Pokazywanie postów oznaczonych etykietą funk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą funk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #14: Zagranica 2011 vol. 2

Dobra, to już ostatnia część serialu pod tytułem "Płyty 2011". Następny post będzie już wyborem tych najlepszych albumów, więc stay tuned.

1. Kendrick Lamar - Section.80



Lamar dowodzi, że owiane złą sławą Compton to nie tylko kolebka gangsta rapu i muzyczne skoncentrowanie się na porachunkach gangów, przemocy, narkotykach, ciemnych interesach i złych kobietach. Mimo to na "Section.80" znajdziemy tematy bliskie ulicy, podane jednak w mniej banalny sposób - o zgubnym wpływie dragów przestrzega siostrę w "Keisha's Song", kobiety docenia za naturalne piękno bez makijażu w "No Make-Up", a o trudnym życiu w dzielnicach biedy wspomina w "Ronald Reagan Era" wyprodukowanym przez RZA. Tekstowo jest więc bardzo dobrze, kroku dotrzymują także bardzo dobre podkłady, ale niektórych może irytować głos K-Dot. "Section.80" to płyta kompletna, ciekawe tylko jaką drogą pójdzie teraz ta 24-letnia nadzieja Zachodniego Wybrzeża, bo jak na razie kusi go mainstream na czele z Aftermath.

2. Looptroop Rockers - Professional Dreamers



Po kilkuletniej przerwie do Looptroop wrócił Cosmic i zespołowi wyszło to zdecydowanie na lepsze. Po umiarkowanym entuzjazmie związanym z "Good Things" w końcu dostałem to, czego oczekuję od Szwedów i bardziej czuć tu klasyczne stare albumy, niż nowoczesny poprzedni krążek. Świetne kompozycje Embee, niezłe single i teksty, które pokazują, że Looptroop nie można rozpatrywać jedynie w kategorii zespołu muzycznego - przykładem mocno zaangażowane politycznie "On Repeat", czy piękny tytułowy kawałek. Z ust psychofana nie zabrzmi to być może zbyt wiarygodnie, ale Promoe i koledzy to najlepszy zespół rapowy ze Starego Kontynentu i jak ktoś ma wątpliwości to wystarczy przesłuchać "Professional Dreamers".

3. Miles Kane - Colour Of The Trap



Pewnie nigdy bym nie sięgnął po tę płytę, gdyby nie klip zapowiadający jesienną ramówkę TVN, lecący przy okazji każdego bloku reklamowego. Stacja ta ma w zwyczaju bardzo udanie dobierać muzykę do owych zapowiedzi czekającego widzów sezonu i akurat w przypadku jesieni wybór padł na "Come Closer". Po krótkim researchu okazało się, że autorem kawałka jest Miles Kane, czyli wokalista The Rascals i połówka The Last Shadow Puppets, w dodatku o wyglądzie młodego Paula Mc Cartneya. Bardzo fajna to piosenka, a podobnych znajdzie się na "Colour Of The Trap" jeszcze przynajmniej kilka. Wielbicieli jego muzyki spodoba się zapewne nieoficjalna wiadomość, że Kane razem z Alexem Turnerem z Arctic Monkeys działają coś w kierunku drugiego albumu The Last Shadow Puppets.

4. Onra - Chinoiseries Pt. 2



Jak sama nazwa płyty wskazuje jest to kontynuacja projektu Onry z 2007 pod wiele mówiącym tytułem "Chinoiseries". Pomysł Francuza polega na przybliżeniu słuchaczom azjatyckich dźwięków (skąd pochodzi rodzina Bernarda) za pomocą wyszukanych w tamtejszych antykwariatach i nie tylko starych płyt winylowych, pocięciu ich i dodaniu kilku efekcików. Wszystko niby się udało, ale mimo to lepiej słucha mi się pierwszej części. Ta wydaje się nieco ciężka, długa, bez jakichś szczególnie przyciągających uwagę momentów. Słowem - bardzo poprawna i tyle, ale warta chociażby jednego odsłuchania ze względu na tematykę.

