Pokazywanie postów oznaczonych etykietą soul. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą soul. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lutego 2012

C2C - Down The Road EP [2012]


Minął miesiąc od premiery tej płytki, a ja ciągle zbieram szczękę z podłogi i nie mogę wyjść z podziwu nad kunsztem czwórki sympatycznych Francuzów. "Down The Road" jest prawdziwą definicją turntablismu i dobrej muzyki.

Słowem wstępu - o ile coś tam wiem o rapowaniu, to DJ-ing (pozostałe fundamentu kultury hip-hop zresztą też, siara jak siemasz) jest mi obcy jak Bundesliga Mateuszowi Klichowi. Niby się gdzieś w pobliżu przewija, ale tak naprawdę nigdy nie miałem przyjemności się zagłębić w tę dziedzinę. I pewnie w życiu bym nie sprawdził "Down The Road", gdyby nie moja wielka miłość do Hocus Pocus, francuskiego zespołu będącego mixem tego co najlepsze w czarnej muzyce - hip-hopu, soulu i jazzu. Liderem kolektywu z Nantes (ich album "16 Pieces" wybrałem na najlepszą płytę 2010 roku) jest 20Syl, którego za deckami wspomaga Greem. Obaj panowie, łącząc siły z Atomem i Pfelem z Beat Torrentz, stworzyli C2C - DJ-ską supergrupę, która cztery razy z rzędu stawała na najwyższym stopniu podium Mistrzostw Świata w turntabliśmie.

"Down The Road" to nie jest płyta, jaką teoretycznie moglibyśmy się spodziewać po czwórce DJ-ów. Nie jest typowym albumem opartym na scratchach, dużo jest innych dźwięków takich jak skrzypce, trąbki, gitara, harmonijka i wiele innych, trudnych do rozszyfrowania. Są świetne melodie wspomagane wokalami, ale znalazło się także miejsce dla nieco mrocznego i tajemniczego "F·U·Y·A". Singiel ten, w połączeniu z teledyskiem, klimatem powala na nogi i daje w pysk, a tego co dzieje się w tym momencie tego kawałka odsłuchanego na dobrym sprzęcie nie da się opisać. Moją drugą największą perełką tego materiału jest "Arcades", zróżnicowany i wielowarstwowy majstersztyk ze świetnym refrenem.

Najlepiej niech tę płytę obrazuje fakt, że jej jedyną, ale za to OGROMNĄ wadą jest jej długość. Niby to tylko EP-ka, ale mimo wszystko pół godziny to stanowczo za mało. Zwłaszcza, że tytułowy kawałek występuje tu dwukrotnie, bo na końcu znajdziemy jeszcze nieco klubowy remix Irfane z Outlines - kolejnej arcyciekawej grupy rodem z Francji. Na szczęście jest jeszcze przycisk "repeat", już niestety nieco wyrobiony przez C2C.

Całą płytę można przesłuchać w tym miejscu.

piątek, 13 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #13: Zagranica 2011 vol. 1

Zgodnie z zapowiedzią kontynuuję muzyczne wspomnienia roku poprzedniego. Polska muzyka za mną, teraz na warsztat biorę muzykę zagraniczną. Pobudki z powodu których akurat takie płyty się tu znajdują wyjaśniłem w odcinku z krajową muzyką. Poniższą listę, na której pomieszałem wszystkie gatunki od R&B, przez rap, po poprock, pozwoliłem sobie podzielić na dwie części po 12 propozycji. Płyty są oczywiście uporządkowane alfabetycznie więc nie ma się co cyferkami sugerować.

1. Adele - 21



Wahałem się czy ta płyta powinna się tu znaleźć. Napisano o niej już wszystko, wszyscy ją oceniali, tak samo jak samą Adele. Jej talent i umiejętności wokalne są nie do podważenia, wypadałoby się tylko zastanowić czy szum wokół niej jest do nich współmierny. Mam co do tego trochę wątpliwości, ale niech już będzie. Ludzie poczują się chociaż trochę lepiej obcując ze sztuką podawaną w komercyjnym opakowaniu.

