niedziela, 22 lipca 2012

Alfabet Euro 2012 cz. I


Gdy 18 kwietnia 2007 roku Michel Platini ogłosił decyzję, że Euro 2012 odbędzie się w Polsce i na Ukrainie nie wierzyłem, że ktoś może być tak naiwny i podarować organizację krajom, którym syf i burdel na drugie (Ukrainie to może i na pierwsze?). Później ciężko było sobie wyobrazić, że zdążymy ze zbudowaniem praktycznie od podstaw większości stadionów i połowy infrastruktury. Jak i to się udało i czas mistrzostw nastał, brałem w ciemno, że czymś się zbłaźnimy, bo straszyli nas i demonstracjami i ulicznymi walkami. Jak na złość wszystko przebiegło raczej zgodnie z planem i nawet, jak na złość, wygrała ta drużyna co wygrać miała (nudy). Trzy tygodnie po przyszedł czas na wspomnienia Euro 2012, "największej po Zjeździe Gnieźnieńskim imprezie organizowanej w Polsce", jak to powiedział jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy (nie, nie chodzi o Błaszczykowskiego).

Tak skończyło się najlepsze Euro 2000
Moimi ulubionymi zawodami piłkarskimi zawsze były mistrzostwa Europy - próżno szukać egzotycznych wynalazków typu Nowa Zelandia czy Trynidad i Tobago, a i nawet europejskie wynalazki typu Słowacja lub Słowenia jak już miały awansować na dużą imprezę, to zwykle był to Puchar Świata. Przypadkowych zespołów raczej na europejskim czempionacie nie uświadczysz, najczęściej jest to jak nie prawdziwa światowa czołówka, to chociaż jej bezpośrednie zaplecze. Traf chciał, że organizowanie Euro 2012 przypadło właśnie w udziale takich "kopciuszków" - ani Polskę (mimo usilnych starań wszystkich naokoło, ale o tym później), ani Ukrainę trudno zaliczyć do chociażby trzeciej ligi światowej. Grono słabiaków uzupełnić mogą jeszcze Irlandczycy, a tak to zostają same drużyny, które, w mniejszym jak Dania czy Szwecja, lub większym jak Hiszpania i Niemcy, stopniu mogły wygrać te zawody, dodatkowo jeszcze nie zbłaźnić się specjalnie, gdyby przyszło im grać zamiast między sobą, to z np. Brazylią. Ciągle w pamięci mam znakomite dla mnie Euro 2000, z ulubionym Patrickiem Kluivertem jako królem strzelców (wespół z Savo Miloseviciem, jeszcze z Jugosławii!) czy dramatycznym finałem, w którym główną rolę zagrał Francisco Toldo. Nie gorzej było cztery lata później i w 2008, kiedy po raz pierwszy do finałów Euro awansowała Polska. Mistrzostwa Europy zawsze było dla mnie synonimem pięknego futbolu, klasycznych meczów wielkich zespołów i genialnych finałów, czyli w praktyce czegoś nieosiągalnego na naszym podwórku. Ciężko więc było uwierzyć, że przez prawie cały czerwiec najlepsi piłkarze Starego Kontynentu będą biegali w Polsce - tej samej, która niedawno straszyła stadionami z epoki kamienia łupanego, w której autostrada oznacza jedną nitkę z ograniczeniem do 80 km/h i w której po angielsku prędzej dogadasz się ze sprzedawcą w galerii niż z policjantem lub niekiedy nawet z politykiem (z okazji Euro pojawiły się też takie kwiatki).

Nie będzie to zwykły post o Mistrzostwach, bo takich pewnie każdy przeczytał pełno. To będzie mój własny Alfabet Euro, czyli to co najbardziej utkwiło mi w pamięci z tego turnieju i to, co później będzie można spokojnie opowiadać przyszłym pokoleniom. To na pewno nie jest wyczerpanie tematu, raczej pójście na łatwiznę - Euro w Polsce to jedno z takich kwestii, o których można pisać i pisać, a i tak wszystkiego się chyba nie przekaże.

A jak nasza grupa na Euro - nie ma co do tego wątpliwości, to była jedna z gorszych grup w historii Euro. Tak jak te najtrudniejsze nazywa się "śmierci", tak ta została ochrzczona jako "śmiechu". Poszczególne zespoły tworzące tę grupę opisuję niżej, ale wypada je wymienić - Polska, Rosja, Grecja, Czechy. Pierwsza myśl jaka mi się nasunęła po jej zobaczeniu to "jak nie teraz to nigdy". Teraz już wiem, że wniosek z tego taki - NIGDY. Według opinii publicznej scenariusz miał być taki, że wychodzimy z Ruskimi, obojętnie na jakim miejscu, po oczywistym zwyciężeniu z Grecją na sam początek drogi ku chwale. Jak było, każdy wie, taka okazja już się nie powtórzy, chociaż pocieszenie z tego takie, że chyba jednak Rosja bardziej się zbłaźniła.

