spotkanie gdańszczanie mogliby wygrać, gdyby wykazali się większą konsekwencją i skutecznością pod bramką Bąka, bo okazji ku temu nie brakowało.

Lechia na zdobycie pełnej puli punktów czeka od czterej miesięcy i trudno dziwić się, że do tego spotkania piłkarze znad morza przystąpili z wielką koncentracją i wolą zwycięstwa. Porażka Cracovii i ŁKS dodatkowo pozwalała na zwiększenie przewagi nad strefą spadkową. 

Kosecki wyprowadza Lechię na prowadzenie
Gospodarze starali się więc od pierwszych minut narzucić swój styl gry Góralom i pierwsi zaatakowali, ale niespodziewanie to podopieczni Roberta Kasperczyka otworzyli wynik - w 8. minucie dośrodkowanie Lirana Cohena z rzutu rożnego celną główką zakończył Robert Demjan. Chwilę później wynik podwyższyć mógł po indywidualnej akcji Sylwester Patejuk, ale jego strzał zatrzymał Wojciech Pawłowski. Mimo tych dwóch akcji to Lechia dłużej utrzymywała się przy piłce i na efekt nie trzeba było długo czekać. Niezdecydowanie obrońców Podbeskidzia wykorzystał Jakub Kosecki i ładnym strzałem z dystansu pokonał wychowanka Zielono-Białych Mateusza Bąka. Lechia nie zwolniła tempa i kilka minut później w słupek trafił Abdou Traore, a w 38. minucie drugą bramkę po kuriozalnych błędach defensywy gości strzelił Kosecki. Odpowiedź Podbeskidzia była błyskawiczna - minutę później po akcji Demjana ręką w polu karnym zagrał Krzysztof Bąk i sędzia Huberta Siejewicz bez wątpliwości wskazał na wapno. Pewnym egzekutorem został Patejuk, a wynik 2-2 do przerwy już się nie zmienił.

Bąk i Rogalski -  byli gracze Lechii, dziś w Bielsku
Początkowe kilkanaście minut drugiej odsłony ani trochę nie przypominało emocjonującej pierwszej części. Zawodnicy obu drużyn grali statycznie i rzadko atakowali, a najgroźniejszą okazję miał Łukasz Surma i Ivans Lukjanovs, kiedy mocno uderzył metr obok słupka Bąka. Po tej akcji Łotysza goście wyprowadzili decydujący, jak się później okazało, cios - Patejuk po indywidualnej akcji na prawym skrzydle wyłożył piłkę niepilnowanemu Demjanowi, a ten ze spokojem pokonał Pawłowskiego. Po raz drugi Podbeskidzie wyszło w Gdańsku na prowadzenie i po raz kolejny dość nieoczekiwanie, w momencie gdy przewagę miała Lechia. Gospodarze mieli jeszcze kilka sytuacji, żeby chociaż wyrównać stan meczu, ale dwukrotnie dogodnej okazji nie wykorzystał najlepszy na boisku Kosecki, a po razie pomylił się Traore i Deleu.

Lechia jak najbardziej mogła to spotkanie wygrać i powinna to zrobić. Zabrakło szczęścia, koncentracji i  w decydującym momencie doświadczenia Jakuba Koseckiego. Druga sprawa, że większość groźnych sytuacji gdańszczanie stwarzali po stałych fragmentach lub po fatalnych błędach obrony gości, którzy sprezentowali oba gole i słupek Traore. Podbeskidzie potwierdziło tezę o swej skuteczności po stałych fragmentach oraz kontrach i trzema punktami zdobytymi w Trójmieście chyba zapewniło sobie ekstraklasowy byt w następnym sezonie. Walczyć o niego będzie natomiast Lechia, ale patrząc na dzisiejszym mecz, gdy była po prostu lepsza, trudno uwierzyć, żeby ich zła passa nie odmieniła się w kolejnych spotkaniach - następna okazja za tydzień w Bełchatowie.


via Tylko Piłka

niedziela, 18 marca 2012

Górale pokazali charakter

Cztery stałe fragmenty i cztery bramki - tak w skrócie można opisać mecz w Chorzowie, w którym Ruch zremisował z Podbeskidziem 2-2. Gospodarze na własne życzenie zmarnowali świetną okazję, żeby do liderującej Legii zbliżyć się na trzy punkty, z kolei Podbeskidzie przełamało się po dwóch porażkach z rzędu.

Po pierwszej połowie wydawało się, że nic nie przeszkodzi Niebieskim w odniesieniu zwycięstwa. Podopieczni Waldemara Fornalika w pełni kontrolowali grę, często atakując bramkę Richarda Zajaca i oddając groźne strzały. To jednak goście, którzy w porównaniu z zeszłotygodniowym meczem z Legią mieli całkowicie przemeblowany skład (brak w pierwszym składzie m.in. Sylwestra Patejuka, Łukasza Mierzejewskiego czy Roberta Demjana), pierwsi groźnie zaatakowali. Do centry z rzutu wolnego Lirana Cohena doszedł niepilnowany Ondrej Sourek, ale w doskonałej sytuacji nie trafił czysto w piłkę. Trzy minuty później Ruch strzelił pierwszą bramkę - o ile pierwsze dośrodkowanie Markowi Zieńczukowi nie wyszło, to poprawka trafiła wprost pod nogi nabiegającego Arkadiusza Piecha, który trafia do siatki. W 25. minucie było już 2-0, a pierwszą bramkę w sezonie strzelił Łukasz Janoszka, który po rzucie rożnym Zieńczuka i dzięki przytomnemu zachowaniu się Piotra Stawarczyka strzałem z powietrza nie dał szans Zajacowi. Po drugiej bramce Ruch nabrał wiatru w żagle kilkukrotnie groźnie atakując i przeprowadzając składne oraz efektowne akcje. Swoje szanse miał jeszcze Piech, Zieńczuk, a także Maciej Jankowski, którego strzał (znowu po stałym fragmencie Zieńczuka!) sprzed linii bramkowej wybił Bartłomiej Konieczny. Szybko na niekorzystną sytuację na boisku zareagował trener Podbeskidzia Robert Kasperczyk zdejmując z boiska destrukcyjnie nastawionego Mateja Nathera i zastępując go ofensywnym Patejukiem, jeszcze w trakcie pierwszej odsłony meczu. Miało to rozruszać anemicznie grających Górali, którzy byli tłem dla bardzo dobrze prezentujących się Niebieskich - nikt spośród osób zasiadających przed telewizorem i na stadionie nie pomyślałby wtedy, że Podbeskidzie podniesie się z kolan. Bardziej prawdopodobna była wizja blamażu bielszczan podobnego do tego z 2. kolejki, kiedy GKS Bełchatów wpakował im piłkę do siatki sześć razy.