2. Arctic Monkeys - Suck It And See



Małpy to synonim znaku jakości i tak samo jest w tym przypadku. Chłopaki z Sheffield porzucili już nieco ostre gitarowe granie znane z pierwszych dwóch płyt i skupili się bardziej na przemyślanych balladach rockowych, to nie stracili nic ze swojego charakteru. Mimo że po premierze poprzedniej płyty "Humbug" dużo osób zwiastowało koniec tej kapeli w sensie niezależności i rockowego pazura. Ciągle jednak słucha się ich z wielką przyjemnością, a "Suck It And See" jest tego najlepszym przykładem. 

3. Cocaine 80s - The Pursuit/Ghost Lady



Pozwoliłem sobie do jednego wora wrzucić obie produkcje spod szyldu Cocaine 80s, mimo że są nieco inne. Nowsze "Ghost Lady" jest trochę bardziej spokojne i poważne, z kolei "The Pursuit" jakby bardziej przebojowe. Mózgiem całego projektu jest No I.D. nad którego kunsztem muzycznym zdążyłem rozpływać się już przy okazji najnowszej płyty "The Dreamer, The Believer" Commona, który zresztą na obu EP-kach udziela się po jednym kawałku na każdą z płyt. Bardzo solidna muzycznie propozycja, w dodatku każdy może się w nią całkiem legalnie za darmo zaopatrzyć.

4.  Coldplay - Mylo Xyloto 



Kolejna, po Adele, nieco nie pasująca tu pozycja. Trochę na wyrost umieściłem na tej liście płytę Coldplay, bo ani ona bardzo dobra, ani nawet nie jestem ich fanem. Wszystko z powodu ich koncertu na Open'erze, na którym Chris Martin zrobił całkiem przyjemne show i naprawdę byłem pod wrażeniem ich premierowego w Polsce występu. "Mylo Xyloto" jest bardzo dobrze wyprodukowane, ma swoje dobre momenty jak np. single "Paradise" czy "Every Teardrop Is a Waterfall", ale momentami przynudza (jak to czasami Coldplay ma w zwyczaju). Miałem mieszane uczucia co do featuringu Rihanny, ale na szczęście "Princess of China" wyszło im lepiej niż Kai Paschalskiej.

5. CSS - La Liberacion



Cansei de Ser Sexy, bo tak należy rozszyfrowywać skrót CSS, to rockowo-elektroniczny zespół rodem ze słonecznej Brazylii. Bardzo sympatyczny zresztą, tak samo jak jego muzyka, taneczna i ostra momentami, oparta na humorystycznych tekstach. Praktycznie cała płyta jest po angielsku, poza tytułowym kawałkiem, tak samo jak praktycznie w całości jest to zespół żeński - z wyjątkiem jednego osobnik płci męskiej.

6. Florence and the Machine - Ceremonials



Gdy pisałem o Adele wspomniałem o moich wątpliwościach dotyczących szumu wokół niej. Dużo bardziej cenię Florence Welch i wydaje mi się, że jej głos jest dużo mocniejszy od Adele, mimo to jest mniej sławna od młodszej koleżanki. Nic to, ważne że drugi album zespołu jest równie świetny jak "Lungs". Debiut był nieco bardziej rockowy, teraz Florence dała prawdziwy pokaz siły swojego wokalu, któremu towarzyszą jakby wielowarstwowe, eleganckie kompozycje z udziałem orkiestry. Trzeba przesłuchać.