5. SBTRKT - SBTRKT



Kolejny debiutancki krążek na tej liście. SBTRKT to taki post-dubstepowy producent z Anglii, umiejętnie kojarzący ze sobą wiele gatunków i windujący muzykę taneczną na wyższy poziom niż cała masa idiotycznych papek znanych z klubów, czy muzycznych stacji telewizyjnych. Już singiel "Pharaohs" zwiastuje, że mamy do czynienia z czymś ponadprzeciętnym i uniwersalnym. Nie wiadomo jak potoczy się dalej kariera Aarona Jerome, ale podąża on dobrą drogą, bo takiej muzyki właśnie chcę sobie słuchać w aucie lub do śniadania. Kawał dobrej roboty.

6. Selah Sue - Selah Sue



Selah Sue to casus podobny do opisywanego nieco wyżej Milesa Kanea - piosenka z reklamy, w dodatku bardzo często granej, wkręca się niemiłosiernie i sięgasz po całość, a ta okazuje się być tak samo dobra. Album jest zróżnicowany i przyjemnie się go słucha, a poza znanym każdemu singlem poleciłbym czym prędzej zapoznanie się z np. "Raggamuffin" i "Black Part Love". Selah Sue wygląda i śpiewa trochę jak Amy Winehouse, ale liczę, że nie pójdzie jej drogą i zaskarbi sobie publiczność czymś więcej niż kilkoma piosenkami i jednym pogrzebem.

7. Stalley - Lincoln Way Nights



Stalley to młody stażem kot z Ohio, były koszykarz i posiadacz imponującej brody. "Lincoln Way Nights" to jedna z tych płyt, które przyjemnie się słucha i ma w sobie kilka perełek, za to jakoś specjalnie za nią nie tęsknisz jak się skończy. Kolejna solidna pozycja na tej liście, ale bez wielkich fajerwerków. Dodatkowo można ją legalnie ściągnąć z neta, bo to mixtape jest, ale doczekał się też fizycznego wydania w Maybach Music Group Rick Rossa.

8. The Roots - Undun



"Undun" to tak naprawdę historia młodego przestępcy Redforda Stevensena. Opowiedziana od tyłu, wieloma głosami, przy akompaniamencie najlepszej w poprzednim roku muzyki w kategorii hip-hop. Cała ta masa ludzi zaangażowana w produkcję tej płyty odwaliła cholernie dobrą robotę, serwując fanom istne mistrzostwo na każdej płaszczyźnie. Mało jest nawet grup, które trwają razem nieprzerwanie przez tyle lat, a wskaż mi takie, co nie osiadły na laurach i z każdym nowym albumem rozwalają świat. Pozycja obowiązkowa, jestem pewny że będzie to klasyk gatunku.

9. The Weeknd - House of Balloons/Thursday/Echoes of Silence



Gdzieś przeczytałem, że The Weeknd razem z Frankiem Oceanem zbawią muzykę R&B. Nie miałbym nic przeciwko, żeby ten gatunek szedł w tym kierunku, byłbym też wdzięczny gdyby takie darmowe mixtapy częściej wychodziły na światło dzienne. Zwrócić uwagę należy również na płodność Abela Tesfaye, bo wszystkie trzy EP wydał w tym samym roku, która idzie w parze z jakością. Ciężko tu wyróżnić jedną najlepszą płytkę, lepiej rozpatrywać The Weeknd jako nadzieję na lepsze jutro.

10. Those Dancing Days - Daydreams And Nightmare



Przyjemna płyta grupy gówniar ze Szwecji, indie pop z rockowym zacięciem i idealny materiał na soundtrack do H&M i innych świątyń dla nastolatków. Nie przeszkadza mi to jednak w małym zachwycie nad tym krążkiem - po debiucie polubiłem Those Dancing Days i nie widzę powodu dla którego miałbym przestać po "Daydreams And Nightmare". Może to trochę infantylna i wybitnie damska płyta, ale coż z tego skoro cieszy ucho na podobnym poziomie jak "In Our Space Hero Suits" z 2008. Aż dziwne, że ich popularność w Polsce jest odwrotnie proporcjonalna do ilości fanów sztucznych tworów typu Honorata Skarbek. Łakomy kąsek dla wannabe-hipsterów w wieku nastu lat.