Jednak w drugiej połowie ataki Ruchu zdecydowanie straciły nieco animuszu. Ponownie na listę strzelców próbował wpisać się Janoszka, a Zieńczuk ciągle straszył po stałych fragmentach - tym razem po bezpośrednim uderzenie z rzutu wolnego, kiedy zmierzającą w światło bramki piłkę odbił Ivan Curic. I właśnie zmiana bezproduktywnego Chorwata okazała się kluczowa dla tego spotkania, bo gdy na jego miejsce wszedł Demjan gra bielszczan w ataku zaczynała wyglądać trochę lepiej. To po dwóch faulach na tym zawodniku padły oba gole dla beniaminka. Najpierw w 69. minucie naciskany przez jednego z zawodników gości Rafał Grodzicki trafił do własnej siatki, a dwanaście minut później w polu karnym ponownie sam został Sourek, który tym razem skierował piłkę do bramki. W obu przypadkach asystą popisał się rozgrywający dobre zawody Cohen. Ostatnie minuty to już zmasowany napór Ruchu, który mógł dać efekt w ostatniej sytuacji spotkania, ale Stawarczyk mając przed sobą jedynie Zajaca posłał piłkę obok bramki gości.

Wynik 2-2 nie oznacza wcale zdobycie punktu przez Niebieskich, ale stratę dwóch. Swoiste zwycięstwo odnieśli zawodnicy Podbeskidzia, którzy dzięki swojemu charakterowi zdołali w końcówce zdobyć dwa trafienia oddając w dodatku tylko jeden celny strzał na bramkę Peskovicia. Za tydzień do Chorzowa przyjeżdża mistrz kraju Wisła Kraków, a Górali czeka długi wyjazd do Gdańska na mecz z tamtejszą Lechią.

via Tylko Piłka

sobota, 10 marca 2012

Udany rewanż Legii

Fot. K. Dzierżawa/ts.podbeskidzie.pl
Po niezbyt emocjonującym widowisku Wojskowi wywożą z Bielska-Białej trzy punkty, a jedyną bramkę zdobył świetny Rafał Wolski. Zwycięstwo mogło być bardziej okazałe, ale pod koniec spotkania Danijel Ljuboja nie wykorzystał rzutu karnego.

Drużyna Macieja Skorży do Bielska przyjechała jako świeżo upieczony lider Ekstraklasy i zespół, który w dwóch ostatnich spotkaniach najpierw zdemolował Śląsk we Wrocławiu, a tydzień temu nie dał szans ŁKS-owi Łódź. W dodatku ciągle w pamięci mieli nieoczekiwane zwycięstwo Podbeskidzia przy Łazienkowskiej jesienią i pałali żądzą rewanżu. Z kolei Górale po świetnym początku rundy rewanżowej fatalnie zaprezentowali się w Kielcach i w meczu z Legią chcieli pokazać, że był to tylko wypadek przy pracy najbardziej walecznej drużyny w Ekstraklasie.

To właśnie podopieczni Roberta Kasperczyka pierwsi oddali groźny strzał na bramkę rywala. Dariusz Łatka krótko rozegrał rzut rożny z Maciejem Rogalskim i uderzył z 25 metrów, ale Dusan Kuciak wyciągnął się jak struna i koniuszkami palców wybił piłkę poza boisko. Na tym praktycznie zakończyła się aktywność ofensywna Podbeskidzia, które miało problem z wymieniem kilku celnych podań i oddało pole gry Legionistom. Chwilę po akcji Łatki nastąpiła odpowiedź Legii, ale strzał Wawrzyniaka po wymianie podań z Wolskim zablokował Bartłomiej Konieczny. Swoje okazje w pierwszej części miał także Ljuboja, ale piłka kropnięta z wolnego minęła o metr słupek Richarda Zajaca, a kilka minut później jego uderzenie z linii pola karnego złapał golkiper z Bielska. Bramki kibice doczekali się w 45. minucie, a całą sytuację zapoczątkowali złym rozegraniem rzutu wolnego zawodnicy Podbeskidzia. Długim podaniem z własnej połowy uruchomiony został Wolski, który najpierw wygrał pojedynek z Łukaszem Mierzejewskim, później nie zląkł się wybiegającego daleko Zajaca, by na końcu przepchnąć Juraja Dancika i efektownym lobem trafić do pustej bramki. Prowadzenie Legia objęła w idealnym momencie, dając równocześnie nadzieję na ciekawsze niż miało to miejsce w pierwszej połowie widowisko.

fot. Woytek/legionisci.com
Niestety, ani bramka ani ofensywne roszady Roberta Kasperczyka (wprowadzenie Piotra Malinowskiego, a później Ivana Curicia i Adriana Sikory) nie zmieniły obrazu gry. Nadal piłkarzom obu drużyn rzadko udawało się stworzyć klarowną sytuację, niezbyt często mieliśmy także możliwość oglądania strzałów na bramkę rywala. Najlepszą okazję miał w 76. minucie wprowadzony po przerwie Miroslav Radovic, ale jego uderzenie obronił Zajac. Po stronie gospodarzy warto odnotować jedynie strzał z dystansu Malinowskiego, który nie sprawił jednak żadnych problemów Kuciakowi. Na siedem minut przed końcem regulaminowego czasu gry wprowadzony chwilę wcześniej Michał Żyro zdecydował się na dynamiczne wejście w pole karne, ale powalony został przez Marka Sokołowskiego i poprawnie prowadzący zawody sędzia Paweł Pskit bez cienia wątpliwości wskazał na wapno. Do piłki podszedł Ljuboja, ale nie zdołał jedenastki zamienić na dziesiątą bramkę w sezonie - jego strzał na dwa tempa wyłapał bez problemu Zajac. Po niewykorzystaniu takiej okazji przez Wojskowych trudno było wierzyć, że cokolwiek się jeszcze przy Rychlińskiego wydarzy i ani anemicznie grająca ale w pełni kontrolująca sytuację na boisko Legia, ani tym bardziej nie mające pomysłu na grę Podbeskidzie nie zmieniło wyniku. Nudne spotkanie zakończyły jeszcze przepychanki zawodników obu drużyn, po których żółte kartki zobaczyli Żewłakow, Astiz i Curic.