7. Foster The People - Torches



"Pumped Up Kicks" to takie "Somebody I Used To Know" pierwszej połowy roku 2011, z tą różnicą że jest fajne. Było wszędzie, w sklepach, radiu, a już w szczególności na tych śmiesznych f*jsbukowych tablicach. Cała debiutancka płyta Amerykanów jest w podobnym przyjemnym i wakacyjnym klimacie. Może nie wyróżnia się zbytnio na tle innych indie popowych płytek z jednym wybijającym się hitem, ale zdecydowanie warta jest poświęcenia kilkudziesięciu minut życia. Nie pożałujesz, a obiecuję że jeszcze nie raz do niej wrócisz - zwłaszcza, że poza singlowym "Pumped Up Kicks" ma w sobie kilka innych perełek, w tym moje ulubione "Waste".

8. Frank Ocean - Nostalgia, Ultra



Frank Ocean to jeden z przykładów (oprócz The Internet), że OFWGKTA to nie tylko chore rapowe piosenki o gwałtach i zarzynaniu, r*zpierdol i croud surfing na koncertach. Breaux potrafi całkiem ładnie podśpiewywać i zrobił tak nie tylko na całej "Nostalgia, Ultra", ale nawet na kawałku otwierającym "Watch The Throne" Kanye Westa i Jay-Z. Dodatkowemu smaczkowi tego mixtape dodaje kilka skradzionych podkładów - mój płytowy faworyt to poruszający "American Wedding" nagrany na "Hotel California" Eagles, a znajdzie się również "Strawberry String" od Coldplay i coś od MGMT. Żałuję, że sprawdziłem materiał Franka dopiero pod sam koniec roku, bo jest to jeden z lepszych krążków minionego roku w kategorii R&B.

9. Ill Bill & Vinnie Paz - Heavy Metal Kings



Pierwszy rapowy materiał i od razu taki mocny. Nie tylko w formie, ale i jeśli chodzi o poziom. Ill Bill i Vinnie Paz to pewniaki i mimo, że każdy album czy to Non Phixion czy Jedi Mind Tricks brzmi bardzo podobnie, zawsze ma swój specyficzny klimat. Tak samo jest w przypadku "Heavy Metal Kings", który zapowiadał najlepszy moim zdaniem kawałek na płycie - otwierający ja "Keeper Of The Seven Keys".

10. Is Tropical - Native To



Już nawet nie pamiętam gdzie usłyszałem po raz pierwszy Is Tropical, ale na pewno wdzięczny jestem temu kto to akurat udostępnił w sieci. "Lies" zdobyło me serce na tyle, że stało się jednym z najczęściej odtwarzanych przeze mnie utworów w 2011 i z chęcią był wrzucił tu klip do niego, ale nie wiem czy każdy jest gotowy na damską goliznę. Jest za to teledysk do "The Greeks" który powinien zrozumieć każdy chłopak i te nieliczne dziewczęta, które bawiły się w niewidzialną wojnę z patykami w rękach. Podsumowując całe "Native To" - bardzo dobry elektroniczno-gitarowy pop z Anglii, bo mimo że chłopaki nie chcą być szufladkowani tak to właśnie trzeba nazwać. Niczego w tym temacie nie muszę już pisać, wystarczy przesłuchać (lub oglądnąć klipy jeśli masz 18+). 

11. Jamie Woon - Mirrorwriting



To właśnie przez takich ludzi jak Jamie Woon wybory tych najlepszych będą trochę przeterminowane i ukażą się gdzieś pewnie pod koniec stycznia. "Mirrorwriting" czekało na dysku cierpliwie na swoją kolejkę, bo bardzo zależało mi na sprawdzenie typa, którym zachwyca się tyle portali muzycznych, a co po niektórzy umieszczają nawet na samym szczycie listy najlepszych płyt 2011. Nie było to dobre posunięcie, bo Jamie powinien zagościć u mnie dużo wcześniej - jego muzyka jest wypadkową świetnego głosu i przyjemnych melodii, płyta mixem spokojnych ballad i potencjalnych hitów jak chociażby "Lady Luck" widoczne u góry. Dodam jeszcze, że wydany w kwietniu krążek jest debiutem Brytyjczyka z malezyjsko-chińsko-szkocko-irlandzkimi korzeniami (uff). Ilu jeszcze takich Woonów siedzi po knajpach brzdąkając do kotleta i czeka na swoją szansę?

