środa, 29 lutego 2012

Laikike1 - Milczmen Screamdustry [2012]

"Milczmen Screamdustry" to nie tylko jedna z bardziej oczekiwanych płyt tego roku, ale także kilku poprzednich. Od EP-ki "Bybzi Bybzi" minęło niemal sześć lat i przez ten czas Laik zdążył zbudować swoją pozycję nie tyle na kawałkach, bo te były raczej sporadyczne, ale właśnie na wyczekiwaniu umilanym rozkminianiem każdej linijki rapera zwanego złośliwie "naczelnym grafomanem polskiego podziemia". Po premierze nasuwa się jeden wniosek, posługując się cytatem z "Glidera" - nikt w Polsce jak Laik.

Dość długo przymierzałem się do tej recenzji, uznając że nie da się tego rzetelnie zrobić nie analizując wcześniej tekstów. Te, jak przystało na Laika, zagmatwane są do granic możliwości i naprawdę sam autor bardzo ułatwił odbiorcom odsłuch umieszczając niedawno całość w sieci, co i tak zadziałało swoją drogą jak woda na młyn dla psychofanów. Sam jestem zwolennikiem tekstów w których muzyk zmusza słuchaczy do małej umysłowej gimnastyki i rozwiązywania słownych zagadek, a tych raper z Bogatyni zapewnił masę (tak powiedział Młodzik, że Laik nie z Jeleniej jednak). Nie chodzi nawet o jakieś zagmatwane konstrukcje - żeby serio zrozumieć OCB jak u Skrzypka trzeba kojarzyć metafory, nawiązania do popkultury i muzyki, a nawet zaopatrzyć się w słownik i wertować go w poszukiwaniu slangowych i angielskich słówek które wtrąca. W tej kwestii Laik jest małym mistrzem i mimo że zahacza to pewnie momentami o grafomanię ciężko nie odnieść wrażenia, że naprawdę mamy do czynienia z czymś wyjątkowym, ale równocześnie trudnym. Drugą sprawą, abstrahując od formułowania wersów, jest sama tematyka tekstów, w których porusza ciekawe kwestie, od kondycji sceny i beefy, przez miłość do matki, po szufladkowanie szeroko pojętego ś*ierwa. Ciekawym zabiegiem jest połączenie dwóch kawałków, bo zamykające płytę "Screamdustry" (nie licząc hidden tracka) jest tak naprawdę dalszą częścią "Milczmena". Z kolei majstersztykiem można nazwać cały zabieg z "?", gdzie track zbudowany jest z sześciu zagadek i to niezbyt łatwych. Jednym zdaniem z "Napadu na Babel" gustuję w zwrotkach, które mają kilka den, Laik podsumowuje swoje teksty i jest to chyba najbardziej właściwy w tym przypadku wers. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że przeprowadza tym samym naturalną selekcję swoich słuchaczy, chociaż patrząc na moje ukochane forum Ślizgu to gimnazja zdają się też momentami płonąć, co zrobisz. Ponadto raper sprawnie operuje swoim głosem, jego natężeniem i emocjami, równie dobrze leci w*urwiony, jak spokojny, mimo że wcześniej raczej nie dał się poznać jako posiadacz jakiegoś wyjątkowego flow.

Doskonale uzupełnia się z nim Młodzik. Tak samo jak na "Bybzi Bybzi" wysmażył kilka bardzo fajnych podkładów, z których ciężko jest wyróżnić jeden i widzę w tym mały progres. O ile na debiutanckiej EP-ce był "Mój dyspstryk" i dopiero później kilka innych, to w przypadku "Milczemena" jednym tchem wymieniłbym "Usiądź weż krzesło", "Napad na Babel", "Folwark", czy "Da bad man riddim". Czapki z głów dla Młodzika, bo gdyby przyjrzeć się jego części, to jest to kilkanaście zupełnie różnych kompozycji. Co najważniejsze, żadna nie odstaje od reszty poziomem i o ile Laikowi można wytknąć kilka rzeczy, to do pracy Młodzika ciężko mieć jakiekolwiek "ale". 

