wtorek, 24 sierpnia 2010

Hasta La Wisla Baby!


Do czego to doszło, żeby Azerowie pokazywali nam miejsce w szeregu?
Polska piłka sięgnęła dna. Tak w skrócie można opisać wszystkie informacje, jakie pojawiły się w mediach po odpadnięciu wszystkich polskich zespołów z europejskich pucharów sezonu 2010/2011 - wliczając w to zespół Lecha Poznań, który po odpadnięciu z rozgrywek Ligi Mistrzów na pocieszenie gra o Ligę Europejską. I nie zmieni tego nawet zwycięstwo Kolejorza w Dniepropietrowsku, w pierwszym spotkaniu kwalifikacji. Powinniśmy się przyzwyczaić do takich sytuacji patrząc na wyczyny Naszych wstecz, jednak nie do zaakceptowania jest sytuacja w jakiej odpadamy.  Wstydliwe porażki czy wyrównana walka ze słabeuszami nie powinny mieć miejsca. Kluby przedstawiam we własnej, subiektywnej kolejności, wg poziomu zaprezentowanego przez drużynę a oczekiwań i szans.

W tym sezonie za silny na Wisłę Kraków okazał się Qarabağ Ağdam, z Azerbejdżanu. Kraj egzotyczny, liga jeszcze bardziej więc o rywalach Białej Gwiazdy informacji jak na lekarstwo. Wiadomo było, że na mecie poprzedniego sezonu uplasowali się na miejscu 3 i wyeliminowali sławny Rosenborg Trondheim w eliminacjach Ligi Europy. Teoretycznie więc rywal słabszy chociaż casus Rosenborga dawał do myślenia. Porażki 0-1 na Suchych Stawach i 2-3 w Baku spowodowały, że Qarabağ dołączył do wstydliwej listy katów Wisły - Valerengi Oslo, Dinamo Tbilisi, Vetry Wilno. Lista doprawdy imponująca. Za porażkę głową zapłacił trener Kasperczak.
Po świetnym sezonie 2009/2010 do ociekających tysiącami euro bram piłkarskiej Europy zawitał po długiej przerwie najbardziej utytułowany klub polskiej ekstraklasy Ruch Chorzów. W przeciwieństwie do Wisły i Lecha, mało kto oczekiwał od Chorzowian wspinania się w górę pucharowej drabinki. Nie okłamujmy się - Ruch zdobył tak wysoką lokatę w tabeli przy wydatnej pomocy nieudolnej Legii Warszawa a nie dlatego, że jest aż tak klasowym zespołem. Schody jednak zaczęły się stanowczo za szybko dla zespołu Fornalika - dwa remisy (1-1 i 0-0) z Valetta FC i awans zapewniony przez bramkę Wojciecha Grzyba na Malcie z karnego. Na następną rundę Ruch wylosował zdecydowanie lepszego rywala, Austrię Wiedeń. Wiedeńczycy nie mieli najmniejszych problemów z pokonaniem jedenastki ze Śląska, zapewniając sobie awans juz po pierwszym meczu w Polsce, który wygrali 3-1. W stolicy Austrii kolejne trzy gole, jednak tym razem nie udało się odpowiedzieć nawet jednym. W obu meczach Ruch był jedynie tłem dla (wcale nie takiego dobrego) zespołu Austrii.


Aktualny Mistrz Polski, Lech z Poznania, miał całkiem dobrą passę w europejskich pucharach. Począwszy od sezonu 2008/2009 dobrze (jak na polskie warunki) prezentował się, wygrywając z m.in. Austrią Wiedeń, Feyenoordem Rotterdam, Brugge czy demolując Grasshoppers Zurich. Lechici toczyli zacięte boje z Deportivo La Coruna, CSKA Moska i Udinese Calcio. Apetyty były więc wysokie, wydawało się, że w końcu możemy mieć drużynę w Lidze Mistrzów. Nieciekawie zaczęło się robić gdy mający być spacerkiem dwumecz z Interem Baku stał się niczym innym jak wycieczką w góry w szpilkach. Oba zespoły wygrywały na wyjazdach 1-0 i o tym kto przechodzi dalej miały zadecydować rzuty karne. Tam lepiej zaprezentowali się na szczęście Poznaniacy a strzelali bez mała wszyscy bo rywalizację rozstrzygnął dopiero bramkarz Krzysztof Kotorowski, uprzednio broniąc dwa karne Azerów. W III rundzie kwalifikacji czekała już Sparta Praga. Dość przypadkowa bramka w pierwszym starciu w Pradze i 3 punkty zostały na Letnej. Identyczny wynik przy Bułgarskiej oznaczał odłożenie marzeń o Champions League na rok następny a sam Lech zaprezentował się nijako we wszystkich czterech spotkaniach, strzelając tylko jedną bramkę. Jedyna nadzieja, że Lechici nie roztwonią przewagi z Ukrainy i wyeliminują Dnipro w eliminacjach Ligi Europy.