11. Toro Y Moi - Underneath The Pine



Miałem problem z wyborem klipu, bo kilka ich Toro nagrał na potrzeby promocji tej płyty. Wybór ostatecznie padł na "Still Sound", bo na nim Chaz wygląda tak, jaka jest ta płyta - sympatycznie, przyjemnie, radośnie. Słucha jej się z wielką przyjemnością i to nie tylko zasługa wokalisty - muzyka stoi w rozkroku między bujającym funkiem, a elektronicznym popem. We wrześniu Toro Y Moi wydał jeszcze krótką EP "Freaking Out", gdzie na warsztat bierze m.in. "Saturday Love" Cherrelle, ale także kilka innych klasycznych utworów z lat minionych. Chazwick Bundick na prezydenta!

12. Tyler, The Creator - Goblin



"Tyler to istny fenomen" - pomyślałem, gdy jego płyta wydała ostatnie brzmienie. Nie z powodu wybitnego poziomu "Goblina", tylko z niezrozumienia szumu wokół niego. To znaczy rozgłos rozumiem, bo trudno przemilczeć kwestię gwałtów, mordów i wszelkiego rodzaju innych perwersji poruszanych przez młodzieńca albo nie przestraszyć się kołatek w "Yonkers" i prostego, ale interesującego klipu. Szkoda, że Tyler skutecznie zakrywa tymi chorymi rzeczami to, co tak naprawdę czuje i chce przekazać, jego sympatie do licznych kumpli, niespełniona miłość i żal z powodu wychowywania się niepełnej rodzinie. Dodatkowo można przyczepić się do produkcji, która razi brakami. Na pocieszenie dodam, że Tyler szykuje coś nowego i to podobno bez brzydkich treści. Na razie polecałbym zainteresowanie się kimś innym z bandy OFWGKTA, np. Frankiem Oceanem, ale nie zmienia to faktu, że Okonma jest bardzo ciekawym zjawiskiem, który mam nadzieję wyewoluuje w coś bardziej przystępnego.

***

Płyty, które doczekały się większej recenzji (chronologicznie)-
- Lykke Li - Wounded Rhymes
- Swollen Members - Dagger Mouth
- Theophilus London - Timez Are Weird These Days
- Mayer Hawthorne - How Do You Do
- Common - The Dreamer, The Believer

czwartek, 13 października 2011

Mayer Hawthorne - How Do You Do [2011]

Nie jest łatwo nagrać nową płytę na poziomie poprzedniej, wgniatającej w podłogę i wstrząsającej jednocześnie słuchaczy od Stanów przez Europę po Azję. Na tym zadaniu poległo wielu. A gdy w międzyczasie rezygnuje się ze współpracy z jedną z najlepszych wytwórni w tej branży, której było się niemal flagowym artystą, poziom trudności tej sztuki wzrasta do nieprawdopodobnego wręcz poziomu. Mayer wyzwanie podjął (nie miał wyjścia) i w żadnym wypadku nie poległ.

Doskonale pamiętam jakie wrażenie zrobiło na mnie "A Strange Arrangement" - lekkie, wpadające w ucho utwory umiliły mi nie jedną (i nawet nie dwie) chwile i mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że gdybym w roku 2009 wybierał płytę roku wielce prawdopodobne, że byłby nią właśnie ten album. Nie da się ukryć, że ogromnym plusem tej produkcji był efekt zaskoczenia - garstka osób w ogóle kojarzyła Mayera, a już zwłaszcza mało kto podejrzewał go o predyspozycje do soulu, inspirowanego największymi nazwiskami czarnej muzyki. I właśnie ten element najwyraźniej jawi się na korzyści debiutu, reszta generalnie pozostaje na takim samym wysokim poziomie.

Znowu mamy kawał dobrej muzyki o miłości, nierzadko z dowcipnymi tekstami, podanej na przyjemnych oldschoolowych podkładach. Mayer nie jest może wielkim śpiewakiem, ale brzmi bardzo poprawnie i nie odstrasza. Konwencja i klimat został zachowany, na płycie raczej nie ma gorszych momentów - najstraszniejszym jest chyba próba śpiewania podjęta przez Snoop Dogga w "Can't Stop", z trochę mroczniejszej części albumu. Przebojem w stylu tych z "A Strange Arrangement" może stać się "A Long Time", zabawny storytelling o dwóch mężczyznach z Motor Town, który jeszcze lepiej brzmi na podkładzie od Chromeo. Takich tupajnóżek na "How Do You Do" jest cała masa, na czele z zamykającym  płytę "No Strings", który w internecie pojawił się nieco wcześniej niż cała płyta, dodatkowo w wersji zremixowanej przez legendę hip-hopu DJ Jazzy Jeffa. Spokojnie powirować na parkiecie z piękną niewiastą można także przy "Finally Falling" czy "Hooked". Z kolei nieco zadumy, z chwytaniem się za rękę i czułymi spojrzeniami prosto w oczy, Mayer serwuje nam na sam początek - dobrze wyrecytowane "Get To Know You" wcale nie musi być jedynie wstępem do albumu jakiegoś białasa, może również posłużyć jako pierwszy krok w stronę jakiejś ciekawej relacji damsko-męskiej. Przy odrobinie szczęścia nie skończy się to tak jak w "Walk" (klip w stylu "Mr & Mrs Smith" na dole) i poczujemy to co główny bohater w "You Called Me".