Cieszy bardziej od goli w półfinale Euro
B jak Balotelli Mario - najbarwniejsza postać Euro i co do tego nikt wątpliwości chyba nie ma. Najbarwniejsza, ale nie najlepsza - Włoch nie rozegrał wcale takiego dobrego turnieju, a przynajmniej nie wprost proporcjonalnie dobrego do zamieszanie wokół niego, bo raptem w jednym meczu z Niemcami naprawdę wzbił się ponad poziom i strzelił dwie bramki, dające awans do finału. Do historii, zarówno piłki jak i Internetu, przejdzie jego "cieszynka" po drugiej bramce w półfinale - zdjęcie prężącego muskuły Mario nie tylko obiegło cały świat, ale także doczekało się jakiegoś tysiąca przeróbek. W ogóle historia z tą bramką to cały Balotelli - połączenie kunsztu piłkarskiego, wiary we własne nieprzeciętne umiejętności (jestem pewny, że 99% polskich napastników w najlepszym wypadku rąbnęłoby piłkę Panu Bogu w okno, zakładając, że w zdołaliby uciec Lahmowi), zabawy i na koniec jeszcze stworzenie najbardziej zapamiętywalnego obrazku z Euro. I jeszcze po finale zniknął na kilka godzin bez wieści - ot, cały Mario Balotelli, duże dziecko, którego bardziej od bramki cieszy zrobienie sobie sztucznego siusiaka za pomocą chorągiewki.

Jiracek nie tylko fryzurą nawiązywał do najlepszych
pomocników z Czech - Nedveda i Poborskiego
C jak Czechy - teoretycznie mecz z naszymi południowymi sąsiadami miał być spotkaniem przyjacielskim o pietruszkę. Oni, czerpiąc wzorce z naszych występów na poprzednich poważnych imprezach piłkarskich, mieli grać we Wrocławiu 16 czerwca o pietruszkę. Za to my mieliśmy postawić "kropkę nad i" jak Monika Olejnik i spokojnie przygotować się do ćwierćfinału. Scenariusz trochę się zmienił, obie reprezentacje walczyły o awans, chociaż Czesi z lepszej pozycji. Obie drużyny musiały wygrać, ale tylko jedna chciała - Polacy wyszli (na mecz o wszystko, przypominam!) w defensywnym ustawieniu i walili głową w mur, a Czesi spokojnie czekali na szansę zadania ciosu i jak tylko nadarzyła się okazja Petr Jiracek trafił do siatki. Niepoważne traktowanie drużyny Michala Bilka wzięło się stąd, że czeska piłka jest w lekkim kryzysie, gdzieś tak od 2004 roku stopniowo spadając w dół wszelkich rankingów. Próżno szukać, prócz Petra Cecha, czeskich piłkarzy w składach najlepszych klubów Europy, a jeszcze kilka lat wcześniej tacy zawodnicy jak Milan Baros, Marek Jankulovski i przede wszystkim Pavel Nedved byli filarami mocnych ekip liczących się nie tylko w swych krajach, ale także na europejskim podwórku. Sparta Praga, która kilka razy dobrze pokazała się w Lidze Mistrzów i rok w rok wysyłała w świat znakomitych piłkarzy, teraz ma problemu z wygraniem Gambrinus Ligi. Niby w poprzedniej edycji Champions League nieźle zaprezentowała się Viktoria Pilzno, ale jednak to nie jest to samo, co kilkukrotne wyjście z grupy Prażan. Reprezentacja cierpiąca na niedobór klasowych zawodników także zawodziła, w dodatku nie omijały ją skandale. Podejście Czechów przed Euro było adekwatne do sytuacji, a szanse oceniano realistycznie, bez szarpania się na wielkie słowa. Mimo że po porażce w pierwszym meczu z Rosją nadzieje jeszcze bardziej zwątpiły, Czesi się podnieśli i zawędrowali do ćwierćfinału. Po prostu - robić, a nie mówić.

Dwa największe błazny kadry, Franz i Kubuś (patrz litera W)
D jak drużyna Smudy - tak właśnie, lub jako drużyna PZPN, określana była złośliwie kadra Polski na Euro. Powód prozaiczny - niektóre powołania nijak miały się do zasady sięgania po NAJLEPSZYCH piłkarzy. Zamiast takiego Arkadiusza Piecha, najlepszego snajpera Ruchu Chorzów, pojechali Paweł Brożek i Artur Sobiech, obaj nie mieszczący się w składach, odpowiednio - Celticu i Hannoveru. Ponadto media musiały wymusić wręcz na Smudzie powołanie Kamila Grosickiego, a podejrzewam, że powołanie dla Rafała Wolskiego też było nieco pod publiczkę. Na szczęście niektóre cuda zostały odstrzelone jeszcze na zgrupowaniu w Austrii np. Michał Kucharczyk. Napastnik Legii, który sezon zakończył z trzema bramkami w lidze, rozgrywając łącznie 25 spotkań - w tym jedno pełne, a 12 razy wchodził z ławki. Jeszcze większe kontrowersje wywołały powołania dla tzw. farbowanych lisów. Niektórzy zawodnicy z polskimi paszportami, bo przecież nie Polacy, występami na Euro zdecydowanie się obronili - Eugen Polanski i Damien Perquis byli jednymi z mocniejszych punktów reprezentacji, nieco więcej oczekiwano od Ludovica Obraniaka, za to Sebastian Boenisch dawał się niemiłosiernie ogrywać każdemu bez wyjątku, czym zacięcie rywalizował o miano najgorszego piłkarza kadry z Rafałem Murawskim. Druga sprawa, że Boenisch na Euro nie powinien w ogóle pojechać, a już na pewno nie wybiegać w pierwszej jedenastce - mówimy o zawodniku, który przez ostatnie dwa sezony w Werderze Brema rozegrał ledwie pięć spotkań ligowych. Co ciekawe, prawie dwa razy więcej razy w omawianym czasie wybiegał w koszulce z Orzełkiem. Z farbowanych lisów (co za głupia nazwa) na Euro pojechał jeszcze Adam Matuszczyk, ale on akurat zagrał tylko kilka minut. W ogóle, przy okazji tematu "pożyczonych", pamiętam szał, jaki ogarnął media kilka lat temu, gdy doszło do nas, że kraje masowo podkradają nam zdolną młodzież - Podolski, Klose, Szetela to tylko te najważniejsze nazwiska. Wtedy było źle, bo grali gdzie indziej, teraz psy wieszane są na selekcjonerze, który powołał, dodać trzeba jednak, że masowo i z drugiego czy tam trzeciego sortu takie wynalazki. Jak zawsze brakuje zdrowego rozsądku.