Podsumowując, jest to bardzo ciężki w odbiorze i trudny do słuchania album. Gdy jednak przebrniemy przez trudne rymy Laika to nie da się ukryć, że 'Milczmen Screamdustry" zapowiada się na jeden z lepszych płyt 2012, ze świetnymi i wymagającymi historiami okraszonymi doskonałymi beatami. Zdaje sobie równocześnie sprawę, że równie dobrze przez wielu może zostać zmieszany z błotem i określany jako przekombinowany i męczący. Bo taki właśnie jest Laikike1 - czarno-biały, kochany i nienawidzony, ceniony i wyśmiewany, ale dla nikogo nie obojętny.

Tu całość do odsłuchu, poza tym warto sprawdzić jak Laik odpowiada na pytania fanów.

czwartek, 23 lutego 2012

C2C - Down The Road EP [2012]


Minął miesiąc od premiery tej płytki, a ja ciągle zbieram szczękę z podłogi i nie mogę wyjść z podziwu nad kunsztem czwórki sympatycznych Francuzów. "Down The Road" jest prawdziwą definicją turntablismu i dobrej muzyki.

Słowem wstępu - o ile coś tam wiem o rapowaniu, to DJ-ing (pozostałe fundamentu kultury hip-hop zresztą też, siara jak siemasz) jest mi obcy jak Bundesliga Mateuszowi Klichowi. Niby się gdzieś w pobliżu przewija, ale tak naprawdę nigdy nie miałem przyjemności się zagłębić w tę dziedzinę. I pewnie w życiu bym nie sprawdził "Down The Road", gdyby nie moja wielka miłość do Hocus Pocus, francuskiego zespołu będącego mixem tego co najlepsze w czarnej muzyce - hip-hopu, soulu i jazzu. Liderem kolektywu z Nantes (ich album "16 Pieces" wybrałem na najlepszą płytę 2010 roku) jest 20Syl, którego za deckami wspomaga Greem. Obaj panowie, łącząc siły z Atomem i Pfelem z Beat Torrentz, stworzyli C2C - DJ-ską supergrupę, która cztery razy z rzędu stawała na najwyższym stopniu podium Mistrzostw Świata w turntabliśmie.

"Down The Road" to nie jest płyta, jaką teoretycznie moglibyśmy się spodziewać po czwórce DJ-ów. Nie jest typowym albumem opartym na scratchach, dużo jest innych dźwięków takich jak skrzypce, trąbki, gitara, harmonijka i wiele innych, trudnych do rozszyfrowania. Są świetne melodie wspomagane wokalami, ale znalazło się także miejsce dla nieco mrocznego i tajemniczego "F·U·Y·A". Singiel ten, w połączeniu z teledyskiem, klimatem powala na nogi i daje w pysk, a tego co dzieje się w tym momencie tego kawałka odsłuchanego na dobrym sprzęcie nie da się opisać. Moją drugą największą perełką tego materiału jest "Arcades", zróżnicowany i wielowarstwowy majstersztyk ze świetnym refrenem.

Najlepiej niech tę płytę obrazuje fakt, że jej jedyną, ale za to OGROMNĄ wadą jest jej długość. Niby to tylko EP-ka, ale mimo wszystko pół godziny to stanowczo za mało. Zwłaszcza, że tytułowy kawałek występuje tu dwukrotnie, bo na końcu znajdziemy jeszcze nieco klubowy remix Irfane z Outlines - kolejnej arcyciekawej grupy rodem z Francji. Na szczęście jest jeszcze przycisk "repeat", już niestety nieco wyrobiony przez C2C.

Całą płytę można przesłuchać w tym miejscu.

sobota, 18 lutego 2012

3 razy 3, czyli Podbeskidzie w gazie

Fot. widzew.pl
Dość nieoczekiwanie Podbeskidzie wraca z Łodzi z kompletem punktów po skromnej wygranej 1-0. Górale przeskoczyli tym samym Widzew w tabeli, notując jednocześnie trzecie zwycięstwo z rzędu w rundzie rewanżowej.