12. Kanye West & Jay-Z - Watch The Throne



Gdy najlepszy raper mainstreamowy spotyka się w studio z jednym z bardziej kreatywnych i uzdolnionych producentów, a przy tym nie kiepskim raperem w celu nagrania płyty nie może to zakończyć się klapą. Tak jest właśnie w tym przypadku, bo "Watch The Throne" to materiał niesamowity. Chociażby ze względu na tematykę i formę, które określić można jako skrzyżowanie przepychu, blichtru, cudów na kiju, złota, konsumpcjonizmu, deszczu dolarów, maybachów i kilku jeszcze innych rzeczy. Po prostu "black excellence in Paris". Możesz kochać albo nienawidzić, ale docenić musisz za "Otis", za banger "Niggas in Paris" albo za "Who Gon Stop Me" pożyczone od Flux Paviliona.

czwartek, 13 października 2011

Mayer Hawthorne - How Do You Do [2011]

Nie jest łatwo nagrać nową płytę na poziomie poprzedniej, wgniatającej w podłogę i wstrząsającej jednocześnie słuchaczy od Stanów przez Europę po Azję. Na tym zadaniu poległo wielu. A gdy w międzyczasie rezygnuje się ze współpracy z jedną z najlepszych wytwórni w tej branży, której było się niemal flagowym artystą, poziom trudności tej sztuki wzrasta do nieprawdopodobnego wręcz poziomu. Mayer wyzwanie podjął (nie miał wyjścia) i w żadnym wypadku nie poległ.

Doskonale pamiętam jakie wrażenie zrobiło na mnie "A Strange Arrangement" - lekkie, wpadające w ucho utwory umiliły mi nie jedną (i nawet nie dwie) chwile i mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że gdybym w roku 2009 wybierał płytę roku wielce prawdopodobne, że byłby nią właśnie ten album. Nie da się ukryć, że ogromnym plusem tej produkcji był efekt zaskoczenia - garstka osób w ogóle kojarzyła Mayera, a już zwłaszcza mało kto podejrzewał go o predyspozycje do soulu, inspirowanego największymi nazwiskami czarnej muzyki. I właśnie ten element najwyraźniej jawi się na korzyści debiutu, reszta generalnie pozostaje na takim samym wysokim poziomie.

Znowu mamy kawał dobrej muzyki o miłości, nierzadko z dowcipnymi tekstami, podanej na przyjemnych oldschoolowych podkładach. Mayer nie jest może wielkim śpiewakiem, ale brzmi bardzo poprawnie i nie odstrasza. Konwencja i klimat został zachowany, na płycie raczej nie ma gorszych momentów - najstraszniejszym jest chyba próba śpiewania podjęta przez Snoop Dogga w "Can't Stop", z trochę mroczniejszej części albumu. Przebojem w stylu tych z "A Strange Arrangement" może stać się "A Long Time", zabawny storytelling o dwóch mężczyznach z Motor Town, który jeszcze lepiej brzmi na podkładzie od Chromeo. Takich tupajnóżek na "How Do You Do" jest cała masa, na czele z zamykającym  płytę "No Strings", który w internecie pojawił się nieco wcześniej niż cała płyta, dodatkowo w wersji zremixowanej przez legendę hip-hopu DJ Jazzy Jeffa. Spokojnie powirować na parkiecie z piękną niewiastą można także przy "Finally Falling" czy "Hooked". Z kolei nieco zadumy, z chwytaniem się za rękę i czułymi spojrzeniami prosto w oczy, Mayer serwuje nam na sam początek - dobrze wyrecytowane "Get To Know You" wcale nie musi być jedynie wstępem do albumu jakiegoś białasa, może również posłużyć jako pierwszy krok w stronę jakiejś ciekawej relacji damsko-męskiej. Przy odrobinie szczęścia nie skończy się to tak jak w "Walk" (klip w stylu "Mr & Mrs Smith" na dole) i poczujemy to co główny bohater w "You Called Me".