Status quo został zachowany i Legia utrzymuje się na szczycie Ekstraklasy, wespół ze Śląskiem. Wrocławianie podejmują jednak w niedzielę waleczną Koronę i jakakolwiek ich strata punktowa pozwoli coraz wygodniej rozsiąść się podopiecznym Macieja Skorży na fotelu lidera. Za to Podbeskidzie po świetnym początku rundy rewanżowej po raz drugi z rzędu schodzi z boiska na tarczy i bardzo ciężko będzie przerwać tę serię za tydzień, kiedy pojedzie do Chorzowa na mecz ze znajdującym się w bardzo dobrej formie Ruchem.

via Tylko Piłka

PS.

piątek, 2 marca 2012

Górale kolejną ofiarą Scyzoryków

Fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta
Rewelacyjnemu wiosną Podbeskidziu nie udało się odnieść piątego z rzędu zwycięstwa, bo lepsza, i to o wiele, okazała się kielecka Korona. Mecz rozstrzygnął się praktycznie w pierwszych dwudziestu minutach, po których gospodarze prowadzili już 2-0. 

Od początku meczu największe zagrożenie ze strony Korony płynęło po dośrodkowaniach. O ile w dziesiątej minucie Macieja Korzyma ubiegł jeszcze w polu karnym powracający po kartkowej absencji Marek Sokołowski, to cztery minuty później po rzucie rożnym cała defensywa Podbeskidzia była już bezradna. Centrę Pawła Sobolewskiego na krótki słupek wykończył ładnym strzałem Korzym, tym samym kończąc imponującą serię Richarda Zajaca - bramkarz gości nie wyciągał piłki z siatki od 380 minut. Niezbyt długo trzeba było czekać na kolejnego gola, którego na swoje konto zapisał Jacek Kiełb. Były pomocnik Lecha Poznań sprytnym strzałem piętą wykorzystał dośrodkowanie Pawła Golańskiego. Będący w szoku Górale mieli ogromne problemy ze zbudowaniem jakiejkolwiek groźnej akcji, notowali dużo strat i niecelnych podań - dość powiedzieć, że najgroźniejszy strzał oddał w czterdziestej minucie Sylwester Patejuk, ale uderzenie z rzutu wolnego w sam środek bramki nie mogło zaskoczyć doświadczonego Zbigniewa Małkowskiego. Korona grała spokojnie i dłużej utrzymywała się przy piłce, ale poważną okazję do podwyższenia wyniku miał jeszcze po kolejnym dośrodkowaniu Kiełb, którego zatrzymał jednak Zajac.

Drugą połowę obie drużyny rozpoczęły w niemal nie zmienionych składach, a jedynym nowym piłkarzem był Grzegorz Lech, który zmienił lekko kontuzjowanego Tomasz Lisowskiego. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut drugiej odsłony próżno było szukać jakichś groźniejszych sytuacji. Po jednej stronie okazję miał po ładnym rozegraniu z Korzymem Vlasimir Jovanović, ale piłkę z linii wybił Juraj Dancik, po drugiej bardzo niecelnie po rzucie wolnym huknął Liad Elmaleach. Na piętnaście minut przed końcem regulaminowego czasu gry do siatki trafił ponownie Korzym, ale sędzia Paweł Raczkowski dopatrzył się wcześniej przewinienia Lecha na Danciku. Później groźnie atakował Piotr Malinowski i dobrze dysponowany ostatnio Sebastian Ziajka, ale żaden z tych strzałów Górali nie znalazł drogi do siatki Małkowskiego. Pod sam koniec meczu dobrą okazję po centrze Ivana Curicia miał wprowadzony na boisko Marcin Rogalski, ale jego ni to strzał ni dośrodkowanie złapał golkiper Żółto-czerwonych. Korona spokojnie kontrolowała przebieg gry, rzadko atakując i skutecznie rozbijając ofensywne natarcia gości i dowiozła w ten sposób zwycięstwo do końca. Była drużyną dojrzalszą oraz lepszą i dała jasny sygnał, że zeszłotygodniowa wygrana w Krakowie z Wisłą nie było dziełem przypadku, a raczej wypadkową wysokiej formy, dobrego ustawienia i dużej woli zwycięstwa. Potwierdzić to może w następnym meczem z liderem z Wrocławia, z kolei Podbeskidzie czeka niezwykle ciężki pojedynek w Bielsku z będącą w gazie Legią.

via Tylko Piłka

sobota, 18 lutego 2012

3 razy 3, czyli Podbeskidzie w gazie

Fot. widzew.pl
Dość nieoczekiwanie Podbeskidzie wraca z Łodzi z kompletem punktów po skromnej wygranej 1-0. Górale przeskoczyli tym samym Widzew w tabeli, notując jednocześnie trzecie zwycięstwo z rzędu w rundzie rewanżowej.

Pierwszą okazję do wyjścia na prowadzenie beniaminek miał już w 4. minucie spotkania, kiedy Hachem Abbes zagrał ręką w polu karnym i sędzia Szymon Marciniak bez wątpliwości wskazał na wapno. Etatowy egzekutor jedenastek w zespole gości Sylwester Patejuk strzelił jednak równie mocno, co niecelnie i piłka po jego strzale poszybowała wysoko ponad bramką Macieja Mielcarza. Dziesięć minut później piłkarze Podbeskidzia ponownie stanęli przed ogromną okazją na pierwszą bramkę. Przypadkowo kilka metrów przed polem karnym piłkę przejął Robert Demjan i błyskawicznie uruchomił wychodzącego na czystą pozycję Marcina Rogalskiego. Doświadczony pomocnik przegrał jednak pojedynek z golkiperem gospodarzy. Odpowiedź Widzewa przyszła nad wyraz szybko - Okachi w trudnej sytuacji zdołał kopnąć futbolówkę po dośrodkowaniu z prawej strony, ale strzał okazał się minimalnie niecelny. Mimo że Widzew miał optyczną przewagę, to kolejną okazję stworzyli sobie zawodnicy Roberta Kasperczyka. Ponownie przed szansą stanął Rogalski, ale ani pierwszy strzał, który obronił Mielcarz, ani drugi po którym piłkę sprzed linii wybił Bruno Pinheiro nie znalazł drogi do siatki. 32-letni pomocnik zapewne długo jeszcze będzie wspominał te trzy niewykorzystane okazje z jednej tylko połowy spotkania z łódzką drużyną, zwłaszcza że dał się już poznać jako całkiem dobry snajper, gdy w sezonie 2007/08 w barwach Lechii Gdańsk udało mu się zdobyć aż jedenaście bramek. Nieco później jedyny strzał w tym spotkaniu oddał ustawiony na szpicy w drużynie gości Dejman, który urwał się obrońcom i oddał mocne uderzenie pod poprzeczkę, ale po raz kolejny Mielcarz nie dał się zaskoczyć. Widzew odpowiedział akcją Okachiego, który przewrócił się w dogodnej sytuacji w polu karnym, ale arbiter nie dopatrzył przewinienia Juraja Dancika oraz główką Mindaugasa Panki. Niesamowitym refleksem w tej sytuacji popisał się jednak Zajac i obie drużyny schodziły do szatni z zerowym dorobkiem strzeleckim - Widzew dłużej utrzymywał się przy piłce, ale to goście częściej i groźniej atakowali.