Jedynie Jagiellonia Białystok, debiutant na europejskim podwórku, zaprezentowała się porządnie. W przeciwieństwie do Ruchu i Wisły, Jaga zaczynała przygodę od III rundy eliminacji i to od razu solidnego przeciwnika, Arisu Saloniki. Z Jagą sytuacja była podobna do tej Ruchu - oczekiwania nie były duże, wypadałoby się tylko nie skompromitować. Białostocczanom ta "sztuka" się udało i po wyrównanej walce odpadli po porażce na Podlasiu 1-2 i remisie w Grecji 2-2. Kto wie jak potoczyłyby się losy pierwszego spotkania gdyby nie niefrasobliwe pierwsze dziesięć minut, w trakcie których Aris zdobył dwie bramki. Jaga walczyła jak mogła i przy odrobinie szczęścia przeszłaby Greków.

Co jest powodem takiego stanu rzeczy? Dlaczego odpadamy lub męczymy się z drużynami, które wydawać by się mogło przyjeżdżają do Polski z piłkarskiego trzeciego świata? Dlaczego o Ligę Mistrzów walczy zespół z Mołdawii, Słowacji (która zresztą miała tam swoją Artmedię parę lat temu), w kwalifikacjach do Ligi Europy ciągle są drużyny z Kazachstanu, Walii, Białorusi, Słowenii? Dlaczego czekamy już kilkanaście lat na drużynę, która zagra z najlepszej lidze świata i w czym jesteśmy gorsi od Białorusi, Cypru, Słowacji, Węgrów i wystawiających coraz to nowe drużyny Rumunów? Pytanie kluczowe - czy to świat aż tak poszedł do przodu? Co roku trenerzy tłumaczą się klasycznym już "sezon w Polsce jeszcze nie ruszył to i piłkarze nie w formie". Problem w tym, że powinni być w formie. Powinni gryźć trawę i walczyć o każdą piłkę bo za te pieniądze co otrzymują jest to ich obowiązek. Trudno wyobrazić sobie sytuacje, że inżynier z wąsem stawia krzywy dom tylko dlatego, że wczoraj wrócił z wypoczynku w Juracie. Talentów w Polsce tez nie brakuje, widać to na każdym podwórku, każdych zawodach młodzieżowych. W kwestii boisk dużo się ostatnio poprawiło, powstają Orliki i śmiem twierdzić, że w Kazachstanie i na Białorusi dzieciaki mają gorzej, podobnie z trenerami. Niestety, odpowiedzi na te pytania nie należą do łatwych i sytuacja wydaje się być bardziej złożona. Dopiero połączenie solidnej pracy u podstaw prowadzonej przez wykwalifikowanych ludzi, zmiany mentalności (sytuacja z Danem Petrescu i treningami w Wiśle) wszystkich, zrobienie porządku w PZPN i pewnie jeszcze kilku czynników da efekty.

Przyszedł taki czas w roku i znowu na horyzoncie pojawia się wielki balon z napisem EKSTRAKLASA. Wypełniony pięknymi stadionami, tłumem kibiców i p*łkarzykami w pomarańczowym obuwiu i żelem na włosach. Zewsząd słyszymy informację, że w lidze obraca się wielkimi pieniędzmi, że zbliżamy się do Europy, podobno w naszą stronę spoglądają Tristany, Kluiverty i Mido. Trzeba uderzyć się w pierś i skończyć z mydleniem oczu bo jesteśmy piłkarsko biedni jak stąd do tamtąd i żadne pieniądze z C+ ani stadiony tego na razie nie zmienią, jedynie zaciemniają żałosny obraz naszej piłki. Kiedyś nie było pięknej otoczki wokół niej ale były sukcesy. A wspomniany wyżej balon za rok znowu p*erdolnie gdzieś na Zakaukaziu i zaczniemy sobie zadawać to samo pytanie jak co roku - dlaczego, k*urwa, DLACZEGO?



czwartek, 19 sierpnia 2010

Onra - Long Distance [2010] + Stuck In The Eighties

Dziś będzie muzycznie i narciarsko ale pod wspólnym mianownikiem - w klimacie lat 80-tych. Disco, syntezatory, kolorowe ciuchy i dywany na karku!