Bo właśnie taka jest ta płyta - pełna emocji, tych przyjemnych i złych, ale mimo wszystko o miłości. O jej różnych aspektach, ale nie podanych w banalny i dosłowny sposób, raczej zabawnie i miło. Nie wiem czy kiedyś Mayera Hawthorna będziemy wymieniać jednym tchem z największymi tuzami czarnej muzyki. Pewny jestem za to, że były DJ Haircut to pewniak jakich mało oraz znak jakości w jednym i nawet jeśli miałbym czekać kolejne 2 lata na następny materiał to czasu nie zmarnuję - na zmianę będę katował "A Strange Arrangement" i "How Do You Do", bo Mayer ma się bardzo dobrze.    

PS Polecam również EP Hawthorna "Impressions", która za darmo można ściągnąć tu!



poniedziałek, 28 marca 2011

J Dilla Still Shining


Członek i założyciel Slum Village, autor kilku samodzielnych albumów i kolaboracji z Madlibem. Spod jego ręki wyszła ogromna ilość podkładów na płyty takich artystów jak ATCQ, De La Soul, Common, The Roots, czy Talib Kweli. Legenda neosoulu i hip-hopu, człowiek z niewiarygodną pasją i miłością do muzyki - od śmierci Jamesa Dewitta Yanceya aka J Dilli aka Jaya Dee minęło całkiem niedawno 5 lat. Z tego powodu światło dzienne ujrzał krótki dokument o tym niezwykłym artyście.

Nie ma się co długo rozpisywać, bo jego wkład w muzykę jest nie do podważenia. Nie ma też sensu jakakolwiek recenzja, czy opinia na temat dokumentu. Pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika czarnych brzmień, bo nawet gdy zacząłeś przygodę z nią teraz to pewnie i tak, świadomie czy nie, słuchasz czegoś na co wpływ miał Dilla. To nim inspirowała się rzesza producentów, to on produkował dla tych najlepszych i pozostając w ich cieniu został legendą Stones Throw. Dilla nie mógł żyć bez muzyki, czego przykładem niech będzie stworzenie "Donuts" w dużej mierze leżąc przykuty do szpitalnego łóżka, a teraz muzyka nie może żyć bez niego.

Miałem to szczęście, że moja zajawka muzyczna pokryła się z okresem działalnością Dilli. Wciąż serwuję sobie co jakiś czas sentymentalne podróże do "Donuts" czy "The Shining" i codziennie słyszę "Time" The Donut Of The Heart" kiedy zadzwoni telefon. Dla mnie jedna z najważniejszych postaci w historii, najlepszy producent i wcale nie kiepski raper, co wielokrotnie potwierdzał. Wypada mi się tylko podpisać pod tym, co usłyszysz na początku małego hołdu Rootsów dla Jay Dee -

My man, JD, was a true hip hop artist
... I can't explain the influence that
his mind and ear have had on my band
myself and the careers of so many other
artists. The most humble, modest, worthy
and gifted beatmaker I've known. And
definitely the best producer on the mic.
Never without that signature smile and head
bouncin' to the beat. JD had a passion for
life and music, and will never be forgotten.
He's a brother that was loved by me, and I
love what he's done for us. And though I'm
happy he's no longer in the pain he'd been
recently feelin', I'm crushed by the pain of
his absence. Name's Dilla Dog and I can only
rep the real and raw. My man, Dilla, rest in
peace."
 