Fot. widzew.pl
Na drugą część meczu obie drużyny wybiegły w takich samych składach, ponownie też pierwsi zaatakowali gracze z Bielska-Białej i znowu główną rolę odegrali Rogalski z Mielcarzem. Ten pierwszy groźnie uderzył z ostrego kąta, Mielcarz piłkę wybił, a ta trafiła do Patejuka, który podobnie jak w przypadku feralnego rzutu karnego z początku spotkania posłał bombę daleko w trybuny. Lepiej nastawiony celownik urodzony w Warszawie zawodnik miał kilka minut później. Faulowany na 25 metrze był Dariusz Łatka, a bezpośrednio z rzutu wolnego kropnął Patejuk i piłka szczęśliwie dla niego poleciała akurat w to miejsce, w którym rozstąpił się mur Widzewa. Tym samym Mielcarz po raz pierwszy musiał wyjmować piłkę z siatki, ale próżno tu szukać jego winy. Po wyjściu na prowadzenie podopieczni Roberta Kasperczyka z mniejszym animuszem szturmowali bramkę gospodarzy, z kolei Widzew nie potrafił znaleźć sposobu na zbliżenie się do bramki Richarda Zajaca i oddanie groźnego strzału. Warta odnotowania jest jedynie akcja z 89. minuty, kiedy to po wrzutce Marcina Kaczmarka sytuacji nie zamknął Mariusz Stępiński i kilka minut później sędzia Marciniak zagwizdał po raz ostatni.

Mocno osłabiony Widzew (nieobecni to przede wszystkim para stoperów - Ukah i Bieniuk) nie potrafił rozgryźć dobrze  i ambitnie grającego Podbeskidzia. Goście atakowali częściej i groźniej i gdyby nie postawa Macieja Mielcarza wynik byłby na pewno wyższy. Łodzianie ograniczyli się do kilku ataków i nie powinni mieć do nikogo pretensji, że beniaminek ograbił ich dzisiejszego popołudnia z trzech punktów. Niestety, za tydzień nie będzie wcale łatwiej podopiecznym Radosława Mroczkowskiego, bowiem wybiegną na murawę przy ulicy Konwiktorskiej by zmierzyć się z walczącą o mistrza Polonią Warszawa. Rozpędzone Podbeskidzie podejmie ostatnie w tabeli lubińskie Zagłębie i nie jest wykluczone, że wspaniała wiosenna seria zwycięstw zostanie przedłużona.

via Tylko Piłka

sobota, 10 grudnia 2011

Przezimują w znakomitych humorach

Fot. Krzysztof Dzierżawa/www/ts.podbeskidzie.pl
Mało emocjonujące spotkanie zafundowali fanom piłkarze Podbeskidzia i GKS Bełchatów. Jedyną bramkę zdobył Sebastian Ziajka i dzięki temu Górale drugi raz z rzędu schodzili z boiska w glorii zwycięzców. Kto wie jednak, jak potoczyłby się ten mecz, gdyby nie kilka kontrowersyjnych decyzji sędziego.

Trudno w przypadku tego pojedynku nie odnosić się do spotkania z 2. kolejki rozgrywek T-Mobile Ekstraklasy. W sierpniu zawodnicy Bełchatowa rozbili gości aż 6-0, a znakomity występ zanotowali Jacek Popek, który ustrzelił hat-tricka, oraz Kamil Kosowski - poczwórny asystent. Mały rewanż piłkarze Podbeskidzie urządzili sobie w 1/16 Pucharu Polski, gdy bez problemu wygrali z GKS w stosunku 3-0, ale tamten mecz nijak miał się do dzisiejszego pojedynku. W piątkowy wieczór starli się bezpośredni rywale w walce o utrzymanie się w najwyższej lidze rozgrywkowej, więc każdy chciał zakończyć mecz z kompletem punktów.

Fot. Adam Michel/www.gksbelchatow.com
Lepiej w tym spotkaniu wystartowali podopieczni Roberta Kasperczyka, ale uderzenia Ziajki i Lirana Cohena minęły bramkę strzeżoną przez Łukasza Sapelę. Niedługo później Tomasz Wróbel przytomnie odegrał piłkę do Marcina Żewłakowa, który bez zastanowienia uderzył w stronę bramki. Futbolówka zatrzymała się na ręce Bartłomieja Koniecznego, ale mimo protestów gości sędzia Stefański nie zdecydował się przerwać gry. Po mocnym początku przez następne kilkadziesiąt minut z boiska wiało nudą. Przewagę miał Bełchatów, ale poza dłuższym utrzymywaniu się przy piłce nie wynikało z tego nic, aż do 25. minuty. Nie najlepiej w polu karnym zachował się Konieczny, ale z prezentu nie skorzystał Szymon Sawala trafiając z ostrego kąta w słupek. Po tej okazji gości próżno było szukać emocji aż do samego końca pierwszej połowy, a kibice ożywili się tylko w momencie gdy po nieco przypadkowej akcji Podbeskidzia w polu karnym powalony został Ziajka, ale i w tej sytuacji gwizdek sędziego się nie odezwał.