Pierwszą okazję do wyjścia na prowadzenie beniaminek miał już w 4. minucie spotkania, kiedy Hachem Abbes zagrał ręką w polu karnym i sędzia Szymon Marciniak bez wątpliwości wskazał na wapno. Etatowy egzekutor jedenastek w zespole gości Sylwester Patejuk strzelił jednak równie mocno, co niecelnie i piłka po jego strzale poszybowała wysoko ponad bramką Macieja Mielcarza. Dziesięć minut później piłkarze Podbeskidzia ponownie stanęli przed ogromną okazją na pierwszą bramkę. Przypadkowo kilka metrów przed polem karnym piłkę przejął Robert Demjan i błyskawicznie uruchomił wychodzącego na czystą pozycję Marcina Rogalskiego. Doświadczony pomocnik przegrał jednak pojedynek z golkiperem gospodarzy. Odpowiedź Widzewa przyszła nad wyraz szybko - Okachi w trudnej sytuacji zdołał kopnąć futbolówkę po dośrodkowaniu z prawej strony, ale strzał okazał się minimalnie niecelny. Mimo że Widzew miał optyczną przewagę, to kolejną okazję stworzyli sobie zawodnicy Roberta Kasperczyka. Ponownie przed szansą stanął Rogalski, ale ani pierwszy strzał, który obronił Mielcarz, ani drugi po którym piłkę sprzed linii wybił Bruno Pinheiro nie znalazł drogi do siatki. 32-letni pomocnik zapewne długo jeszcze będzie wspominał te trzy niewykorzystane okazje z jednej tylko połowy spotkania z łódzką drużyną, zwłaszcza że dał się już poznać jako całkiem dobry snajper, gdy w sezonie 2007/08 w barwach Lechii Gdańsk udało mu się zdobyć aż jedenaście bramek. Nieco później jedyny strzał w tym spotkaniu oddał ustawiony na szpicy w drużynie gości Dejman, który urwał się obrońcom i oddał mocne uderzenie pod poprzeczkę, ale po raz kolejny Mielcarz nie dał się zaskoczyć. Widzew odpowiedział akcją Okachiego, który przewrócił się w dogodnej sytuacji w polu karnym, ale arbiter nie dopatrzył przewinienia Juraja Dancika oraz główką Mindaugasa Panki. Niesamowitym refleksem w tej sytuacji popisał się jednak Zajac i obie drużyny schodziły do szatni z zerowym dorobkiem strzeleckim - Widzew dłużej utrzymywał się przy piłce, ale to goście częściej i groźniej atakowali.

Fot. widzew.pl
Na drugą część meczu obie drużyny wybiegły w takich samych składach, ponownie też pierwsi zaatakowali gracze z Bielska-Białej i znowu główną rolę odegrali Rogalski z Mielcarzem. Ten pierwszy groźnie uderzył z ostrego kąta, Mielcarz piłkę wybił, a ta trafiła do Patejuka, który podobnie jak w przypadku feralnego rzutu karnego z początku spotkania posłał bombę daleko w trybuny. Lepiej nastawiony celownik urodzony w Warszawie zawodnik miał kilka minut później. Faulowany na 25 metrze był Dariusz Łatka, a bezpośrednio z rzutu wolnego kropnął Patejuk i piłka szczęśliwie dla niego poleciała akurat w to miejsce, w którym rozstąpił się mur Widzewa. Tym samym Mielcarz po raz pierwszy musiał wyjmować piłkę z siatki, ale próżno tu szukać jego winy. Po wyjściu na prowadzenie podopieczni Roberta Kasperczyka z mniejszym animuszem szturmowali bramkę gospodarzy, z kolei Widzew nie potrafił znaleźć sposobu na zbliżenie się do bramki Richarda Zajaca i oddanie groźnego strzału. Warta odnotowania jest jedynie akcja z 89. minuty, kiedy to po wrzutce Marcina Kaczmarka sytuacji nie zamknął Mariusz Stępiński i kilka minut później sędzia Marciniak zagwizdał po raz ostatni.