„Long Distance” to znakomita mieszanka dźwięków syntezatorów rodem z lat 80-tych, funku, soulu i alternatywnego hip-hopu. Wszystkie te elementy wymieszał z doskonałymi proporcjami i zaserwował słuchaczom Arnaud Bernard, szerszej (chociaż i tak wąskiej) publiczności znany jako Onra.

Francuz (chociaż oczy trochę zdradzają jego wietnamskie korzenie) z Paryża na płytę zaprosił m.in. T3 z legendarnego składu Slum Village czy Olivera Daysoula. Ten ostatni użyczył swojego głosu do tytułowej piosenki, bujającej niczym Prince z najlepszego okresu. Podobne świetne brzmienie ma kawałek "High Hopes" z gościnnym udziałem Reggie B. - mój ulubiony utwór na „Long Distance”. Hip-hop znajdziemy w piosence z T3 "The One", chociaż ciągle jest to hip-hop w wydaniu „slamwilydżowym” czyli z ogromnymi wpływami soulu lub funku. Potencjał dyskotekowy mają "Mechanical"'Wonderland" a smak lat 80-tych zaznamy przesłuchując "To the Beat" z Walterem Mecca. Odnoszę wrażenie, że „Long Distance” jest płytą znakomitą na wiele okazji, że mogłaby spokojnie lecieć na imprezie tak samo jak w aucie w czasie powrotu z baciarki (P*ŁEŚ? NIE JEDŹ, PAMIĘTAJ!).
Można zarzucić Onrze, że brzmi prawie jak J Dilla, jak Madlib, że brak mu wyraźnego, własnego stylu jednak mimo wszystko nie można zaprzeczyć, że płyta nie ma TEGO CZEGOŚ co pozwala ją przesłuchać bez zbędnego skippowania utworów a fakt, że brzmi podobnie do wielkich producenckiego świata uznajmy za plus dla Bernarda. Dodam jeszcze, że okładka wygląda nad wyraz godnie dla tego krążka.
Poniżej LP w półtorej minutowym zwiastunie i dodatkowo "High Hopes".





***

Nie będę się długo rozwodził nad "Stuck In The Eighties". Świetne ujęcia, dobre tricki i równie znakomite miejscówki (Norwegia, Szwecja, US and A) a wszystko przy soundtracku z tytułowych lat 80-tych XX wieku. Widać po chłopakach zajawę i to, że są po prostu grupą kumpli o podobnych zainteresowaniach i dobrze się przy tym bawią. Bo przecież o to chodzi, nie?


STUCK IN THE EIGHTIES - by happyproductions from Happypro on Vimeo.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Money for nothing and chicks for free

Szlachetny zamysł krzyża i pani z rybcoka.
Ogólnie mój stosunek do polityki jest a*alny ale dziś postanowiłem napisać coś w tym temacie. Chociaż jej wpływ na życie moje (i twoje też, Czytelniku) jest niepodważalne, tak dwie sprawy z dzisiejszej notatki wydają się nie uczynić dużej zmiany w życiu moim (i twoim) - jednak poświęcę im trochę miejsca na blogasku bo media są przepełnione tymi wydarzeniami.