E jak Euro 2016 - następne Mistrzostwa Europy odbędą się we Francji, kraju zdecydowanie bardziej przygotowanym do Euro niż my i Ukraina. Potomkowie Napoleona kilka razy organizowali już wielkie imprezy sportowe, żeby wspomnieć tylko Mistrzostwa Świata 1998, moje pierwsze świadome, mają więc doświadczenie w tej kwestii i klapy organizacyjnej raczej nie ma co oczekiwać. Niecierpliwie czekam jednak na to, jak sprawdzi się nowe rozwiązanie UEFA, czyli 24 drużyn w stawce, przy obecnych 16. Już teraz miejsca zabrakło np. dla solidnych Szwajcarii, Serbii, Turcji czy Czarnogóry, więc pomysł wydaje się trafiony, chociaż na poziom imprezy raczej nie wzrośnie. Pytanie tylko ile w tym genialnej idei, a ile zabiegu mającego na celu zarobienie trochę więcej pieniędzy.

Fornalik jest dziś tym dla kibiców Ruchu,
kim był Smuda dla Widzewiaków w latach 90-tych 
F jak Fornalik Waldemar - nowy selekcjoner kadry. Przejęcie kadry po klęsce na własnym Euro wydaje się z jednej strony łatwe, z drugiej niewiarygodnie trudne dla byłego trenera Ruchu Chorzów. Gorzej z wynikami już być nie może, trzon kadry pozostaje ten sami i co najważniejsze jest to całkiem solidny trzon, ale jednak reprezentacja to reprezentacja - Fornalik przyzwyczajony do pracy z często nieco przypadkowymi zawodnikami, w słabych warunkach finansowych czy organizacyjnych, trafi nagle do zgoła innego świata. Stanie się naprawdę znaną osobistością, i to nie tylko dla kibiców futbolu, ale także dla zwykłych "niedzielnych" fanów piłki, będzie miał ogromna presję, dodatkowo otrzymuje od razu ważne i trudne zadanie, czyli awans do Mistrzostw Świata 2014. Ciężko też będzie po ewentualnej porażce odnaleźć się z powrotem w światku piłkarskim, bo historia Smudy pokazuje, że nie ma nic gorszego dla wizerunku, jak objęcie stanowiska selekcjonera kadry. Doskonale pamiętam, jak pod koniec lat 90-tych Smuda, wtedy niezwykle szanowany trener z sukcesami w lidze, miał przejąć reprezentację po Januszu Wójciku. Ku niezadowoleniu wszystkich pracę otrzymał jednak Jerzy Engel, z jakim skutkiem wiadomo. Dziś już chyba wszyscy zapomnieli, że to właśnie Smuda przebył drogę od "najlepszego kandydata" do "najgorszego trenera". Ale jak śpiewał kiedyś Kazik Staszewski - "panie Waldku, pan się nie boi" - będzie dobrze, a na pewno lepiej, bo żeby mieć taką słabą prasę jak Smuda to jednak trzeba się mocno postarać.

G jak Grecja - kibicom piłki Grecja zapewne najbardziej kojarzy się z rokroczną rywalizacją o krajowy prymat między Olympiakosem Pireus a Panathinaikosem Ateny oraz z triumfem w Mistrzostwach Europy  sprzed ośmiu lat. Tamten zespół, poukładany w defensywie i zabójczo skuteczny w ataku, był bliźniaczo podobny do teamu z Euro 2012. Wciąż bez gwiazd, z rosłymi obrońcami, z Giorgiosem Karagunisem w środku pola i wreszcie ze świetnie grającym w powietrzu Georgiosem Samarasem, który miał zastąpić Angelosa Charisteasa w roli egzekutora. Brakowało tylko genialnego Otto Rehhagela, pod batutą którego Hellada swoje największe zwycięstwo odniosła i na którego taktykę sposobu nie znalazła na mistrzowskim turnieju Portugalia (dwukrotnie), Hiszpania czy Francja. Bez Niemca na ławce nigdy nie byli już tacy mocni, a to dawało nadzieję, zwłaszcza, że mecz z Grekami miał otwierać turniej i przy okazji naszą drogę do, chociażby, ćwierćfinału. Na nic jednak bramka Roberta Lewandowskiego, na nic doping kibiców, na nic kunszt trenerski Smudy. Grecja zagrała tak, jak nauczył ją tego Otto - wystarczył jeden zryw, żeby doprowadzić do remisu i później tylko kontrolować sytuację. Nie wiem za bardzo dlaczego np. Polska nie może tak grać, skoro poziom piłkarzy jest zbliżony? Czy Samaras czy Salpingidis jest gorszy od Lewandowskiego? Albo czy Wasilewski z Perquisem nie mogą zbudować trwałego muru w obronie, przecież nie są słabsi od duetu stoperów z Grecji. Czapki z głów dla podopiecznych Fernando Santosa, których gra najczęściej przyprawia o ból zębów, a oni i tak, na przekór wszystkim, pokonują większych, a z największymi podejmują walkę.  