Mocno osłabiony Widzew (nieobecni to przede wszystkim para stoperów - Ukah i Bieniuk) nie potrafił rozgryźć dobrze  i ambitnie grającego Podbeskidzia. Goście atakowali częściej i groźniej i gdyby nie postawa Macieja Mielcarza wynik byłby na pewno wyższy. Łodzianie ograniczyli się do kilku ataków i nie powinni mieć do nikogo pretensji, że beniaminek ograbił ich dzisiejszego popołudnia z trzech punktów. Niestety, za tydzień nie będzie wcale łatwiej podopiecznym Radosława Mroczkowskiego, bowiem wybiegną na murawę przy ulicy Konwiktorskiej by zmierzyć się z walczącą o mistrza Polonią Warszawa. Rozpędzone Podbeskidzie podejmie ostatnie w tabeli lubińskie Zagłębie i nie jest wykluczone, że wspaniała wiosenna seria zwycięstw zostanie przedłużona.

via Tylko Piłka

wtorek, 7 lutego 2012

Naj roku 2011

Redakcja gotowa do wręczania nagród
Nie lubię nie wywiązywać się z obietnic, zwłaszcza w miejscu, który z założenia ma wyrobić we mnie skłonności do regularnej pracy. Obiecałem, w poprzednim wpisie, że pojawi się podsumowanie roku i tak być musi, bo wymówki o braku czasu (sesja zaliczona) i spóźnieniu (kilka serwisów i blogerów tez zanotowało duże obsuwy) rozpatrywać należałoby w kategorii żałosnych tłumaczeń. Zwłaszcza, że już przynajmniej trzy płyty domagają się zaistnienia w tym miejscu, a i o piłce coś by się znalazło. Tak więc jest - najlepsze płyty roku w Polsce i za granicą naszego kraju, największe rozczarowania, garść statystyk z last.fm i na koniec to co nas czeka lub już nas dopadło w roku 2012.

Płytę Sokoła i Marysi docenił także sam Barack Obama
Zacząć wypada od rodzimego podwórka. Jak co roku nieco po macoszemu potraktowałem wszystko to, co nie jest produkcją około-rapową i królował w moich głośnikach (słuchawkach) zdecydowanie hip-hop. Cóż począć, jak akurat w tym gatunku jest coraz lepiej od Buga po Odrę i brakuje już czasami czasu i ochoty na coś innego. Mimo to Niewidoczną Statuetkę Bloga za najlepszy album wręczyłbym dwóm (a właściwie trzem) osobom - Izie Lach za "Krzyk" oraz Sokołowi  i Marysi Starosty, z którą nagrał "Czystą Brudną Prawdę". Właściwie wszystko to, co mógłbym napisać o tych pozycjach napisałem jakiś czas temu w zestawieniu najciekawszych płyt zeszłego roku, bo nic się w tych kwestiach nie zmieniło. Nie potrafię się zdecydować, którą z tych płyt cenię bardziej, są one tak różne, że nijak nie da się ich obok siebie zestawić i porównać. Gdybym pod uwagę brał ilość czasu spędzonego przy każdej z nich, to na czoło wysuwa się "Krzyk". Z kolei gdybym wziął pod ocenę całość materiału, spójność, koncepcję, klimat, czy wreszcie klipy - plusik dla Sokoła i Marysi. W przypadku warszawskiego duetu zadziałał również efekt pozamuzyczny - w życiu nie pomyślałbym, że Naczelny Narrator Polskiego Rapu, którego twórczość zwykłem omijać łukiem szerokim jak uśmiech Stevena Tylera, wyda kiedykolwiek coś tak przypadającego do mojego spaczonego gustu. Ex aequo więc na najwyższym stopniu podium tłumnie - "Krzyk" Izy Lach i "Czysta Brudna Prawda" Sokoła i Marysi.