Obie sprawy są pokłosiem tragedii z 10 kwietnia br., kiedy rządowy samolot rozbił się w lesie pod Smoleńskiem. Zginęło wtedy 96 osób, w tym najważniejsza postać w Polsce - Prezydent Lech Kaczyński. Sytuacja wymusiła przyspieszone wybory prezydenckie, które wygrał w II turze kandydat Platformy Obywatelskiej Bronisław Komorowski, zwany przez złośliwców Gajowym. Gajowy rywalizował z bratem Lecha Kaczyńskiego Jarosławem (Prawo i Sprawiedliwość), który z kolei u dowcipnisiów zyskał miano Kociarza. Pozwolę sobie pominąć całą kampanię bo nie widzę sensu opisywać tego festiwalu hipokryzji i wpadek, tak samo jak i tych tzw. programów wyborczych, rodem z np. d*py. Niestety, żaden z kandydujących nie zaszalał i nie szarpnął się na obietnice jak u Dire Straits ale przynajmniej będziemy bezpiecznie żyć i blabla (ale za to zapowiedź większych zniżek dla studentów traktuję jako mus, pozwoli mi to zaoszczędzić na gazetę do pociągu, WOW). Teraz, po miesiącu od ogłoszenia wyników głosowania, nastąpiło zaprzysiężenie nowego Wodza RP a u drugiego kandydata powrót do agresywnej retoryki sprzed kampanii. Niesmaczne. Prezes PiS zdaje się nie dbać o tę rzeszę ludzi, która na niego oddała głos w wyborach bo uwierzyła w zdecydowanie milszy i bardziej pokojowy niż zwykle wizerunek Kaczyńskiego. Niesmaczne po dwakroć i może w przyszłości zadziałać destrukcyjnie dla partii.

Drugą dzisiejszą kwestią jest problem krzyża, postawionego przez harcerzy przed Pałacem Prezydenckim krótko po tragedii smoleńskiej. Znak od dawna wyzwalał wiele kontrowersji, jednak ostatnio nadeszła chwila przeniesienia go w bardziej odpowiednie miejsca dla krzyża, tj. do kościoła. Mimo, że wszystko było ustalone, do przeniesienia nie doszło. Doszło natomiast do przepychanek - obrońcy krzyża starli się w walce z mundurowymi. Z jednej strony poleciały wyzwiska, monety i butelki, na co druga odpowiedziała gazem łzawiącym. Myślę, że takie (ale także inne, np. armatki wodne) sposoby radzenia sobie z agresorami znane ze stadionów byłyby jak najbardziej na miejscu w tym momencie - możliwe, że wtedy uniknęlibyśmy tej siary jaką zgotowano Polsce, takim a nie innym zachowaniem tej grupki fanatyków (krzyża, pamięci, Lecha, Jarosława?). Co nie udało się wcześniej po dobroci księżom i harcerzom, być może uda się dziś - do akcji na facebooku zatytułowanej "Akcja krzyż" zapisało się tysiące ludzi i to oni są gotowi na przeniesienie symbolu w inne miejsce. Przykre, że tak ważny symbol został praktycznie odarty ze swego sacrum i wykorzystywany jest do celów, które z wiarą mają niewiele wspólnego a wokół niego coraz częściej gromadzą się zwykli chuligani i awanturnicy. Jak zawsze w takich momentach nie zawiedli internauci - youtube jest pełny filmów sprzed Pałacu Prezydenckiego, powstają liczne żarty i d*motywatory na ten temat a nawet pseudo śmieszne dyskotekowe przeboje zmixowane z wypowiedzi obrońców. Zobaczymy jak będzie dalej z tym krzyżem, jednak obecnie wydaje się być bardziej sławny od D*dy i gdyby nie był takim drewnem, to w ciemno miałby zaproszenie do TzG, HOHO, NIESMACZNE.

Warto wspomnieć jeszcze, że przez te zawirowania, oskarżenia etc. podwyżka podatku VAT przeszła prawie bez echa. Waldemar Pawlak uspokaja, Donald Tusk przeprasza a spece z Prawa i Sprawiedliwości szacują, że każdy Polak wyda przez to ponad 100 zł rocznie więcej. I gazety do pociągu pójdą się j*bać, CO ZA.

środa, 28 lipca 2010

O filmach słów kilka

Przyjazd do domu sprzyja nadrabianiu filmowych zaległości, postanowiłem więc w swoim drugim merytorycznym wpisie na blogasku napisać co nieco o trzech filmach, które najbardziej przypadły mi do gustu ostatnimi czasy.

1.




"Prorok", zdobywca tegorocznego Grand Prix w Cannes, nominowany do Oscara, jest historią 19-letniego Malika. Bohater trafia do więzienia, gdzie wbrew swemu arabskiemu pochodzeniu brata się z Korsykanami. Przez 6 lat pobytu w zakładzie Malik przemienia się z nie umiejącego czytać i pisać młodzieniaszka przestraszonego samym pobytem w więzieniu w wyrachowanego gangstera (który nomen omen na końcu zaczyna trzymać z muzułmanami). W więzieniu z czasem zaczyna przybywać Arabów a liczba Korsykan maleje, analogicznie do obecnej sytuacji we Francji gdzie coraz mniej jest czystej krwi Ż*bojadów. Na ścieżce dźwiękowej m.in. Nas. Kto by pomyślał, że o takim fajnym filmie dowiem się z b*bskiego czasopisma (CZYTAM, NO HOMO) u*ochanej.