Gorsi od Polaków [*]
H jak Holandia - serce mi krwawiło, gdy moja ulubiona reprezentacja, w której pokładałem takie nadzieje, odpadła już po trzech spotkaniach. Dodajmy, że wszystkie spotkania przegrała (w tym z Danią), a mniej bramek od niej strzeliła jedynie Irlandia. O ile po Robbenie, który wszystko co tylko mógł w poprzednim sezonie spiepszyć to koncertowo spierdolił można było się tego spodziewać, to np. van Persie sezon w Premiership zakończył z koroną króla strzelców, a taki van der Vaart ciągnął za uszy Tottenham i wyciągnął na czwarte miejsce. Wierzyć się nie chce, że tak klasowy zespół, wicemistrz świata sprzed dwóch lat, mógł grać taką piłkę na najważniejszej imprezie roku. Czekam na rehabilitację.

I jak Iniesta Andres - wybrany najlepszym piłkarzem Euro 2012. Czy słusznie trudno powiedzieć, bo na podobnym poziomie grał też np. Andrea Pirlo, jednak z tym zastrzeżeniem, że Włoch genialnymi podaniami i bramką w meczu z Chorwacją utorował nie takiej przecież dobrej Italii drogę do bramki, a Iniesta tego samego dokonał mając u boku Xaviego czy Fabregasa. Nie zmienia to jednak faktu, że Hiszpan jest graczem znakomitym, kompletnym i z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że na dzień dzisiejszy jest to druga największa gwiazda Barcelony i na Mistrzostwach tylko to potwierdził.

J jak Juskowiak Andrzej - nieco na siłę wytypowałem do zestawienia tego byłego napastnika. Powodem była jego obecność przy mikrofonie w trakcie kilku spotkań, która to obecność nie tylko nie przeszkadzała, ale nawet cieszyła (tak naprawdę to nic na tę literę lepszego nie mogłem wymyślić). O nieudolności zawodowych komentatorów można pisać książki, za to o wpadkach, pomyłkach i głupotach wrzucających co rusz to nowe truizmy byłych piłkarzy nawet papieru byłoby szkoda. Juskowiak był jednak inny - inteligentny, interesujący i warty słuchania, nie taki jak Trzeciak czy Murawski (to akurat Canal +). Kto wie, może zyska on niebawem taki status jak Wojciech Kowalczyk w Polsacie (chociaż średnio go lubię) i jego obecność w przedmeczowym studio będzie tak samo oczywista jak kilkukrotne przekręcenie jednego nazwiska w trakcie meczu przez Dariusza Szpakowskiego? W kontekście fuch byłych piłkarzy warto jeszcze przeczytać co robił w trakcie Mistrzostw zapomniany Paweł Wojtala, jeśli w ogóle ktoś go pamięta.

Irlandczycy świetnie bawili się także
 z Chorwackimi kibicami
K jak kibice - temat rzeka, bo nie dość, że ciekawy, to jeszcze możliwy do ugryzienia z kilku stron. Pierwsza - kibice innych drużyn. Podobno najlepiej zaprezentowali się Irlandczycy (mieli też najlepszy hymn swoją drogą) i Chorwaci. Ci pierwsi mimo fatalnego występu swoich piłkarzy dopingowali najlepiej i byli bardzo aktywni w miastach w których przyszło im rozgrywać mecze. Pili hektolitry piwa, zalewali na zielono rynek w Poznaniu, szukali żony, łamali języki przy wypowiadaniu polskich zdań. Poziom "występu" więc odwrotnie proporcjonalny do formy Robbiego Keane i kolegów. Z kolei Chorwaci, jak to południowcy - a to w przypływie radości rzucili na boisko race, a to zrobili awanturę w pubie, a to spektakularną akcją odbili kolegę z rąk policjantów. Pozostałe kraje raczej niczym się nie wyróżniały, może poza Rosją, która z wiadomych względów przyjechała z ekipą mocno rozrywkową i ta zaakcentowała swoją obecność. Druga sprawa to słynna kampania rządu przeciwko polskim "kibolom", czego efektem były dotkliwe kary dla klubów i, w często niejasnych okolicznościach, zatrzymania i kary dla kibiców. Trochę na ten temat napisałem w tym miejscu. Krucjata skończyła się bojkotem Euro całej sceny kibicowskiej. Trudno ocenić jak to odbiło się na samej reprezentacji i jej wynikach, ale sama atmosfera w trakcie meczu wyraźnie straciła na jakości. Na stadionach zamiast fanatycznych kibiców dopingujących kadrę (na co wpływ miała oczywiście także forma dystrybucji biletów) zasiadła w większości masa przypadkowych ludzi nie interesujących się specjalnie piłką lub "niedzielnych" kibiców, dla których jedyny słuszny futbol to ten w wykonaniu Realu i Barcelony. Polacy w trakcie swych meczów, chociaż znajdowali się w ogromnej przewadze liczebnej gardeł, momentami byli przekrzykiwani przez fanów z Rosji czy nawet przez mało liczną grupę Greków. Przemilczę kwestię flagi Tomasza Zimocha, tej co to jest "dobrem narodowym" uszytej za horrendalnie wielką kwotę, czy zapraszania do prowadzenia dopingu na reprezentacji gniazdowych z polskich klubów. A trzecią, czyli kwestię zwykłych kibiców z Cebulandii, poruszę w drugiej części alfabetu Euro, przy okazji litery S.      