"J.Dilla: Still Shining" from B.Kyle on Vimeo.
 

czwartek, 25 listopada 2010

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #4: Samplowanie rąk nie brudzi

Czwarty odcinek JJSSTT łączy się w pewnym sensie z poprzednim wpisem o "The Emotions" bo do jego napisania zainspirował mnie jeden z utworów użytych w filmie. Piosenka wydawała się dziwnie znajoma i po krótkim diggingu w sieci i we własnych muzycznych zbiorach okazało się, że kawałków z tym samym samplem jest dużo więcej niż na początku mi się wydawało. Od soulu, przez hip-hop z różnych stron świata, po chill-out i muzyką elektroniczną. Myślę, że bez problemu uda się wychwycić podobieństwa nawet największym muzycznym laikom.

1.



Na początek oryginał (?). Piosenka "Private Number" duetu soulowego William Bell i Judy Clay jest jednym z  z największych przebojów czarnoskórego Bella. Datowana na 1968 rok, znalazła się w top 10 hitów w Wielkiej Brytanii.

2.



Od tego cała zabawa w poszukiwanie się zaczęła. Podstawiony do jednego z segmentów "The Emotions" kawałek Pretty Lights - "Finally Moving". Polecam zapoznanie się także z innymi utworami, które wyszły spod ręki (samplera?) Amerykanina, zwłaszcza, że zwykł on umieszczać je za darmo w internecie.

3.



Z tym "Finally Moving" skojarzyłem. "Det Loser Sig" (wg google "Ropuszcza się") popełnił szwedzki raper Timbuktu, wespół z m.in. Supreme z Looptroop, z którym to zespołem zdarzało mu się koncertować i występować gościnnie. Co ciekawe, w czasie nagrywania swojego pierwszego albumu "T2: Kontrakultur" pracował razem z Thomasem Ruciakiem - synem polskiego saksofonisty Alfreda Banasiaka.

4.



Teraz kolejność już zupełnie przypadkowa. "Players Club" to piosenka Rappin' 4-Tay czyli Anthonego Forte -  rapera z Kalifornii. Umieszczony na jego drugiej płycie "Players Club" uplasował się na 36 miejscu listy Billboard Hot 100. Poza tym wielkich sukcesów Forte na koncie nie ma, chyba, że za takie uznamy gościnne występy u 2Paca, Too Shorta czy Master P.

5.


Metaform to kolejny Kalifornijczyk w zestawieniu. Obraca się głównie w kręgu muzyki hip-hopowej, czego przykładem jest współpraca z Zion I, Pharcyde czy Hieroglyphics. Płyta, z której pochodzi "Crush" zatytułowana "Standing on the Shoulders of Giants", w całości została stworzona z sampli.

6.



Piosenka "You Wish" z pewnością koszmarem nie jest, na co mógłby zdradliwie wskazywać pseudonim autora. Słucha jej się lekko, przyjemnie i wydaje się, że jest najbliższa klimatem oryginałowi Bella. Żeby być konsekwentnym muszę napisać, że autorem jest nie grzeszący zbytnią skromnością brytyjski DJ George Evelyn aka Nightmares On Wax aka DJ EASE (w rozwinięciu Experimental Sample Expert).

7. 



Przy piosence Timbuktu wspomniałem o polskim akcencie w osobie Thomasa Ruciaka, a teraz już w pełni po polsku i od Polaków. "Cały czas" jest debiutem warszawskiej grupy 2cztery7, który ukazał się na pierwszym winylu, z czterech dotychczasowych edycji, serii JuNouMi. Piosenka z czasu, kiedy Pjus szumnie określał się mianem "potrafiącego uprawiać styl raggamuffin", Stasiak był trochę g*ubszy a Mes nie wyglądał jak członek Buena Vista Social Club.

wtorek, 26 października 2010

The Foreign Exchange - Authenticity [2010]


Jesień trochę już trwa, od jakiegoś czasu przychodzi nam chodzić po wyścielonych kolorowymi liśćmi chodnikach, coraz szybciej robi się ciemno a temperatura nie rozpieszcza. Jak w tę rzeczywistość wpisuje się pierwsza jesienna płyta? 