Na drugą część gry obie jedenastki wyszły w niemal nie zmienionych składach (kontuzjowanego Juraja Dancika zastąpił Ondrej Sourek), ale z zupełnie innym, bardziej ofensywnym, nastawieniem. W 54. minucie popis dał dotychczas praktycznie bezrobotny Łukasz Sapela, który najpierw obronił mocne kopnięcie Ziajki, później dobitkę Sylwestra Patejuka z najbliższej odległości, a na sam koniec zgarnął jeszcze piłkę sprzed nosa Robertowi Demjanowi. Tyle szczęścia nie miał jednak w następnej akcji ofensywnej gospodarzy, kiedy na powtórkę z poprzedniej kolejki z Białegostoku pokusił się dobrze dysponowany Ziajka i mierzonym strzałem trafił do siatki GKS-u. W międzyczasie podobnym uderzeniem popisał się Kamil Kosowski, jednak futbolówkę w tej sytuacji sparował na rzut różny Richard Zajac. Szybko na wydarzenia na boisku zareagował trener Kamil Kiereś wpuszczając na plac gry Dawida Nowaka oraz Pawła Buzałę. Siła rażenia Bełchatowian został wzmocniona jednak tylko teoretycznie, bo jedyne realne zagrożenie ze strony tej pary to główka Nowaka wprost w ręce Zajaca. Podbeskidzie ograniczało się w tym momencie do sporadycznych ataków i próbowało dużo spokojniej niż w pierwszej połowie rozgrywać piłkę. Dobrą sytuację na podwyższenie wyniku stworzył sobie Mariusz Sacha, ale sfinalizował ją koszmarnym strzałem w aut.

Fot. Adam Michel/www.gksbelchatow.com
W sen zimowy w dużo lepszych nastrojach zapadnie ekipa spod Szyndzielni. W dwóch pierwszych kolejkach rozgrywanych awansem z rundy wiosennej Podbeskidzie zdobyło komplet punktów i znacznie przybliżyło się do pozostania w gronie najlepszych zespołów z Polski. Z kolei GKS jeszcze nie wygrał w tym sezonie na wyjeździe i to wydaje się być największym problemem podopiecznych Kamila Kieresia. Strefa spadkowa niebezpiecznie blisko i w Bełchatowie powoli już zaczynają zapominać czasy, gdy klub walczył o najwyższe cele. Teraz zadaniem jest utrzymanie się i zatrzymanie w składzie Kamila Kosowskiego, który jest na dzień dzisiejszy największym zagrożeniem drużyny z województwa łódzkiego. Bez jego dokładnych dośrodkowań, mądrości i spokoju w grze, GKS miałby zdecydowanie mniej punktów niż ma teraz.

via Tylko Piłka        

niedziela, 4 grudnia 2011

Siła z gór!

Fot. Michał Kardasz/www.jagiellonia.net
Trzema punktami zdobytymi w Białymstoku zawodnicy Podbeskidzia rozpoczęli rundę rewanżową. Zwycięstwo 2-0 zapewnili Sebastian Ziajka i Mariusz Sacha.

W wyjściowych jedenastkach obu zespołów próżno było szukać dwóch największych asów. Zarówno Tomasz Frankowski w ekipie Jagiellonii, jak i Sylwester Patejuk z Podbeskidzia narzekali na drobne urazy i usiedli tym razem na ławkach rezerwowych. W ataku gospodarzy straszyć miał za to osamotniony Grzegorz Rasiak, który po kilkuletniej przerwie wraca na polskie boiska.

Pierwszą groźną okazję stworzyli sobie zawodnicy Czesława Michniewicza, ale po przytomnym wycofaniu piłki przez Tomasza Kupisza, Czarnogórzec Marko Ćetkovic pomylił się o metr. Kilka minut później dobrą okazję miał z drugiej strony boiska Robert Demjan, ale i on uderzył niecelnie. Kolejny sygnał, że Bielszczanie wcale nie przyjechali się tu bronić dał Liran Cohen - jego strzał z bliskiej odległości z najwyższym trudem odbił Tomasz Ptak. Niedługo potem padła pierwsza bramka dla Górali. Wszystko zaczęło się od łatwej straty na środku boiska Grzegorza Arłukowicza na rzecz Dariusza Łatki, który oddał futbolówkę Demjanowi. Piłka w rezultacie trafiła do Sebastiana Ziajki, który ładnym mierzonym strzałem z dystansu dał prowadzenie drużynie Roberta Kasperczyka. Do końca pierwszej połowy oba zespoły nie potrafiły zagrozić już bramce przeciwnika i dość nieoczekiwanie goście prowadzili po 45 minutach 1-0 z nadzwyczaj słabą "Jagą".

Fot. Marcin Onufryjuk/Agencja Gazeta
W przerwie trener Michniewicz dokonał aż trzech zmian, znacząco wzmacniając siłę ofensywną drużyny z Podlasia. Na murawie zameldował się m.in. najlepszy snajper Tomasz Frankowski. Nie zrobiło to większego wrażenie na Góralach, którzy kilka minut po wznowieniu gry mieli doskonałą okazję na podwyższenie wyniku, ale piłkę po główce rozgrywającego bardzo dobre zawody Ziajki odbił Ptak. Co się odwlecze to nie uciecze - w 56. minucie goście mogli cieszyć się już z dwubramkowego prowadzenia. W zamieszaniu w rogu pola karnego najlepiej odnalazł się Bartłomiej Konieczny i dokładnie dośrodkował do Mariusz Sachy. Pomocnik z Bielska-Białej na raty pokonał golkipera Jagiellonii, przy wybitnie biernej postawie Alexisa Norambueny. Trochę z rozpędu zawodnicy Podbeskidzia oddali potem w krótkim czasie jeszcze dwa strzały, ale ani Demjan ani Ziajka nie znaleźli drogi do bramki "Żółto-Czerwonych". W 64. minucie błąd popełnił dotychczas dobrze sędziujący w tym spotkaniu Paweł Gil. Nie dopatrzył się on ewidentnego faulu na Kupiszu w okolicach pola karnego - co więcej, ukarał piłkarza Jagi dodatkowo żółtym kartonikiem za symulowanie. Aktywny był także Rasiak, szczęścia próbował Burkhardt. Animuszu nie stracili jednak zawodnicy beniaminka. Groźne strzały zanotowali zmiennicy - Patejuk i Marcin Rogalski, a na skrzydle mocno aktywny był Piotr Malinowski. Do siatki trafił Demjan, ale sędzia słusznie dopatrzył się spalonego. Podbeskidzie spokojnie dowiozło prowadzenie do końca i tym razem nie dało sobie wyrwać zwycięstwa po początkowym prowadzeniu, tak jak miało to miejsce w poprzedniej kolejce w Warszawie.