Część druga niebawem, na pocieszenie to, co poniżej - profil bloga zobowiązuje. Swoją drogą Irlandczyk pisze taki hymn, w trakcie gdy polscy "raperzy" co najwyżej nagrywają takie...



środa, 4 lipca 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #15: JMSN - †Priscilla†

Jeśli wierzyć w moc wirtualnych fanów, JMSN to nic nie znaczący muzyk z Detroit - ledwie 20 tysięcy fanów na fejsie to śmiech na sali, polskie raperzyny mają ich kilka razy więcej, nie mówiąc o ich kolegach zza oceanu.  Nie wiem za bardzo z czego to wynika, bo jego debiut "†Priscilla†" w swej konwencji depresyjnego r'n'b jest doskonały i The Weeknd może czuć oddech na plecach. Czuć tu emocje, nieszczęście, nostalgię smutek, rozpacz tak dosłowną, że Cruz spokojnie mógłby użyczyć swojego magicznego "krawata". Jak to zwykle bywa poszło o kobietę, wokół której zbudowany jest album (w całości napisany i wyprodukowany przez autora) - wielopoziomowy muzyczny majstersztyk okraszony dobrym głosem Christiana Berishaja. To może wyświechtany frazes, ale płyta zdaje się być przemyślana od początku do końca, jest spójną całością i naprawdę ciężko cokolwiek jej zarzucić na dobrą sprawę, bo wszystko tu współgra doskonale. Sam Berishaj ma jednak jedną rysę na życiorysie, ale o tym później, która jednak wielkiego wpływu na jego postrzeganie mieć nie powinna.

Zdecydowałem się na inny niż zwykle sposób przedstawienia płyty. Ten krótki opis na górze ma wprowadzić w klimat płyty i niejako przestrzec przed tym, co ukazują teledyski do niej - równie dobre, co skandaliczne i szokujące, ale tak samo ważne i godne uwagi, jak sama płyta. Bo jeśli ktoś umie robić klipy, to jest to JMSN.

1. Hotel


JMSN - Hotel from JMSN on Vimeo.


Klipy są ustawione chronologicznie według ukazywania się więc na początek "Hotel". Na dobrą sprawę jest to dość łagodny teledysk, raczej nic szczególnie szokującego w nim nie ma, ot półnagie tarzanie się w wodzie, ciemny wór z zagadkową zawartością i JMSN z kobietą. To jeszcze nie to.

2. Alone


ALONE - JMSN from JMSN on Vimeo.


Tu podobnie, z tym zastrzeżeniem, że worek z nieokreśloną zawartością zastępuje broń i wody mniej, kobieta też inna. Koniec teledysku już poddaje pod wątpliwość kondycję psychiczną Christiana, ale nadal dużo więcej rzeczy sobie wyobrażamy i dopowiadamy, niż widzimy naprawdę.

3. Something


JMSN - Something from JMSN on Vimeo.


Prawdziwa zabawa zaczyna się przy "Something". Pozornie niezrozumiały klip, z kobietą w wannie pływającą z rybami, chłopcem pod krzyżem z cieknącą z ust krwią czy JMSN, który gniecie i wpycha sobie do buzi ośmiornice, a później podtapia kobietę w wannie. Sam autor wyjaśnił każdy z tych elementów na swoim blogu i z tego opisu dowiadujemy się np. że chłopiec jest "złowrogą stroną jego samego chcącą poddać się młodzieńczym pragnieniom", ośmiornica "czymś wewnątrz jego, co nie chce odejść", a podtapianie "chrztem". Całość można przeczytać w tym miejscu. Bije pokłony, bo ten teledysk jest nie tylko dobrze nakręcony i mamy w nim ładne (artysta, nie zrozumiesz) obrazki (prócz ośmiornicy rzecz jasna, CO JEST OBRZYDLIWE), ale mnogość metafor i odniesień powala, sens ma nawet taki błahy element jak kolor wody w wannie pod którą znikają ryby.

4. Jameson


JMSN - Jameson from JMSN on Vimeo.