Niezwykły duet producenta Nicolaya oraz znanego z zespołu Little Brother rapera Phonte trudno zaklasyfikować do jednego rodzaju muzyki. O ile pierwszą płytę The Foreign Exchange "Connected" (stworzoną na odległość, za pośrednictem okayplayer.com) można zaliczyć do hip-hopu, to na drugiej "Leave It Alle Behind", z nominowanym do nagrody Grammy "Daykeeper", przeważa r&b - nie tylko w wykonaniu Phonte ale także na podkładach Nicolaya. Trzecie dziecko pt. "Authenticity" duetu holendersko-amerykańskiego zdaje się zrywać całkowicie z hip-hopem. W zamian otrzymujemy spójny materiał, z ciekawym efektem stopniowania nastroju - od spokojnego początku do zaskakująco radosnego końca. Najlepszym utworem zdaje się być singiel "Maybe She'll Dream Of Me " poza tym "Laughing At Your Plans" oraz nieco dyskotekowe "Dont' t Wait". Tekstowo oczywiście o miłości, tęsknocie, bezpieczeństwie. Wszystko to świetnie zaśpiewane przez Phonte i nielicznych gości w osobach m.in. YahZarah (była na singlu z pierwszej płyty "Sincere")  lub Dariena Brockingtona na specyficznych podkładach Nicolaya (dużo fortepianu, elektronika, gitara) daje album, którego słucha się od początku do końca z wielką przyjemnością. I to nie tylko, jakby się zdawało po okładce, ponurą jesienią.

PS TFE trzyma poziom nie tyko płytą - kolejny raz sroga okładka, zarówno do singla jak i do "Authenticity". W prostocie siła!

czwartek, 9 września 2010

Mayer Hawthorne - A Strange Arrangement [2009]



Dawno żaden album nie narobił tyle szumu, co ten. Być może jest to zasługa doskonałej promocji udzielonej z pozoru mało znanemu artyście przez giganta Stones Throw. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że i bez Stones Throw Hawthorne zrobiłby nie lada szum.

Płyta żadną nowością wydawniczą nie jest bo już zdążyła zdmuchnąć swą pierwszą świeczkę na torcie, OH POETO, jednak sprzyjające okoliczności w postaci działającego linku do rapidshopu pozwoliły mi poznać ją w całości dopiero jakiś krótki czas temu - bardzo mi z tego powodu żal bo "A Strange Arrangement" Mayera Hawthorna słucha się świetnie, od początku do samiuteńkiego końca. Głos i muzyka tworzą niesamowity klimat krążka, bliski soulowi i funkowi z połowy wieku XX. Zresztą artysta nie kryje, co było jego inspiracją w trakcie tworzenia "A Strange Arrangement" - nazwiska takie jak Curtis Mayfield czy Isaac Hayes nie są obce nikomu, kto trochę liznął czarnej muzyki. I właśnie zbyt dosadne "inspiracje" zarzucane są przede wszystkim wokaliście. Nie kopiuje on w całości utworów ale często brzmią one zaskakująco podobnie, wystarczy porównać np. "Your Easy Lovin' Ain't Pleasin' Nothin" (klip poniżej) ze słynnym "You Can't Hurry Love" The Supremes ewentualnie Phila Collinsa. Całkiem sensowne zarzuty, jakoby Mayer nie miał swojego stylu biorą w łeb gdy skonfrontujemy je z przyjemnością z jaką się słucha tych wszystkich nowych-starych utworów. "The Ills" z bębnami jak z Incredible Bongo Band czy wspomniane wyżej "Your Easy Lovin' Ain't Pleasin' Nothin" same wprawiają nogi w ruch. Pozostając w klimacie taneczno-klubowo-pijackim "Green Eyed Love", które z klipem tworzą swoistą ode do absyntu. Z kolei "Maybe So Maybe No" zbiera plusa za deskorolkę i stylówkę LA (?) (polecam sprawdzić także "I Left My Heart in San Francisco", wieńczące tour po USA). Jednak głównym tematem poruszanym w utworach jest oczywiście miłość i to jej są poświęcone np. "Make Her Mine""One Track Mind" czy "Just Ain't Gonna Work Out". Ta ostatnia piosenka ukazała się jako singiel jeszcze przed wyjściem "A Strange Arrangement" w bardzo nowatorskiej wersji - na nośniku przypominającym serduszko. Pomysł genialny w swej prostocie (piosenka o miłości na sercu, pff) dał spory rozgłos Mayerowi i pewnie gdyby nie fakt wydania tego w listopadzie a nie w srento zakochanych, to Stones Throw nie nadążałby raczej z tłoczeniem sercowinyli. Sam Hawthorne czyli Andrew Mayer Cohen nie pojawił się znikąd ponieważ znany był już wcześniej pod pseudonimem DJ Haircut z grupy Athletic Mic League i udziela się w zespole o ciekawej nazwie Barber Shop Quarter. Ja wybieram jednak jego soulowe alter ego czyli Mayera Hawthorna bo rozczula mistrzowsko nawet gdy w powietrzu czuć zapach odgrzewanych kotletów.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Onra - Long Distance [2010] + Stuck In The Eighties