Wyróżnienie przyznaję z czystym sumieniem i pewnym ruchem ręki przypinając order do piersi sąsiadom z Żywca, czyli zespołowi The Pryzmats za ich szybujący coraz to wyżej "Balon". Jestem pewny, że ta grupa jeszcze spoko zamiesza na rynku, a wygranie konkursu Empiku "Make More Music" i podpisanie kontraktu z Sony Music to tylko rozgrzewka. Jak ich historia potoczy się dalej zobaczymy na wiosnę, na którą zapowiadane jest ich LP. In minus zaskoczył mnie "Hotel Trzygwiazdkowy" Rasmentalismu, cóż, chociaż to chyba zrzuciłbym na karb moich wielkich oczekiwań wobec nich. Nie udało się sympatycznemu duetowi ze wschodu przebić ani "Dobrej Muzyki Ładnego Życia", ani "Dużych Rzeczy" w kolaboracji z W.E.N.Ą (który swoją droga też wydał w omawianym roku solidną płytę). 

Chaz jest tu pocieszny tak jak jego płyta
Podobnego kalibru zagwozdka jak w przypadku naszego rynku spotyka mnie, gdy mam wybrać najlepszy album z zagranicy. O ile w przypadku Polski problem dotyczył jedynie dwóch pozycji, to zagranicznych materiałów, które z takim samym spokojem ducha dałbym na pierwsze miejsce było nieporównywalnie więcej, żeby tylko wymienić te najważniejsze - Frank Ocean i jego mixtape "Nostalgia, Ultra", Jamie Woon za "Mirrorwriting", The Roots "Undun", Theophilus London i "Timez Are Weird These Days" oraz Toro Y Moi z "Underneath The Pine". Ostatecznie wybór padł na tę ostatnią pozycję - Chazwick Bundick to geniusz i co do tego wątpliwości mieć nie można. "Underneath The Pine" to niezwykle spójna i równocześnie jakby naturalna płyta - bez szarpania się na jakieś dźwięki, kompozycje, widać zabawę treścią i formą, dodatkowo masę przyjemności dostarcza samo słuchanie płyty. Co więcej, nowe Toro Y Moi przebiło spokojnie debiut, co nie zdarza się wcale tak często, a Chazowi starczyło jeszcze pomysłów, żeby pod koniec zeszłego roku wydać krótką EP-kę. Mocno po piętach Amerykaninowi depcze Jamie Woon ze swym r'n'b-solowym "Mirrorwriting", czy Theophilus London, który gdyby skrócić nieco "Timez Are Weird These Days" byłby pewnie na pierwszy miejscu. Wysoko cenię sobie również koncept album "Undun" The Roots (obecnych po raz kolejny w zestawieniu podsumowującym rok), który myślę że przebija lekko poprzednie "How I Got Over".

The Weeknd nie zawsze taki mroczny
Kończąc wątek zagraniczny wyróżniłbym dwóch artystów równocześnie - Cocaine 80s i The Weeknd. Za płodność (kolejno - 2 i 3 albumy w ciągu roku) idącą w parze z jakością, dodatkowo serwowane zupełnie za darmo. Warto dodać, że podobny sposób dotarcia do fanów wybrał także Frank Ocean, który udostępnił mixtape "Nostalgia, Ultra" całkiem za free.

Obiecałem także odrobinę statystyk z last.fm. Wyszło, że najczęściej odtwarzanym artystą roku 2011 był Mayer Hawthorne, na którego wynik złożyły się pozycje takie jak wydany w poprzednim roku album "How Do You Do" i EP-ka "Impressions" oraz trzyletni, ale wciąż tak samo bujający debiut "A Strange Arrangement". Drugie miejsce przypadło Rasmentalismowi (to też pokłosie ciągle katowanej "DMŁŻ"), a trzecie Theophilusowi Londonowi. Sensacją nie będzie, że najwięcej razy jeśli chodzi o utwory poleciała hitowa "Karczmareczka" Goorala.