W tym teledysku również roi się od ukrytej symboliki, ponownie też JMSN sam wyjaśnia ich sens tu. Najważniejszą rolę odgrywa tu dziecko, będące reprezentacją "niewinnego chłopca wewnątrz" podmiotu lirycznego. Uwagę zwraca też nawiązanie do scen z filmu Larsa Von Triera "Antychryst" - butelka strącona nogą, sceny seksu czy dziecko (chociaż ich losy się nieco różnią). Warto jeszcze powiedzieć, że teledysk jest połączeniem dwóch pierwszych utworów na płycie - intra "Choices" i właśnie "Jameson".

5. Lights


JMSN - "Lights" Part: 1 †Priscilla† from JMSN on Vimeo.


"Lights" to pierwsza część video trylogii "†Priscilla†". Ciężko na dobrą sprawę wyjaśnić co się tam dzieje (tym razem brak legendy ze strony autora), co oczywiście wzmaga oczekiwanie na kolejne części. Jak na razie mamy płaczącego muzyka w kalesonach, który w strugach deszczu zakopuje trupa. Co to za trup i skąd się wziął nie wiadomo - dowiadujemy się w późniejszych częściach.

6. Somewhere


JMSN - "Somewhere" Part: II †Priscilla† from JMSN on Vimeo.


Wracamy się trochę w czasie w stosunku do "Lights", ale ciągle nie dowiadujemy się niczego o zmarłej kobiecie. Mamy za to Jamesona tańczącego w kalesonach (?) obok nieboszczyka.

7. Let U Go


JMSN - "Let U Go" Part III †Priscilla† from JMSN on Vimeo.


Na sam koniec idzie "Let U Go" - dowiemy się w końcu skąd wzięła się dziewczyna i w jakich okolicznościach została porwana, a przygotować się należy na krew i brutalność. Co do samej piosenki, to o ile dwie pierwsze części były krótkie i zawierały minimum treści, tak to jest już utworem w pełnym tego słowa znaczeniu.

Morał z trylogii płynie następujący - nie zabijajmy swych partnerek, bo nawet jeśli na początku przyjdzie radość, to najpewniej później (przy zakopywaniu) i tak pożałujemy. Dodatkowo często występuje również motyw krzyża, jednak najczęściej nie jest pokazany dosłownie - w "Let U Go" stoi on przy ścianie i mignie dosłownie przez ułamek sekundy, a w innym klipie znajdziemy go na szyi JMSN.

8. When She Turns 18


When She Turns 18 - Christian TV from Christian TV on Vimeo.


Przyszedł czas na wyżej wspomnianą niespodziankę. Oto widzimy Christiana Berishaja we wcześniejszym stadium jako Christian TV, zafascynowanego tandetnym popem, lipnymi teledyskami i śpiewającego o osiemnastce jakiejś dziewczyny. I to nie jest jakiś wyjęty zza szafy, zakurzony i stary teledysk - ma on ledwie dwa lata. Tak właśnie, jeszcze dwa czy trzy lata temu ten sam JMSN, który bez cienia przesady wydał jeden z lepszych, jak nie najlepszy, album 2012 i serwuje nam emocjonalną i dopracowaną pod każdym względem muzyczną bombę, pojechał w trasę z Backstreet Boys (!) i występował w programach typu You Can Dance. Co ciekawe, przy produkcji jego albumu "Diary of an 80's Baby" (co za głupi tytuł) maczał palce No I.D., czyli ten sam, który stoi za projektem Cocaine 80's, a teledysk wyreżyserowała ta sama ekipa, co z czasów JMSN.

Jeszcze pod jego starym pseudonimem ukazał się teledysk do "Girl I Used To Know", który to utwór znalazł się na "†Priscilli†". Mimo że video nie różni się specjalnie od większości klipów w podobnej tematyce, to i tak widać spory progres w porównaniu do "When She Turns 18".

 

Można się spierać co do wiarygodności Christiana Berishaja, bo nie da się ukryć, że zmianę przeszedł wielką. Nie ma jednak wątpliwości, że wybrał dobrą drogę - pytanie tylko czy wytrzyma tempo, bo jego największy konkurent The Weeknd potrafił wydać na podobnym, wysokim poziomie trzy EP-ki, a JMSN ma na koncie ledwie jedna płytę. Niemniej jednak dziękujemy Priscilli - za to, że miał się kim inspirować.

Kilka innych materiałów (inne utwory albo remixy) można znaleźć na na profilu Christiana TV na youtube. Ilość wyświetleń pokazuje, że również pod tym pseudonimem Berishaj nie był specjalnie znany. Cała "†Priscilla†" dostępna jest na soundcloud.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Karwan - Fabryka snów [2012]

Karwan jak żaden inny raper opanował sztukę łączenia z jednej strony szczeniackiego wkurwienia z luzem, serwowania najpierw opowieści rodem z ławki pod blokiem, by później zaskoczyć jakimiś głębokimi przemyśleniami. Bije z niego charyzma i prawdziwość, podana jednak w dość średniej formie. Tak było na wydanym trzy lata temu "Wielkim sercu", tak jest też na tegorocznej "Fabryce snów". 