Bo właśnie taka jest ta płyta - pełna emocji, tych przyjemnych i złych, ale mimo wszystko o miłości. O jej różnych aspektach, ale nie podanych w banalny i dosłowny sposób, raczej zabawnie i miło. Nie wiem czy kiedyś Mayera Hawthorna będziemy wymieniać jednym tchem z największymi tuzami czarnej muzyki. Pewny jestem za to, że były DJ Haircut to pewniak jakich mało oraz znak jakości w jednym i nawet jeśli miałbym czekać kolejne 2 lata na następny materiał to czasu nie zmarnuję - na zmianę będę katował "A Strange Arrangement" i "How Do You Do", bo Mayer ma się bardzo dobrze.    

PS Polecam również EP Hawthorna "Impressions", która za darmo można ściągnąć tu!



sobota, 27 sierpnia 2011

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #9: TupajNogo z Mentosem, czyli disco i funk w najlepszym wydaniu


Z disco jest podobnie jak z muzyką etniczną - wielu reaguje na nią alergicznie i ma niczym nieusprawiedliwioną niechęć do niej, jest kojarzona z tandetą, odpustem i beznadzieją. Media również niespecjalnie pomagają w zmianie sposobu myślenia o tym gatunku, nazywając nim byle g*wno do tańczenia, a kojarzone wyjątkowo buracko i pejoratywnie DISCO polo przelewa ostatecznie czarę goryczy. Wielu muzyków próbuje zmienić wizerunek tej muzyki i jedną z takich osób jest członek składów Rasmentalism (+Ras) i Gram-O-Phonics (+DJ DBT i Urb) producent MentXXL. Z funkiem jest dużo lepiej, bo mimo wszystko ta muzyka (a przynajmniej nazwa) nie jest tak znana między Odrą a Bugiem i nie nękana żyje nieźle dzięki np. takim ludziom jak Chojny. To naprawdę wybitna kopalnia świetnej muzyki, już nie mówiąc o tym ilu teraźniejszych artystów czerpie z niej garściami, samplując, remixując, czy robiąc z nią cokolwiek innego.

Ment opublikował niedawno mix (jest ich więcej i na każdą okazję), który z powodzeniem można puścić nawet na drętwej s*udenckiej (NIENAWIDZĘ) imprezie bez obawy o frekwencję na parkiecie. Dodatkowo na f*cebooku regularnie dzieli się swymi dyskotekowymi-perełkami - wszystko na dole, smacznego (zwłaszcza, że szperałem tylko do końca czerwca).

1. 



Jeśli ktoś zapytałby mnie jak w jednym zdaniu określić ten mix, to odpowiedziałbym że jest to 20 minut podróży w czasie do radosnych dyskotekowych czasów, kiedy tupało się nóżką w takt najlepszej muzyki. Bez obawy o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne. Czasy się jednak zmieniły i żeby w spokoju pobawić się przy dobrej muzyce trzeba się sporo napocić, bo często wieczorki szumnie zwane "latami 70 i 80-tymi" albo po prostu "czarnymi" zakrawają na profanację. Ratunkiem może być np. Grandmarket Seventies, czyli najlepsza impreza w tej strefie klimatycznej lub inne sprawdzone balety od pewnych DJ-ów.

Na mixie takie tupajnogi jak Talkback - Can't Let You Go czy Eva Gina - Without You (e-vagina, internetowy żart).

2.