2.




Drugi film ma tytuł "Dziewczyna z sąsiedztwa" i nie mylić z  „Dziewczyną z sąsiedztwa” bo zamiast głupiej komedii o miłosnych perypetiach amerykańskich dzieci z high school cośtam (MUSZĘ STRACIĆ D*IEWICTWO PRZED „KOLEDŻ”!) reżyser Gregory Wilson serwuje nam niezwykle wstrząsający film o historii młodej dziewczyny, wielokrotnie gwałconej i okrutnie torturowanej przez dzieci swojej cioci Ruth. Do rodziny zostaje wysłana razem ze swoją nie w pełni sprawną siostrą po tragicznym wypadku, w którym giną jej rodzice. Jej jedynym przyjacielem w nowym otoczeniu jest młodzieniec imieniem David a film jest jakby retrospekcją już starszego Davida, wspominającego swoją dawną miłość. Co najbardziej poruszające, film jest oparty na prawdziwych wydarzeniach i jest adaptacją ksiązki Jacka Ketchuma o tym samym tytule.

3.




Film nr trzy to "Gomora", film podobnie jak „Prorok” produkcji europejskiej i tak jak on zdobywca Grand Prix (w roku 2009) na festiwalu w Cannes. Historia o brutalnej działalności włoskiej organizacji przestępczej Camorra, rodem z Neapolu. W filmie trup ściele się gęsto w każdej z 5 historii opowiedzianych w obrazie Matteo Garrone. Mamy krawca Pasquale, dwójkę młodych harpaganów myślących, że są wielkimi gangsterami, dzieciaka pragnącego być „dorosłym”, młodego Roberto, nie potrafiącego się odnaleźć w kryminalnym świecie swego szefa oraz człowieka wydającego pieniądze rodzinom więźniów ze swojego klanu. Na końcu filmu autor podaje garść statystyk dotyczących Camorry. Chwalebna skądinąd pomoc w odbudowaniu Twin Towers w Nowym Jorku nie jest w stanie jednak zmienić negatywnego zdania o grupie, która zabiła 4000 ludzi w ciągu ostatnich 30 lat.

***

Bardzo zaniedbałem blogaska, jednak teraz mam nadzieje się to zmieni, muzyka, sport, życie, stay tuned, WALCZYMY O COŚ MISZA!

czwartek, 6 maja 2010

Hocus Pocus - 16 Pieces [2010]



Chciałbym napisać, że jest to najlepsza płyta w tym roku. Niestety, wrodzony profesjonalizm nie pozwala mi tego zrobić. Nie dlatego, że ta płyta nie zasługuje na takie miano. Ano dlatego, że nie przesłuchałem dotychczas ani jednej (oprócz tej) całej płyty datowanej na 2010 rok. Mogę jednak z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że ciężko będzie zrobić cokolwiek lepszego. 

"16 Pieces" to płyta, której nie mogę praktycznie zarzucić niczego. Zaczynając na okładce, prostej acz ciekawej, przez głos i flow 20Syla na samych podkładach kończąc. A te są, jak zawsze w przypadku Francuzów, doprawdy znakomite. Świetne połączenie żywych instrumentów jak perkusja czy gitara, z samplami, tworzące spójna całość, wręcz nakazującą bujania głową. Jakbym miał wyróżnić jakieś kawałki szczególnie to na pewno na takie miano zasługuje "WO:OO""Signes Des Temps" z wkręcającym się w głowę refrenem i gościnnym udziałem m.in. Mr. J. Medeirosa lub otwierające płytę "Beautiful Losers", do którego nakręcono (narysowano?) świetny klip, który można zobaczyc poniżej. Jedyne do czego można się przyczepić tej płycie to fakt, że jest praktycznie w całości po francusku. W takim razie bez znajomości języka Thierrego Henry trudno jarać się warstwą liryczną albumu jednak jestem przekonany, że i ta jest na najwyższym poziomie. Innych wad nie widzę, czekam na kolejne klipy,remixy i następną płytę oby tak samo dopieszczona jak "16 Pieces".