Trudno jest ocenić tę płytę jednoznacznie. Wszystko jest na miejscu, bo można było w ciemno brać dużą ilość dobrych linijek i porównań, niezłe podkłady, do których Karwan zawsze miał ucho, czy charyzmę potrafiącą przykuć uwagę. Ciężko jednak nie wyzbyć się wrażenia, że po trzech latach wręcz trzeba oczekiwać progresu w kwestii flow i dykcji, szkoda też, że Jobix w wersji 2.0 nadal jest tu obecny. Barwa głosu i co za tym idzie pewnej monotonii nie da się raczej wyćwiczyć, więc tę kwestię pominę - Karwana bierze się po prostu z całym jego inwentarzem, także z nieco ciapowatym głosem i albo się na to godzisz albo nie.

Wspomnianą wyżej monotonię ciężej byłoby znieść na dłuższą mętę, gdyby nie liczni na "Fabryce snów" goście, którzy w większości zaprezentowali się dobrze. Zaczyna się na jednym z lepszych tracków na całej płycie "Znam te miejsca" featuringiem W.E.N.Y., który nieźle bawi się flow i razem z wypuszczonym singlem "Nic" podbija zajawkę na nową płytę. Luźny styl Rasa w "Zawijam stąd" udzielił się także samemu gospodarzowi, za to LaikIke1 potwierdził wysoką formę z "Milczmen..." i co by nie mówić - zjadł Karwana w kawałku "Coś się kończy". Dodatkowo miłym zaskoczeniem była zwrotka nieznanego przeze mnie Bojkota. Trochę więcej spodziewałem się z kolei po Zkibwoyu, po przesłuchaniu 2stego zacząłem się nieco obawiać o jego "Puzzle", a Kot Kuler ładnie wszedł w zwrotkę, by później nieco obniżyć loty w "Za najlepsze akcje". Za to Lilu była na tyle krótko, że ciężko ją osądzić, ale raczej in minus.

O ile Karwana z gośćmi można oceniać na czwórkę z minusem, tak duża różnorodność producentów na "Fabryce snów" poszła zdecydowanie w jakość i ten element chyba jest najmocniejszą stroną płyty. Największe perełki to np. rozpoczynające album "Mogę sobie pozwolić" produkcji Rav'a i "Selekcja" czy późniejsze "Zawijam stąd" (oba Quiza), ale naprawdę zbrodnią byłoby pominąć tu jakikolwiek z nich - z obowiązku dodam, że za muzykę wzięli się tu także 2sty, BobAir, Reno, Westone i Kudel.

Gdybym nie słyszał wcześniej "Wielkiego serca" na pewno wyżej oceniałbym "Fabrykę snów". Niby nic jej nie brakuje, ale mimo to spodziewałem się lepszej produkcji, zwłaszcza że obrosła ona w prawdziwą legendę i od jej zapowiedzi do wyjścia na światło dzienne minęło tyle czasu, że można było poprawić niektóre kwestie. Sytuacja więc podobna jak z zeszłorocznym krążkiem W.E.N.Y. - jest po prostu dobrze, ale miało być dużo lepiej. I wciąż najlepsze co wyszło spod ręki Karwana w tym roku to spontaniczny "Track Ogólny".

CAŁA PŁYTA

sobota, 14 kwietnia 2012

Górale gonili, aż dogonili

Fot. K. Dzierżawa/ts.podbeskidzie.pl
Można już ze sporym prawdopodobieństwem stwierdzić, że dziś Śląsk w Bielsku pogrzebał swoje szanse na mistrzostwo. W dodatku prowadzenie i w rezultacie dwa punkty stracił w 90. minucie, gdy gola zdobył Robert Demjan. Najbardziej z wyniku cieszy się Legia, która może w tej kolejce odjechać wrocławianom na pięć punktów.

Śląsk zrobił tak naprawdę wszystko, żeby tego meczu nie wygrać. Trudno inaczej określić sytuację, gdy drużyna z aspiracjami na mistrza Polski, która w przypadku zwycięstwa siedziałaby dosłownie na plecach liderującej Legii, stwarza w spotkaniu z grającym już o nic beniaminkiem dosłownie kilka sytuacji. Na domiar złego gdy już trafia do siatki, zamyka się na własnej połowie i pozwala rozwinąć skrzydła walecznym, ale znajdującym się w lekkim dołku po dwóch kolejnych porażkach z outsiderami, Góralom. Wisienką na torcie indolencji Śląska niech będzie sytuacja z 88. minuty, gdy nie mające nic do stracenia Podbeskidzie rzuca wszystkie siły (łącznie ze stoperem Bartłomiejem Koniecznym) do ataku, a Łukasz Madej mając mnóstwo czasu na dokładny strzał i mając przed sobą tylko Mateusza Bąka nie trafia nawet w bramkę. Dwie minuty później Robert Demjan wykorzystał dokładną wrzutkę niezwykle ruchliwego dziś Sylwestra Patejuka i doprowadza do wyrównania. 