  Ment XXL - Strong by mentxxl

"Strong" Mentosa to nic innego jak zremixowane "Stronger Than Before" Chaki Khan. Zaczyna się idealnie, później jest trochę gorzej z powodu zbyt dużego kombinowania. Mam na dzwonku w telefonie od dłuższego czasu i zmieniać nie mam zamiaru!

3.




Spargo to pochodząca z Holandii grupa popowa. Ciężko znaleźć informacje po polsku lub nawet po angielsku o niej, więc ograniczę się tylko do poinformowania, że bardzo warto ściągnąć składankę "Best of...", a wokalista to niezły sceniczny wariat, czego przykładem powyższe "Just For You".

4.




O ile wpisywanie ksywki Ago w google nie daje żadnych porządnych informacji, to już rozszyfrowanie kto kryje się pod tą ksywką daje pewne efekty - Agostino Presta to włoski muzyk działający od wczesnych lat 80-tych. Wyróżnia się nie tylko muzyką, ale także bujną grzywą, której zapewne nie powstydziłby się żaden rockman ani nawet koń. Włoska wikipedia przyporządkowała Ago do nurtu italodisco i chyba w takich kategoriach należy rozpatrywać jego twórczość, ale "Stop your life" jakby odrywa się nieco od tej muzyki.

5.

 

Khemistry, czyli dwie panie i pan ze stolicy Stanów Zjednoczonych to kolejna mało znana, ale wyjątkowo bujająca propozycja - "Who's fooling who". Murowany hit.

6.
 


Na sam koniec nie tyle "tupajnoga" co "przytulaniec", ale chodzi bardziej o wyłapanie podobieństwa "Genie""My Comet" Onry - doskonałej pozycji dla wszystkich, którym spodobał się ten odcinek JJSSTT.

PS. Czekam teraz na zapowiedziany pierwszy klip do nowego Rasmentalismu i na bank pojawi się okolicznościowa notka o płycie, więc stay tuned, bo nie będzie takiego słodzenia Mentowi jak teraz!  

piątek, 29 października 2010

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #2: Narciarskie

Muzyka towarzyszy mi za każdym razem kiedy wychodzę z domu, gdy cokolwiek robię w nim a jazda samochodem bez niej jest czymś bezsensownym. Trudno więc, żeby nie było podobnie w trakcie takiej ważnej czynności życiowej jaką jest nartowanie. Nie każdy utwór jednak nadaje się do tego - ubiegłorocznej zimy miałem nawet jeden folder na odtwarzaczu stworzony specjalnie na tę okazję. W drugim odcinku JJSSTT kilka kawałków, które pretendują do bycia hitem sezonu zimowego 2010/11. Kolejność przypadkowa.

1.



Piosenka "Contact" to hip-hopowo-drumandbassowe collabo angielskiego ekipy Foreign Beggars i holenderskiej grupy Noisia. Chłopaki z Foreign Beggars dali w tym roku niesamowity koncert na Kempie a niedawno pojawiła się informacja jakoby mieli odwiedzić Kraków na początku 2011. Pytanie brzmi - czemu nie Wrocław?

2.


GoPro HD HERO camera: The Ski Move from GoPro on Vimeo.

W poszukiwaniu kawałków na narty nieocenione są oczywiście filmy freeski. Powyższa reklama kamery GoPro jest połączeniem świetnych ujęć, m.in. z kasku, i konkretnych tricków z utworem "Coloris", artysty ukrywającego się pod pseudonimem She. Wbrew temu co mogłaby sugerować nazwa, She jest mężczyzną - co więcej, urodził się w Krakowie. Multinstrumentalista, chociaż obraca się głównie w stylistyce chiptunowej (COKOLWIEK TO ZNACZY).

3.



Ponownie posilę się filmem narciarskim, ściślej ujmując teaserem czeskiego "Separation". Sam opis filmu zostawię na później bo na pewno znajdzie się dlań miejsce po jego premierze. Autorem piosenki "Got 2 Now" jest Flux Pavilion, podobnie jak Foreign Beggars pochodzący z Wielkiej Brytanii. Reprezentant sceny dubstepowej.

4.