Gooral pyto piyknie do zabawy przy Karczmareczce
Tym samym zamknąłem chyba rok 2011. Zdaję sobie sprawę z ułomności wszystkich rankingów, bo jak tu zmierzyć tyle tak różnych płyt i jeszcze wybrać najlepszą? Zwłaszcza, że ciągle pojawiają się jakieś pojedyncze zabłąkane albumy z tamtego okresu, np. Florrie czy Movits!. Był to bardzo dobry rok, dużo lepszy moim zdaniem od 2010 - praktycznie z każdego gatunku mógłbym wyciągnąć kilka pozycji, które się nie nudzą i wracam do nich często. Warto jeszcze w kontekście podsumowania roku wspomnieć o spełnieniu koncertowego marzenia, czyli występie Hocus Pocus w Warszawie. A jaki będzie ten rok trudno na razie wyrokować, ale zapowiada się pysznie - Afro Kolektyw, C2C, Lana Del Rey już wyszły, w kolejce czeka pewnie mnóstwo kolejnych albumów, nawet Wankej się pojawił w sympatycznym wywiadzie. Będzie dobrze, byle tylko świat się ostał (albo chociaż przetrwał do Euro), bo to się wydarzyło w przeciągu jednego miesiąca 2012 wystarczyłoby na obstawienie całego roku przykrymi i beznadziejnymi sytuacjami, skandal jak na Moleście.

niedziela, 15 stycznia 2012

Jeśli jesteś skejtem słuchaj tylko tego #14: Zagranica 2011 vol. 2

Dobra, to już ostatnia część serialu pod tytułem "Płyty 2011". Następny post będzie już wyborem tych najlepszych albumów, więc stay tuned.

1. Kendrick Lamar - Section.80



Lamar dowodzi, że owiane złą sławą Compton to nie tylko kolebka gangsta rapu i muzyczne skoncentrowanie się na porachunkach gangów, przemocy, narkotykach, ciemnych interesach i złych kobietach. Mimo to na "Section.80" znajdziemy tematy bliskie ulicy, podane jednak w mniej banalny sposób - o zgubnym wpływie dragów przestrzega siostrę w "Keisha's Song", kobiety docenia za naturalne piękno bez makijażu w "No Make-Up", a o trudnym życiu w dzielnicach biedy wspomina w "Ronald Reagan Era" wyprodukowanym przez RZA. Tekstowo jest więc bardzo dobrze, kroku dotrzymują także bardzo dobre podkłady, ale niektórych może irytować głos K-Dot. "Section.80" to płyta kompletna, ciekawe tylko jaką drogą pójdzie teraz ta 24-letnia nadzieja Zachodniego Wybrzeża, bo jak na razie kusi go mainstream na czele z Aftermath.

2. Looptroop Rockers - Professional Dreamers



Po kilkuletniej przerwie do Looptroop wrócił Cosmic i zespołowi wyszło to zdecydowanie na lepsze. Po umiarkowanym entuzjazmie związanym z "Good Things" w końcu dostałem to, czego oczekuję od Szwedów i bardziej czuć tu klasyczne stare albumy, niż nowoczesny poprzedni krążek. Świetne kompozycje Embee, niezłe single i teksty, które pokazują, że Looptroop nie można rozpatrywać jedynie w kategorii zespołu muzycznego - przykładem mocno zaangażowane politycznie "On Repeat", czy piękny tytułowy kawałek. Z ust psychofana nie zabrzmi to być może zbyt wiarygodnie, ale Promoe i koledzy to najlepszy zespół rapowy ze Starego Kontynentu i jak ktoś ma wątpliwości to wystarczy przesłuchać "Professional Dreamers".