Górale dzięki triumfowi przeskoczyli w tabeli słabą dzisiaj Jagiellonię. Najlepszym przykładem kiepskiej postawy gospodarzy niech będzie ilość strzałów na bramkę - 11 do 23 na korzyść gości. W ostatniej w tym roku, ale granej awansem drugiej kolejce rundy wiosennej, Podbeskidzie gościć będzie przy Rychlińskiego GKS Bełchatów i spróbuje odpłacić się za upokarzającą porażkę 6-0 z początku sezonu. Z kolei piłkarze Czesława Michniewicza pojadą do Gdańska na trudny mecz ze znajdującą się bezpośrednio pod nią Lechią Gdańsk. W przypadku kolejnej utraty punktów, w Białymstoku szykuje się ciężka zima, a po niej najprawdopodobniej walka o utrzymanie ekstraklasowego bytu. Na powtórzenie sukcesu z poprzedniego sezonu i pozycję zaraz za podium nie ma chyba już co liczyć.

via Tylko Piłka

wtorek, 22 listopada 2011

Poznańska lokomotywa nie ruszyła

Fot. Krzysztof Dzierżawa/www.ts.podbeskidzie.pl
Kolejorz nie przełamał się w Bielsku-Białej i po raz czwarty z rzędu kończy mecz bez gola na koncie. W ostatnim spotkaniu 14. kolejki T-Mobile Ekstraklasy Podbeskidzie zremisowało u siebie z Lechem 0-0, ale wynik nie satysfakcjonuje żadnej ze stron.

Mecz można podzielić na dwie części - przed wejściem na murawę Stilicia oraz Rudneva i po zameldowaniu się ich na placu gry. Dopiero gdy dwie największe indywidualności Kolejorza pojawiły się na boisku gra podopiecznych Jose Bakero w ofensywie zaczęła się kleić. Wcześniej goście nie potrafili stworzyć groźnej sytuacji przed bramką Richarda Zajaca. Pierwszy raz w światło bramki golkipera Górali strzał oddał Jakub Wilk w 28. minucie, ale podobnie jak w słynnej swego czasu radzieckiej bajce dla dzieci i tym razem Zajac był górą w pojedynku z Wilkiem. Dużo groźniejsze sytuacje stwarzali sobie gospodarze, którzy bez kompleksów raz za razem szturmowali bramkę Buricia. Najbliżej gola dla Podbeskidzia było po strzałach dwóch Słowaków - najpierw Matej Nather o włos pomylił się po potężnym uderzenie z 30 metrów, a później Robert Demjan posłał piłkę tuż obok spojenia bramki Lecha.

W drugiej odsłonie gry pierwszy groźny atak przeprowadzili piłkarze beniaminka, ale Sebastian Ziajka po minięciu w polu karnym Huberta Wołąkiewicza nie zdecydował się na strzał z ostrego konta i piłkę posłaną wzdłuż bramki przejęli defensorzy z Poznania. Ich niefrasobliwość miał szansę wykorzystać także Liran Cohen, ale uderzył piłkę wprost w ręce Buricia. Kilka minut później na boisku zaczęła się już powoli rysować przewaga Lecha, a prym wiodła wprowadozna para Stilić-Rudnev. Ten pierwszy dał znać o swych nieprzeciętnych umiejętnościach po raz pierwszy w 68. minucie, ale z bliska nie trafił w bramkę, podobnie jak trzy minuty przed końcem regulaminowego czasy gry po dośrodkowaniu Toneva i strzale głową. Dwie sytuacje zmarnował również młody Mateusz Możdżeń. W samej końcówce mocno nacisnęli gospodarze, którzy praktycznie nie wychodzili z połowy Kolejorza, ale z ich atakami dobrze radzili sobie obrońcy gości.

Fot. Tomasz Fritz/Agencja Gazeta
W stojącym na wysokim poziomie pojedynku drużyny wielkich ligowych indywidualności z najbardziej waleczną ekipą w lidze padł zasłużony remis. Lech nadal nie potrafi odnieść zwycięstwa i niepokojąco oddala się od czołówki T-Mobile Ekstraklasa. Poznaniaków czeka teraz maraton meczów na własnym stadionie, z których pierwszy w niedzielę z Widzewem. Z kolei Górale kolejnych ważnych w kontekście utrzymania w lidze oczek będą szukali w Warszawie na Konwiktorskiej. Kto wie być może podopieczni Roberta Kasperczyka sprawią kolejną sensację i urwą punkty kolejnemu po Legii, Wiśle i Lechu potentatowi? Już raz pokazali, że stolica im leży...

via Tylko Piłka

sobota, 22 października 2011

"Tradycji" stało się zadość

Fot. Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl
Zgodnie z oczekiwaniami Śląsk wygrywa we Wrocławiu z Podbeskidziem 1-0 po bramce Celebana. Jednak gdyby nie kiepsko nastawione celowniki "Górali", mecz mógłby zakończyć się zupełnie innym wynikiem.

Śląsk, zespół z aspiracjami sięgającymi mistrzostwa Polski, nie mógł pozwolić sobie na jakąkolwiek stratę punktową z spotkaniu z beniaminkiem z Bielska-Białej. Za to Podbeskidzie jechało do stolicy Dolnego Śląska z nadzieją na zdobycie chociażby jednego punktu, który byłby bardzo ważny w kontekście utrzymania się w lidze. Zupełnie inne cele, spora różnica w doświadczeniu i ograniu w lidze, a mimo to spotkanie było wyrównane i obfitujące w sytuacje strzeleckie dla obu stron.