Kolejny zwiastun, tym razem francuska superprodukcja "Punch line". Sądząc po filmiku, tricki i linie suto kładą się jak u Sokoła wędlina. W rolach głównych Xavier Bertoni, Kevin Rolland czy Kelly Sildaru, genialna młoda narciarka z Estonii. Piosenka nosi tytuł "Funk" i jest remixem włoskiej ekipy The Bloody Beetroots utworu Francuza Etienne De Crecy.

wtorek, 26 października 2010

The Foreign Exchange - Authenticity [2010]


Jesień trochę już trwa, od jakiegoś czasu przychodzi nam chodzić po wyścielonych kolorowymi liśćmi chodnikach, coraz szybciej robi się ciemno a temperatura nie rozpieszcza. Jak w tę rzeczywistość wpisuje się pierwsza jesienna płyta? 

Niezwykły duet producenta Nicolaya oraz znanego z zespołu Little Brother rapera Phonte trudno zaklasyfikować do jednego rodzaju muzyki. O ile pierwszą płytę The Foreign Exchange "Connected" (stworzoną na odległość, za pośrednictem okayplayer.com) można zaliczyć do hip-hopu, to na drugiej "Leave It Alle Behind", z nominowanym do nagrody Grammy "Daykeeper", przeważa r&b - nie tylko w wykonaniu Phonte ale także na podkładach Nicolaya. Trzecie dziecko pt. "Authenticity" duetu holendersko-amerykańskiego zdaje się zrywać całkowicie z hip-hopem. W zamian otrzymujemy spójny materiał, z ciekawym efektem stopniowania nastroju - od spokojnego początku do zaskakująco radosnego końca. Najlepszym utworem zdaje się być singiel "Maybe She'll Dream Of Me " poza tym "Laughing At Your Plans" oraz nieco dyskotekowe "Dont' t Wait". Tekstowo oczywiście o miłości, tęsknocie, bezpieczeństwie. Wszystko to świetnie zaśpiewane przez Phonte i nielicznych gości w osobach m.in. YahZarah (była na singlu z pierwszej płyty "Sincere")  lub Dariena Brockingtona na specyficznych podkładach Nicolaya (dużo fortepianu, elektronika, gitara) daje album, którego słucha się od początku do końca z wielką przyjemnością. I to nie tylko, jakby się zdawało po okładce, ponurą jesienią.

PS TFE trzyma poziom nie tyko płytą - kolejny raz sroga okładka, zarówno do singla jak i do "Authenticity". W prostocie siła!

czwartek, 9 września 2010

Mayer Hawthorne - A Strange Arrangement [2009]



Dawno żaden album nie narobił tyle szumu, co ten. Być może jest to zasługa doskonałej promocji udzielonej z pozoru mało znanemu artyście przez giganta Stones Throw. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że i bez Stones Throw Hawthorne zrobiłby nie lada szum.

Płyta żadną nowością wydawniczą nie jest bo już zdążyła zdmuchnąć swą pierwszą świeczkę na torcie, OH POETO, jednak sprzyjające okoliczności w postaci działającego linku do rapidshopu pozwoliły mi poznać ją w całości dopiero jakiś krótki czas temu - bardzo mi z tego powodu żal bo "A Strange Arrangement" Mayera Hawthorna słucha się świetnie, od początku do samiuteńkiego końca. Głos i muzyka tworzą niesamowity klimat krążka, bliski soulowi i funkowi z połowy wieku XX. Zresztą artysta nie kryje, co było jego inspiracją w trakcie tworzenia "A Strange Arrangement" - nazwiska takie jak Curtis Mayfield czy Isaac Hayes nie są obce nikomu, kto trochę liznął czarnej muzyki. I właśnie zbyt dosadne "inspiracje" zarzucane są przede wszystkim wokaliście. Nie kopiuje on w całości utworów ale często brzmią one zaskakująco podobnie, wystarczy porównać np. "Your Easy Lovin' Ain't Pleasin' Nothin" (klip poniżej) ze słynnym "You Can't Hurry Love" The Supremes ewentualnie Phila Collinsa. Całkiem sensowne zarzuty, jakoby Mayer nie miał swojego stylu biorą w łeb gdy skonfrontujemy je z przyjemnością z jaką się słucha tych wszystkich nowych-starych utworów. "The Ills" z bębnami jak z Incredible Bongo Band czy wspomniane wyżej "Your Easy Lovin' Ain't Pleasin' Nothin" same wprawiają nogi w ruch. Pozostając w klimacie taneczno-klubowo-pijackim "Green Eyed Love", które z klipem tworzą swoistą ode do absyntu. Z kolei "Maybe So Maybe No" zbiera plusa za deskorolkę i stylówkę LA (?) (polecam sprawdzić także "I Left My Heart in San Francisco", wieńczące tour po USA). Jednak głównym tematem poruszanym w utworach jest oczywiście miłość i to jej są poświęcone np. "Make Her Mine""One Track Mind" czy "Just Ain't Gonna Work Out". Ta ostatnia piosenka ukazała się jako singiel jeszcze przed wyjściem "A Strange Arrangement" w bardzo nowatorskiej wersji - na nośniku przypominającym serduszko. Pomysł genialny w swej prostocie (piosenka o miłości na sercu, pff) dał spory rozgłos Mayerowi i pewnie gdyby nie fakt wydania tego w listopadzie a nie w srento zakochanych, to Stones Throw nie nadążałby raczej z tłoczeniem sercowinyli. Sam Hawthorne czyli Andrew Mayer Cohen nie pojawił się znikąd ponieważ znany był już wcześniej pod pseudonimem DJ Haircut z grupy Athletic Mic League i udziela się w zespole o ciekawej nazwie Barber Shop Quarter. Ja wybieram jednak jego soulowe alter ego czyli Mayera Hawthorna bo rozczula mistrzowsko nawet gdy w powietrzu czuć zapach odgrzewanych kotletów.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Onra - Long Distance [2010] + Stuck In The Eighties