3. Miles Kane - Colour Of The Trap



Pewnie nigdy bym nie sięgnął po tę płytę, gdyby nie klip zapowiadający jesienną ramówkę TVN, lecący przy okazji każdego bloku reklamowego. Stacja ta ma w zwyczaju bardzo udanie dobierać muzykę do owych zapowiedzi czekającego widzów sezonu i akurat w przypadku jesieni wybór padł na "Come Closer". Po krótkim researchu okazało się, że autorem kawałka jest Miles Kane, czyli wokalista The Rascals i połówka The Last Shadow Puppets, w dodatku o wyglądzie młodego Paula Mc Cartneya. Bardzo fajna to piosenka, a podobnych znajdzie się na "Colour Of The Trap" jeszcze przynajmniej kilka. Wielbicieli jego muzyki spodoba się zapewne nieoficjalna wiadomość, że Kane razem z Alexem Turnerem z Arctic Monkeys działają coś w kierunku drugiego albumu The Last Shadow Puppets.

4. Onra - Chinoiseries Pt. 2



Jak sama nazwa płyty wskazuje jest to kontynuacja projektu Onry z 2007 pod wiele mówiącym tytułem "Chinoiseries". Pomysł Francuza polega na przybliżeniu słuchaczom azjatyckich dźwięków (skąd pochodzi rodzina Bernarda) za pomocą wyszukanych w tamtejszych antykwariatach i nie tylko starych płyt winylowych, pocięciu ich i dodaniu kilku efekcików. Wszystko niby się udało, ale mimo to lepiej słucha mi się pierwszej części. Ta wydaje się nieco ciężka, długa, bez jakichś szczególnie przyciągających uwagę momentów. Słowem - bardzo poprawna i tyle, ale warta chociażby jednego odsłuchania ze względu na tematykę.

5. SBTRKT - SBTRKT



Kolejny debiutancki krążek na tej liście. SBTRKT to taki post-dubstepowy producent z Anglii, umiejętnie kojarzący ze sobą wiele gatunków i windujący muzykę taneczną na wyższy poziom niż cała masa idiotycznych papek znanych z klubów, czy muzycznych stacji telewizyjnych. Już singiel "Pharaohs" zwiastuje, że mamy do czynienia z czymś ponadprzeciętnym i uniwersalnym. Nie wiadomo jak potoczy się dalej kariera Aarona Jerome, ale podąża on dobrą drogą, bo takiej muzyki właśnie chcę sobie słuchać w aucie lub do śniadania. Kawał dobrej roboty.

6. Selah Sue - Selah Sue



Selah Sue to casus podobny do opisywanego nieco wyżej Milesa Kanea - piosenka z reklamy, w dodatku bardzo często granej, wkręca się niemiłosiernie i sięgasz po całość, a ta okazuje się być tak samo dobra. Album jest zróżnicowany i przyjemnie się go słucha, a poza znanym każdemu singlem poleciłbym czym prędzej zapoznanie się z np. "Raggamuffin" i "Black Part Love". Selah Sue wygląda i śpiewa trochę jak Amy Winehouse, ale liczę, że nie pójdzie jej drogą i zaskarbi sobie publiczność czymś więcej niż kilkoma piosenkami i jednym pogrzebem.

7. Stalley - Lincoln Way Nights



Stalley to młody stażem kot z Ohio, były koszykarz i posiadacz imponującej brody. "Lincoln Way Nights" to jedna z tych płyt, które przyjemnie się słucha i ma w sobie kilka perełek, za to jakoś specjalnie za nią nie tęsknisz jak się skończy. Kolejna solidna pozycja na tej liście, ale bez wielkich fajerwerków. Dodatkowo można ją legalnie ściągnąć z neta, bo to mixtape jest, ale doczekał się też fizycznego wydania w Maybach Music Group Rick Rossa.

8. The Roots - Undun



"Undun" to tak naprawdę historia młodego przestępcy Redforda Stevensena. Opowiedziana od tyłu, wieloma głosami, przy akompaniamencie najlepszej w poprzednim roku muzyki w kategorii hip-hop. Cała ta masa ludzi zaangażowana w produkcję tej płyty odwaliła cholernie dobrą robotę, serwując fanom istne mistrzostwo na każdej płaszczyźnie. Mało jest nawet grup, które trwają razem nieprzerwanie przez tyle lat, a wskaż mi takie, co nie osiadły na laurach i z każdym nowym albumem rozwalają świat. Pozycja obowiązkowa, jestem pewny że będzie to klasyk gatunku.