Po sześciu minutach swą obecność zaakcentowali piłkarze z Bielska, ale uderzenie Dariusza Łatki z rzutu wolnego obronił Marian Kelemen. Kilkanaście minut później pierwszą okazję do bramki miał Śląsk, jednak ani pierwsze uderzenie Sebastiana Mili, ani nawet błyskawiczna poprawka nie znalazły drogi do siatki Richarda Zajac. Co nie udało się wtedy, udało się w 22. minucie. Piłkę z rzutu wolnego wrzucił Mila, ta została za krótko wybita przed pole karne. Dopadł do niej Łukasz Madej, który zdecydował się na uderzenie z powietrza. Ze strzału wyszło podanie do Omara Diaza, ten mocno kopnął futbolówkę wzdłuż bramki bielszczan, a tam czekał już Piotr Celeban. Dla 26-letniego obrońcy to już trzecie trafienie w bieżącym sezonie. Odpowiedź gości była błyskawiczna, ale świetnego podania Sylwestra Patejuka nie potrafił na bramkę zamienić Liran Cohen, który z kilku metrów niepilnowany przestrzelił. Kontrowersyjną, ale słuszną, decyzję prowadzący mecz Dawid Piasecki podjął na dziesięć minut przed zakończeniem pierwszej połowy, kiedy piłka przypadkowo trafiła w rękę znajdującego się w polu karnym Górkiewicza.

W 57. minucie kolejną znakomitą okazję do wyrównania mieli goście. Do piłki dośrodkowanej przez Patejuka dopadł Juraj Dancik, ale jego strzał z czterech metrów obronił instynktownie Kelemen. Kilka minut później popis dał jego kolega po fachu z Podbeskidzia. Przed polem karnym piłkę wymienili szybko Mila z Madejem, ale strzał kapitalną paradą wybronił Zajac. Robert Kasperczyk postawił w tym momencie na jedną kartę - mimo, że na boisku znajdowali się już odpowiedzialni w pełni za ofensywę Cohen i Demjan, on desygnował na plac gry kolejnych napastników. Jednak ani Sikora, ani Ziajka, ani nawet najlepszy strzelec drużyny w poprzednim sezonie Cieśliński nie potrafili trafić do bramki Śląska. Ten ostatni miał ku temu idealną okazję po nieporozumieniu Celebana i Kelemena, ale będąc kilka metrów od praktycznie pustej bramki nie trafił w piłkę w ostatniej minucie doliczonego czasu gry. Śląsk końcówkę meczu zagrał spokojnie, sporadycznie atakując, a najlepsza okazję do podwyższenia wyniku miał Rok Elsner po ładnym kontrataku. Warto odnotować powrót na boisko po długiej przerwie Przemysława Kaźmierczaka. Wysoki pomocnik mógł nawet zdobyć bramkę, ale jego główkę po kornerze wyłapał Zajac.

Sensacji nie było i po raz drugi w ciągu tygodnia Śląsk pokonał Podbeskidzie w stosunku 1-0. Obie drużyny stworzyły dość ciekawe i wyrównane widowisko, ale kto wie jak potoczyłyby się losy meczu gdyby "Górale" byliby bardziej skuteczniejsi pod bramką dolnoślązaków, a wtedy być może pierwsze w historii punkty wydarte Śląskowi we Wrocławiu stałyby się faktem. Doświadczenie oraz ogranie wzięło górę i podopieczni Lenczyka w swym pożegnalnym meczu przy Oporowskiej nie zawiedli kibiców. Następny pojedynek z Lechią rozegrają już na nowym obiekcie, a bielszczan czeka wycieczka do Krakowa na mecz z Wisłą.

via Tylko Piłka

wtorek, 18 października 2011

Podbeskidzie za burtą Pucharu Polski

Fot. K. Dzierżawa/ts.podbeskidzie.pl

Nie będzie powtórki z poprzedniego sezonu, kiedy to piłkarze Podbeskidzia sprawili niemałą sensację awansując do półfinału Pucharu Polski. Pogromcę znaleźli w Śląsku Wrocław, a gola na wagę ćwierćfinału zdobył Johan Voskamp.

Obie jedenastki wybiegły na boisko w mocno zmienionych, w porównaniu do weekendowej kolejki T-Mobile Ekstraklasy, składach. W drużynie z Dolnego Śląska dużym zaskoczeniem był brak w podstawowym składzie Mariana Kelemena, a w ataku miał straszyć osamotniony Johan Voskamp, który w Bełchatowie wszedł dopiero po przerwie. W środku pola brakowało chorego Dariusza Pietrasiaka. Z kolei trener „Górali” Robert Kasperczyk na plac gry od pierwszej minuty desygnował Piotra Malinowskiego i Sławomira Cienciałę, którzy w pojedynku ligowym z Cracovią weszli z ławki, a także nieobecnych w tamtym spotkaniu m.in. Adama Cieślińskiego, Frantiska Metelkę, Ondreja Sourka czy Michała Osińskiego.

Obraz gry w pierwszej połowie przypominał sinusoidę – więcej z gry i lepsze sytuacje mieli goście, ale ich akcje przeplatane były atakami Podbeskidzia, który dotrzymywał kroku wiceliderowi tabeli. Dwie dobre sytuacji wrocławianie mieli już w pierwszych dziesięciu minutach pojedynku, ale ani Ćwielongowi ani Voskampowi nie udało się trafić do siatki Richarda Zajaca. Słowak popisał się szczególnie swoimi umiejętnościami po uderzeniu z dystansu Roka Elsnera, efektownie parując go na rzut rożny. Wygląda na to, że Zajac zdążył już zapomnieć o niezbyt fortunnym początku rundy i jest na dobrej drodze do powrotu do formy z poprzedniego sezonu. Podbeskidzie odpowiedziało dwa razy za pomocą strzałów Ziajki, ale żaden z nich (w drugim przypadku piłkę z linii bramkowej wybił Marek Wasiluk) nie był skuteczny. Warto odnotować, że do siatki Śląska trafił Adama Cieśliński, ale w tej sytuacji sędzia słusznie dopatrzył się spalonego i bramki nie uznał.