Dziś będzie muzycznie i narciarsko ale pod wspólnym mianownikiem - w klimacie lat 80-tych. Disco, syntezatory, kolorowe ciuchy i dywany na karku!



„Long Distance” to znakomita mieszanka dźwięków syntezatorów rodem z lat 80-tych, funku, soulu i alternatywnego hip-hopu. Wszystkie te elementy wymieszał z doskonałymi proporcjami i zaserwował słuchaczom Arnaud Bernard, szerszej (chociaż i tak wąskiej) publiczności znany jako Onra.

Francuz (chociaż oczy trochę zdradzają jego wietnamskie korzenie) z Paryża na płytę zaprosił m.in. T3 z legendarnego składu Slum Village czy Olivera Daysoula. Ten ostatni użyczył swojego głosu do tytułowej piosenki, bujającej niczym Prince z najlepszego okresu. Podobne świetne brzmienie ma kawałek "High Hopes" z gościnnym udziałem Reggie B. - mój ulubiony utwór na „Long Distance”. Hip-hop znajdziemy w piosence z T3 "The One", chociaż ciągle jest to hip-hop w wydaniu „slamwilydżowym” czyli z ogromnymi wpływami soulu lub funku. Potencjał dyskotekowy mają "Mechanical"'Wonderland" a smak lat 80-tych zaznamy przesłuchując "To the Beat" z Walterem Mecca. Odnoszę wrażenie, że „Long Distance” jest płytą znakomitą na wiele okazji, że mogłaby spokojnie lecieć na imprezie tak samo jak w aucie w czasie powrotu z baciarki (P*ŁEŚ? NIE JEDŹ, PAMIĘTAJ!).
Można zarzucić Onrze, że brzmi prawie jak J Dilla, jak Madlib, że brak mu wyraźnego, własnego stylu jednak mimo wszystko nie można zaprzeczyć, że płyta nie ma TEGO CZEGOŚ co pozwala ją przesłuchać bez zbędnego skippowania utworów a fakt, że brzmi podobnie do wielkich producenckiego świata uznajmy za plus dla Bernarda. Dodam jeszcze, że okładka wygląda nad wyraz godnie dla tego krążka.
Poniżej LP w półtorej minutowym zwiastunie i dodatkowo "High Hopes".





***

Nie będę się długo rozwodził nad "Stuck In The Eighties". Świetne ujęcia, dobre tricki i równie znakomite miejscówki (Norwegia, Szwecja, US and A) a wszystko przy soundtracku z tytułowych lat 80-tych XX wieku. Widać po chłopakach zajawę i to, że są po prostu grupą kumpli o podobnych zainteresowaniach i dobrze się przy tym bawią. Bo przecież o to chodzi, nie?


STUCK IN THE EIGHTIES - by happyproductions from Happypro on Vimeo.