9. The Weeknd - House of Balloons/Thursday/Echoes of Silence



Gdzieś przeczytałem, że The Weeknd razem z Frankiem Oceanem zbawią muzykę R&B. Nie miałbym nic przeciwko, żeby ten gatunek szedł w tym kierunku, byłbym też wdzięczny gdyby takie darmowe mixtapy częściej wychodziły na światło dzienne. Zwrócić uwagę należy również na płodność Abela Tesfaye, bo wszystkie trzy EP wydał w tym samym roku, która idzie w parze z jakością. Ciężko tu wyróżnić jedną najlepszą płytkę, lepiej rozpatrywać The Weeknd jako nadzieję na lepsze jutro.

10. Those Dancing Days - Daydreams And Nightmare



Przyjemna płyta grupy gówniar ze Szwecji, indie pop z rockowym zacięciem i idealny materiał na soundtrack do H&M i innych świątyń dla nastolatków. Nie przeszkadza mi to jednak w małym zachwycie nad tym krążkiem - po debiucie polubiłem Those Dancing Days i nie widzę powodu dla którego miałbym przestać po "Daydreams And Nightmare". Może to trochę infantylna i wybitnie damska płyta, ale coż z tego skoro cieszy ucho na podobnym poziomie jak "In Our Space Hero Suits" z 2008. Aż dziwne, że ich popularność w Polsce jest odwrotnie proporcjonalna do ilości fanów sztucznych tworów typu Honorata Skarbek. Łakomy kąsek dla wannabe-hipsterów w wieku nastu lat.

11. Toro Y Moi - Underneath The Pine



Miałem problem z wyborem klipu, bo kilka ich Toro nagrał na potrzeby promocji tej płyty. Wybór ostatecznie padł na "Still Sound", bo na nim Chaz wygląda tak, jaka jest ta płyta - sympatycznie, przyjemnie, radośnie. Słucha jej się z wielką przyjemnością i to nie tylko zasługa wokalisty - muzyka stoi w rozkroku między bujającym funkiem, a elektronicznym popem. We wrześniu Toro Y Moi wydał jeszcze krótką EP "Freaking Out", gdzie na warsztat bierze m.in. "Saturday Love" Cherrelle, ale także kilka innych klasycznych utworów z lat minionych. Chazwick Bundick na prezydenta!

12. Tyler, The Creator - Goblin



"Tyler to istny fenomen" - pomyślałem, gdy jego płyta wydała ostatnie brzmienie. Nie z powodu wybitnego poziomu "Goblina", tylko z niezrozumienia szumu wokół niego. To znaczy rozgłos rozumiem, bo trudno przemilczeć kwestię gwałtów, mordów i wszelkiego rodzaju innych perwersji poruszanych przez młodzieńca albo nie przestraszyć się kołatek w "Yonkers" i prostego, ale interesującego klipu. Szkoda, że Tyler skutecznie zakrywa tymi chorymi rzeczami to, co tak naprawdę czuje i chce przekazać, jego sympatie do licznych kumpli, niespełniona miłość i żal z powodu wychowywania się niepełnej rodzinie. Dodatkowo można przyczepić się do produkcji, która razi brakami. Na pocieszenie dodam, że Tyler szykuje coś nowego i to podobno bez brzydkich treści. Na razie polecałbym zainteresowanie się kimś innym z bandy OFWGKTA, np. Frankiem Oceanem, ale nie zmienia to faktu, że Okonma jest bardzo ciekawym zjawiskiem, który mam nadzieję wyewoluuje w coś bardziej przystępnego.

***

Płyty, które doczekały się większej recenzji (chronologicznie)-
- Lykke Li - Wounded Rhymes
- Swollen Members - Dagger Mouth
- Theophilus London - Timez Are Weird These Days
- Mayer Hawthorne - How Do You Do
- Common - The Dreamer, The Believer