Dziś będzie muzycznie i narciarsko ale pod wspólnym mianownikiem - w klimacie lat 80-tych. Disco, syntezatory, kolorowe ciuchy i dywany na karku!



„Long Distance” to znakomita mieszanka dźwięków syntezatorów rodem z lat 80-tych, funku, soulu i alternatywnego hip-hopu. Wszystkie te elementy wymieszał z doskonałymi proporcjami i zaserwował słuchaczom Arnaud Bernard, szerszej (chociaż i tak wąskiej) publiczności znany jako Onra.

Francuz (chociaż oczy trochę zdradzają jego wietnamskie korzenie) z Paryża na płytę zaprosił m.in. T3 z legendarnego składu Slum Village czy Olivera Daysoula. Ten ostatni użyczył swojego głosu do tytułowej piosenki, bujającej niczym Prince z najlepszego okresu. Podobne świetne brzmienie ma kawałek "High Hopes" z gościnnym udziałem Reggie B. - mój ulubiony utwór na „Long Distance”. Hip-hop znajdziemy w piosence z T3 "The One", chociaż ciągle jest to hip-hop w wydaniu „slamwilydżowym” czyli z ogromnymi wpływami soulu lub funku. Potencjał dyskotekowy mają "Mechanical"'Wonderland" a smak lat 80-tych zaznamy przesłuchując "To the Beat" z Walterem Mecca. Odnoszę wrażenie, że „Long Distance” jest płytą znakomitą na wiele okazji, że mogłaby spokojnie lecieć na imprezie tak samo jak w aucie w czasie powrotu z baciarki (P*ŁEŚ? NIE JEDŹ, PAMIĘTAJ!).
Można zarzucić Onrze, że brzmi prawie jak J Dilla, jak Madlib, że brak mu wyraźnego, własnego stylu jednak mimo wszystko nie można zaprzeczyć, że płyta nie ma TEGO CZEGOŚ co pozwala ją przesłuchać bez zbędnego skippowania utworów a fakt, że brzmi podobnie do wielkich producenckiego świata uznajmy za plus dla Bernarda. Dodam jeszcze, że okładka wygląda nad wyraz godnie dla tego krążka.
Poniżej LP w półtorej minutowym zwiastunie i dodatkowo "High Hopes".





***

Nie będę się długo rozwodził nad "Stuck In The Eighties". Świetne ujęcia, dobre tricki i równie znakomite miejscówki (Norwegia, Szwecja, US and A) a wszystko przy soundtracku z tytułowych lat 80-tych XX wieku. Widać po chłopakach zajawę i to, że są po prostu grupą kumpli o podobnych zainteresowaniach i dobrze się przy tym bawią. Bo przecież o to chodzi, nie?


STUCK IN THE EIGHTIES - by happyproductions from Happypro on Vimeo.