O ile pierwsze 45 minut pełne było sytuacji strzeleckich po obu stronach i zwrotów akcji, to drugą odsłonę pojedynku trzeba uznać za co najwyżej średnie widowisko. Mocno zaczęli bielszczanie za sprawą zaskakującego uderzenia Sławomira Cienciały, który oddał niesygnalizowany strzał spod linii bocznej boiska. Piłka jednak nie tylko przeleciał za kołnierz Rafała Gikiewicza, ale także za jego bramkę i kapitan „Górali” musiał obejść się smakiem. Odpowiedź z obozu Śląska przyszła błyskawicznie – niezawodny Sebastian Mila długim podaniem uruchomił , ten zwiódł w polu karnym Bartłomieja Koniecznego i uderzył nad Robertem Zajacem. Błąd w tej sytuacji popełnił defensor Podbeskidzia, który zbyt łatwo dał się oszukać Holendrowi, a ten nie zwykł takich okazji marnować. Realna okazja na podwyższenie wyniku pojawiła się dopiero pod sam koniec spotkania., kiedy po niezłym podaniu wprowadzonego w 73. minucie Łukasza Madera Piotr Ćwielong uderzył z pierwszej piłki na bramkę bielszczan. Strzał na słupek sparował Zajac, który zdążył jeszcze ubiec spieszącego z dobitką Sebastiana Milę. Były zawodnik Austrii Wiedeń także miał swoją sytuację bramkową – próba lobu zakończyła się jednak niepowodzeniem, tak samo jak późniejsze uderzenie Roka Elsnera. Podopieczni Roberta Kasperczyka w tej części gry nie pokazali praktycznie niczego wartościowego i nie zmieniła tego nawet bramka Voskampa i brak perspektywy odrobienia wyniku w rewanżu.

Pierwsza runda pojedynku bielsko-wrocławskiego dla Śląska, który w przebiegu całego spotkania był zespołem lepszym, częściej i groźniej atakującym. Vendettę „Górale” mogą wziąć już w najbliższą sobotę, kiedy obie jedenastki wybiegną na boisko przy Oporowskiej by walczyć o ligowe punkty.

Skrót meczu.

via Tylko Piłka

niedziela, 3 października 2010

Dokąd idzie Podbeskidzie?

Radosc pilkarzy z Bielska po kolejnym zwyciestwie w lidze.
Zamysł tego wpisu powstał w mojej głowie jakiś nieokreślony, dłuższy czas temu jednak z jakiegoś dziwnego powodu dopiero dziś siadłem i to pisze. Może podświadomie, z własnego l*nistwa i braku czasu, czekałem aż temat się zdeaktualizuje ale się na to nie zapowiada bo Podbeskidzie po raz kolejny schodzi z boiska w glorii zwycięzcy. Zespół z Bielska-Białej powoli acz systematycznie zbliża się do awansu do ekstraklasy.

Samo spotkanie nie należało do wybitnych widowisk - ot, mecz na poziomie pierwszej ligi, dużo walki a mało piękna futbolu znanego z telewizyjnych transmisji, zresztą chyba mało która osoba z obecnych na stadionie przy ulicy Rychlińskiego nastawiała się na porywające widowisko. Gwoli ścisłości - ekipa gospodarzy mierzyła się z ostatnim w tabeli Dolcanem z podwarszawskich Ząbek. Mimo tego, że obie drużyny znajdowały się na przeciwległych biegunach tabeli, wielkiej różnicy w umiejętnościach na boisku nie zaobserwowałem. Początek pierwszej połowy zdecydowanie należał do Górali (dwie znakomite sytuacje - Patejuk i Koman), później zawody się wyrównały a po zmianie stron na krótki czas przewagę miał Dolcan, by po kilkunastu minutach znowu mecz ograniczał się do walki w środku boiska. Ani Podbeskidzie ani Dolcan nie zasługiwał w tym momencie na wygraną, jednak dwie bramki Bielszczan, najpierw Cieślińskiego z karnego i Malinowskiego po ładnej akcji, sprawiły, że 3 punkty zostały w Bielsku. Status quo został zachowany, TSP kolejny już tydzień spędzi na fotelu lidera I ligi, a Dolcan pozostaje czerwoną latarnią, z tylko jednym punktem na koncie.

Co stoi za znakomitą forma Podbeskidzia w tym sezonie? Czy faktycznie zespół ma szansę na wejście do ekstraklasy i wytrzyma na premiowanym awansem miejscu do końca rozgrywek? Zawsze trudno się odpowiada na tego typu pytania bo nijak nie da się tego sprawdzić, jednak można z dużym prawdopodobieństwem określić chociaż kilka czynników stojących za świetną formą podopiecznych Roberta Kasperczyka. Zacznijmy właśnie od trenera, postaci bez imponującego CV ale młodej i ambitnej. Wydawało się, że lepiej niż z Marcinem Broszem być nie może ale Kasperczyk pokazał, że jest to jak najbardziej realna wizja. W końcu udało się zbudować wyrównaną drużynę, z tradycyjnie silną defensywą ale także z solidną pomocą i kilkoma bramkostrzelnymi napastnikami, których po pozbyciu się Chrapka brakowało pod Szyndzielnią. Zespół jest poukładany, bez gwiazd ale z solidnymi graczami. Włodarze Podbeskidzia już raz przejechali się na zatrudnianiu wielkich "piłkarzy" - pamiętny sezon 2004.05, gdy team z takimi osobistościami jak Kompała, Sibik, Pater, Dubicki i Żurkiem trenerem zakończył walkę na 5 miejscu. Wielkie wydatki na gaże jakie w tamtym czasie były w Bielsku odbijały się czkawką przez kilka następnych lat. Przechodząc zgrabnie do włodarzy, nie należy zapomnieć, że odcięli się oni całkowicie od zarzutów korupcyjnych z dawnych lat a klub jest w pełni wypłacalny i poukładany należycie, co również wpływa na wyniki. Od nich głównie zależy kibicowska miłość - gdy są poniżej oczekiwań, stadiony świecą pustkami a w przypadku zwycięstw na obiekcie ciężko znaleźć wolne krzesełko. Chociaż każdy zdawał sobie sprawę, że obycie w drugoligowych bataliach i słabość rywali daje sporą szansę na awans, nie trąbiono na cztery strony świata o czekającym nas awansie i zawodnicy w spokoju mogli przygotowywać się do rundy jesiennej. Być może krzepiąco na wszystkich działa także fakt, że w niedalekiej przyszłości doczekamy się stadionu z prawdziwego zdarzenia dla Bielska.

Jak będzie to się jeszcze okaże, mnie osobiście marzy się awans Podbeskidzia i Sandecji, tak podpowiada góralskie serce ale rozum każe bacznie przyglądać się także ŁKSowi Łódź, Flocie Świnoujście i Piastowi Gliwice. Na razie jest dobrze i odpowiadając na zadane w tytule pytanie - idzie do ekstraklasy!

PS. Dobrze dzieje się także w innym bielskim zespole - BKS Stal Bielsko lideruje wraz ze Skałką Żabnica opolsko-śląskiej grupie III ligi i być może w czerwcu doczekamy się dwóch awansów.