Śląsk stracił dziś ważne punkty, ale kto wie jak potoczyłby się losy spotkania, gdyby w 29. minucie boiska nie musiał opuścić z powodu kontuzji Sebastian Mila. Do jego zejścia z boiska gra wrocławian nie wyglądała źle - goście raczej kontrolowali wydarzenia boiskowe i raz nawet sam Mila znakomicie obsłużył Łukasza Gikiewicza, ale jego strzał sparował Bąk. Sytuację miał także Cristian Omar Diaz, ale po sprytnym uwolnieniu się spod opieki obrońcy nie zdołał pokonać golkipera gospodarzy uderzeniem z ostrego kąta. Swoje okazje miało także Podbeskidzie, głównie za sprawą szalejącego Patejuka. W najlepszej akcji meczu, po minięciu na lewym skrzydle kilku zawodników Śląska, zejściu do środka i klepce z Demjanem pomylił się jednak o pół metra. Pierwsza połowa była mało emocjonująca, a z rzadka atakujący piłkarze obu drużyn skupili się głównie na walce w środku boiska.

Drugą połowę lepiej zaczęli Górale, ale po strzale Sebastiana Ziajki w 47. minucie na posterunku był Marian Kelemen. Kwadrans później było już jednak 1-0, bo Piotr Celeban, podobnie jak w meczu rundy jesiennej, trafił do bramki bielszczan. Myli się jednak ten, kto myśli że piłkarze z Dolnego Śląska poszli za ciosem. Nie mając kompletnie żadnego pomysłu na grę, w szczególności gdy na tragicznej dziś murawie przy Rychlińskiego ciężko było stworzyć składną akcję i gdy wyłączony był z gry szybki Waldemar Sobota, dali się zepchnąć do obrony. Pierwsze poważne ostrzeżenie dla wicemistrzów Polski dał Ziajka, ale jego wolej przeleciał z metr nad bramką. Chwilę później powinno być już jednak 1-1 - joker Górali Piotr Malinowski będąc kilka metrów przed bramką najpierw jednak nie trafił w piłkę lewą nogą, by poprawiając prawą pomylić się minimalnie. Jeszcze chwilę przed sytuacją Madeja groźnie uderzył nad bramką Przemysław Kaźmierczak, ale kilka minut później Demjan rozwiał wątpliwości - Śląsk nie jest na dzień dzisiejszy wiarygodnym kandydatem na mistrza i powinien się z tą myślą pogodzić. Bo właśnie w takich meczach jak ten dzisiejszy, ze słabszym zespołem i przy prowadzeniu, zdobywa się tytuły. Szansa tli się jeszcze w dogodnym dla wrocławian terminarzu, jednak te mecze trzeba jednak umieć wygrać, a dziś podopieczni Oresta Lenczyka pokazali, że mogą mieć z duże problemy. 

piątek, 13 kwietnia 2012

The Pryzmats - A Vista, czyli zapowiedź "Coś z niczego"

Zeszłoroczny "Balon" wzniósł się na tyle wysoko, że załatwił chłopakom z Żywca kupę fanów i mnóstwo pochwał ze strony zarówno słuchaczy, jak i tzw. znawców muzyki, co poskutkował nawet zwycięstwem w konkursie Make More Music. Trudno się dziwić, bo tak świeżego spojrzenia na rap, tekstów w myśl zasady "ma być fajne bo trudne" i żywych instrumentów brakowało na polskim podwórku od dawna. Minął lekko ponad rok, a The Pryzmats wraca z trzynastoma nowymi kawałkami i, jak wnioskuję po odsłuchu pierwszego, jednym zapewnieniem - będzie bardzo dobrze, a nawet lepiej.

Jest dowód, to się dzieje
Smaczku płycie dodaje obecność na niej długo niesłyszanego Wankza z Dinala, bo co jak co, ale sama jego zwrotka jest w pewnym rodzaju gwarantem jakości płyty. Nie wypada mi o tym mówić głośno, drogi pamiętniczku, ale mam nadzieję, że będzie ona na ciut wyższym poziomie niż ta ostatnia z JuNouMi vol. 4, choć ta też była niezła i trochę poszły łzy na koszulę na myśl o końcu Dinala. Poza Wankzem na płycie usłyszymy Stasiaka, Te-Trisa, znanego z "Balona" DJ Ike, wokalistę rockowego zespołu Lee Monday Adama Słomińskiego oraz Hannę Drewnowską, czyli właścicielkę tego miłego głosu z singla "A Vista"

Nie ma co długo rozwodzić się nad tym kawałkiem, bo jest nagrany w bardzo podobnej konwencji co prawie cały "Balon", którego swoją drogą zauważyłem chyba jako jeden z pierwszych w internetku i puściłem w świat miłą nowinę o "żywieckim Hocus Pocus", a później chwaliłem klipy. Raperzy Batman i Biały nadal przykładają się do formy, treści i humoru w tekstach, instrumenty brzmią przyjemnie i, jakby to powiedzieć, letnio, a wokalistka mile wyśpiewuje refren. Czego więcej chcieć od płyty wychodzącej akurat w środku wiosny? Jakby to określiła Omenaa Mensah jednym zdaniem - 30. kwietnia przygotujcie się na prawdziwy powiew chilloutu znad Soły.

"Coś z niczego" zamówisz sobie TUTAJ (uwielbiam informacje prasowe, S*KSTET!)



Gratis moje video z koncertu z Cieszyna, a na nim kilka kawałków z "Balona" (cały do odsłuchu na soundcloud).